Jak zapełnić puste krzesła?
2009-08-31
, aktualizacja: 31.08.2009 21:37
- Uczeń z Izraela chciał nam nawtykać. Z domu wyniósł antypolskie fobie i przygotował sobie przemówienie, które miało być odwetem za rzekome krzywdy ze strony Polaków. Ale w Łodzi, gdy zobaczył naszą młodzież, podarł kartkę i przemówienia nie było - mówi Barbara Matusiak, polonistka z XV LO w Łodzi.
Marcin Markowski: Na stacji Radegast i w Parku Ocalałych byli Żydzi i Polacy, którzy ich ratowali. Ale było też wiele wolnych krzeseł przygotowanych dla łodzian. Dlaczego?
Barbara Matusiak*: Przyczyn jest kilka. Marsz do Parku był w południe, kiedy ludzie pracują, a starsze osoby mógł zatrzymać w domach upał. Żeby mieć swoje krzesło, trzeba się było wcześniej zarejestrować, a nie każdy ma internet. W ostatnich miesiącach było też sporo okazji, by oddać cześć ofiarom. Ktoś wziął udział w kwietniowym Dniu Pamięci, ktoś inny w malowaniu linii granicznych getta i teraz uznał: „OK, wystarczy”. Z pewnością są wśród nas również tacy, dla których wszystko, co wiąże się z gettem, jest czymś obcym. Historią „nie naszą”. Parę lat temu egzaminowałam maturzystę, który opowiadał o powstaniach narodowych: listopadowym, styczniowym, warszawskim. Gdy zaczął mówić o powstaniu w getcie, siedząca ze mną w komisji nauczycielka uznała, że chłopak zbacza z tematu, bo miał mówić o powstaniach narodowych, a to w getcie było przecież żydowskie. Stanęłam po jego stronie. „Jak to! - mówię. - Przecież walczyli polscy Żydzi! Mieszkańcy Warszawy! Przeciw niemieckiemu okupantowi. Pod biało-czerwoną flagą”. Wielu łodzian patrzy na łódzkie getto jak ta nauczycielka na tamto powstanie. Dość nam własnej martyrologii. Po co jeszcze cudza.
Dlaczego tak jest?
- Sporo mieszkańców obecnej Łodzi - genealogicznie - to ludność napływowa. Nie mają w rodzinach nikogo, kto żył tutaj przed wojną w jednej kamienicy z Żydami i Niemcami. Ponieważ nie wiedzą, że wielokulturowość była siłą napędową miasta, w ogóle się z tą przeszłością nie identyfikują. W dodatku wtedy, gdy chodzili do szkoły, o tym się nie mówiło. Problem - na szczęście - dotyczy tylko osób starszych, niezakorzenionych w łódzkiej tradycji. Młodzi chcą tę tradycję odkrywać. I to jak chętnie!
Pomaga im Pani? Jak?
- Na seminarium w Yad Vashem uczyli mnie, że nie można izolować tematu getta. Pokazuję, jak Żydzi współtworzyli naszą historię. Skąd tu się wzięli? Co robili? Jacy byli? Bez tego nikt nie zrozumie ich tragedii. Dlaczego nagle ktoś ich zaczął zabijać?
Najważniejszy jest kontekst kulturowy. Na lekcjach wprowadzam go już przy omawianiu Biblii. Mówię, że Biblia jest księgą wspólną. Mostem porozumienia chrześcijaństwa z judaizmem. Przy okazji przybliżam postaci z historii żydowskiej - klasa przygotowuje wiadomości o królu Dawidzie, Salomonie, Mojżeszu. Do tematu wracam przy romantyzmie i pozytywizmie. Wtedy pojawia się kwestia asymilacji społeczności żydowskiej w Polsce. Kolejne okazje dają lektury - "Nie-Boska komedia", "Lalka", "Mendel Gdański". Prus na przykład nie zachwyca się Żydami. Świetny temat do dyskusji. Czy ma rację? Bo nie chodzi wyłącznie o zachwyt. Gdy zaczynam omawiać literaturę Holocaustu - Borowski, Nałkowska, Krall - uczniowie mają już fundament.
Niestety, na historii są tylko dwie godziny na cały Holocaust. O łódzkim getcie nie mówi się słowa. Dlatego umawiam się z innymi nauczycielami i jest tak: koleżanka od wiedzy o społeczeństwie Joasia Stefańczyk robi lekcje o współczesnym Izraelu, w tym samym tygodniu Ania Wołodźko od historii o tym, jak Izrael powstał, a ja o żydowskiej literaturze. Wszystko się wtedy zazębia i zostaje w głowach. Mnóstwo rzeczy robimy po lekcjach. Mamy kółko Judaicum. Uczniowie dowiadują się, gdzie w Łodzi były synagogi, poznają sławnych rabinów. Gdy jedziemy do Krakowa, idziemy na Wawel, rynek, ale również na Kazimierz. Chodzimy też na żydowskie koncerty i spektakle, a po bilety w szkole ustawiają się kolejki. No, ale najwięcej daje wymiana młodzieży. Rok temu pojechałam z uczniami do Izraela. Przedtem uczniowie stamtąd przyjechali do nas. Dzieciaki się zaprzyjaźniły. Piszą e-maile. Teraz mamy jechać drugi raz. Chciałam zrobić frajdę młodszym, ale ci, którzy już byli, błagają, żeby znów ich zabrać. Problemem były ceny biletów lotniczych, nie wszystkich stać. Szkole trudno zdobyć dofinansowanie, więc zakładamy stowarzyszenie. Będzie taniej.
Takie wizyty czynią cuda. Jeden z uczniów z Izraela przyjechał do Łodzi z zamiarem nawtykania nam. Z domu wyniósł antypolskie fobie i - jak tłumaczył swojemu nauczycielowi - przygotował sobie przemówienie, które miało być odwetem za rzekome krzywdy ze strony Polaków. Ale już w szkole, gdy zobaczył naszą młodzież, jej serdeczność i zaciekawienie nim i jego kolegami z Izraela, podarł kartkę i przemówienia nie było.
Gdyby tego wszystkiego Pani nie robiła, nikt nie miałby pretensji.
- Ale jak mogę nie robić!? Moja mama mieszkała na Litwie, w jej szkole były też Niemki, Rosjanki, Żydówki. Ale żydowskie przyjaciółki pewnego dnia zniknęły. Jakby ktoś uciął część świata. Opowiedziała mi o tym, gdy byłam jeszcze dzieckiem, i bardzo się przejęłam. Od początku była więc we mnie empatia, przerażenie, że coś takiego można komuś zrobić. Drugi powód jest patetyczny. Bycie Polką napawa mnie dumą i nie chcę, by po świecie gadali, że jesteśmy antysemitami. Po trzecie - bliska jest mi idea Polski Jagiellońskiej, o której mówił Jan Paweł II. Różnorodnej i tolerancyjnej.
Jeśli tę rozmowę czyta nauczyciel, który chciałby pójść w Pani ślady - od czego ma zacząć?
- Na pewno nie od getta - zwłaszcza jeśli pracuje w podstawówce. Ja o pomysł zapytałam uczniów. Odpowiedzieli: zróbmy ankietę, co ludzie wiedzą o Żydach. Wyszło, że prawie nic. Można zacząć od gotowania żydowskich potraw albo skorzystać z zaproszenia ich gminy na Purim - to takie wesołe żydowskie święto z przebierańcami i ciasteczkami o zabawnej nazwie "uszy Hamana". Można zaopiekować się grobem na cmentarzu żydowskim - my opiekujemy się pomnikiem babci ocalonego z getta i zaprzyjaźnionego z naszą szkołą Chaima Kozienickiego. Wracając zaś do pustych krzeseł - nie stało się nic złego. Na ostatniej Kolorowej Tolerancji wykład miał Symcha Keller, przewodniczący gminy żydowskiej w Łodzi, a wśród młodzieży dostrzegłam grupkę emerytów. Panowie zadawali pytania, ba! - sporo już o judaizmie wiedzieli. Łódź wreszcie poznaje swoją historię i minie trochę czasu, nim się do niej przyzwyczai.
I jeszcze coś. Ostatnio dostałam SMS od absolwenta. Napisał, że właśnie idzie szlakiem łódzkich synagog. Szkołę skończył, nic już nie musi, więc mam pewność, że robi to dla siebie. Dlatego jestem optymistką.
Barbara Matusiak*: Przyczyn jest kilka. Marsz do Parku był w południe, kiedy ludzie pracują, a starsze osoby mógł zatrzymać w domach upał. Żeby mieć swoje krzesło, trzeba się było wcześniej zarejestrować, a nie każdy ma internet. W ostatnich miesiącach było też sporo okazji, by oddać cześć ofiarom. Ktoś wziął udział w kwietniowym Dniu Pamięci, ktoś inny w malowaniu linii granicznych getta i teraz uznał: „OK, wystarczy”. Z pewnością są wśród nas również tacy, dla których wszystko, co wiąże się z gettem, jest czymś obcym. Historią „nie naszą”. Parę lat temu egzaminowałam maturzystę, który opowiadał o powstaniach narodowych: listopadowym, styczniowym, warszawskim. Gdy zaczął mówić o powstaniu w getcie, siedząca ze mną w komisji nauczycielka uznała, że chłopak zbacza z tematu, bo miał mówić o powstaniach narodowych, a to w getcie było przecież żydowskie. Stanęłam po jego stronie. „Jak to! - mówię. - Przecież walczyli polscy Żydzi! Mieszkańcy Warszawy! Przeciw niemieckiemu okupantowi. Pod biało-czerwoną flagą”. Wielu łodzian patrzy na łódzkie getto jak ta nauczycielka na tamto powstanie. Dość nam własnej martyrologii. Po co jeszcze cudza.
Dlaczego tak jest?
- Sporo mieszkańców obecnej Łodzi - genealogicznie - to ludność napływowa. Nie mają w rodzinach nikogo, kto żył tutaj przed wojną w jednej kamienicy z Żydami i Niemcami. Ponieważ nie wiedzą, że wielokulturowość była siłą napędową miasta, w ogóle się z tą przeszłością nie identyfikują. W dodatku wtedy, gdy chodzili do szkoły, o tym się nie mówiło. Problem - na szczęście - dotyczy tylko osób starszych, niezakorzenionych w łódzkiej tradycji. Młodzi chcą tę tradycję odkrywać. I to jak chętnie!
Pomaga im Pani? Jak?
- Na seminarium w Yad Vashem uczyli mnie, że nie można izolować tematu getta. Pokazuję, jak Żydzi współtworzyli naszą historię. Skąd tu się wzięli? Co robili? Jacy byli? Bez tego nikt nie zrozumie ich tragedii. Dlaczego nagle ktoś ich zaczął zabijać?
Najważniejszy jest kontekst kulturowy. Na lekcjach wprowadzam go już przy omawianiu Biblii. Mówię, że Biblia jest księgą wspólną. Mostem porozumienia chrześcijaństwa z judaizmem. Przy okazji przybliżam postaci z historii żydowskiej - klasa przygotowuje wiadomości o królu Dawidzie, Salomonie, Mojżeszu. Do tematu wracam przy romantyzmie i pozytywizmie. Wtedy pojawia się kwestia asymilacji społeczności żydowskiej w Polsce. Kolejne okazje dają lektury - "Nie-Boska komedia", "Lalka", "Mendel Gdański". Prus na przykład nie zachwyca się Żydami. Świetny temat do dyskusji. Czy ma rację? Bo nie chodzi wyłącznie o zachwyt. Gdy zaczynam omawiać literaturę Holocaustu - Borowski, Nałkowska, Krall - uczniowie mają już fundament.
Niestety, na historii są tylko dwie godziny na cały Holocaust. O łódzkim getcie nie mówi się słowa. Dlatego umawiam się z innymi nauczycielami i jest tak: koleżanka od wiedzy o społeczeństwie Joasia Stefańczyk robi lekcje o współczesnym Izraelu, w tym samym tygodniu Ania Wołodźko od historii o tym, jak Izrael powstał, a ja o żydowskiej literaturze. Wszystko się wtedy zazębia i zostaje w głowach. Mnóstwo rzeczy robimy po lekcjach. Mamy kółko Judaicum. Uczniowie dowiadują się, gdzie w Łodzi były synagogi, poznają sławnych rabinów. Gdy jedziemy do Krakowa, idziemy na Wawel, rynek, ale również na Kazimierz. Chodzimy też na żydowskie koncerty i spektakle, a po bilety w szkole ustawiają się kolejki. No, ale najwięcej daje wymiana młodzieży. Rok temu pojechałam z uczniami do Izraela. Przedtem uczniowie stamtąd przyjechali do nas. Dzieciaki się zaprzyjaźniły. Piszą e-maile. Teraz mamy jechać drugi raz. Chciałam zrobić frajdę młodszym, ale ci, którzy już byli, błagają, żeby znów ich zabrać. Problemem były ceny biletów lotniczych, nie wszystkich stać. Szkole trudno zdobyć dofinansowanie, więc zakładamy stowarzyszenie. Będzie taniej.
Takie wizyty czynią cuda. Jeden z uczniów z Izraela przyjechał do Łodzi z zamiarem nawtykania nam. Z domu wyniósł antypolskie fobie i - jak tłumaczył swojemu nauczycielowi - przygotował sobie przemówienie, które miało być odwetem za rzekome krzywdy ze strony Polaków. Ale już w szkole, gdy zobaczył naszą młodzież, jej serdeczność i zaciekawienie nim i jego kolegami z Izraela, podarł kartkę i przemówienia nie było.
Gdyby tego wszystkiego Pani nie robiła, nikt nie miałby pretensji.
- Ale jak mogę nie robić!? Moja mama mieszkała na Litwie, w jej szkole były też Niemki, Rosjanki, Żydówki. Ale żydowskie przyjaciółki pewnego dnia zniknęły. Jakby ktoś uciął część świata. Opowiedziała mi o tym, gdy byłam jeszcze dzieckiem, i bardzo się przejęłam. Od początku była więc we mnie empatia, przerażenie, że coś takiego można komuś zrobić. Drugi powód jest patetyczny. Bycie Polką napawa mnie dumą i nie chcę, by po świecie gadali, że jesteśmy antysemitami. Po trzecie - bliska jest mi idea Polski Jagiellońskiej, o której mówił Jan Paweł II. Różnorodnej i tolerancyjnej.
Jeśli tę rozmowę czyta nauczyciel, który chciałby pójść w Pani ślady - od czego ma zacząć?
- Na pewno nie od getta - zwłaszcza jeśli pracuje w podstawówce. Ja o pomysł zapytałam uczniów. Odpowiedzieli: zróbmy ankietę, co ludzie wiedzą o Żydach. Wyszło, że prawie nic. Można zacząć od gotowania żydowskich potraw albo skorzystać z zaproszenia ich gminy na Purim - to takie wesołe żydowskie święto z przebierańcami i ciasteczkami o zabawnej nazwie "uszy Hamana". Można zaopiekować się grobem na cmentarzu żydowskim - my opiekujemy się pomnikiem babci ocalonego z getta i zaprzyjaźnionego z naszą szkołą Chaima Kozienickiego. Wracając zaś do pustych krzeseł - nie stało się nic złego. Na ostatniej Kolorowej Tolerancji wykład miał Symcha Keller, przewodniczący gminy żydowskiej w Łodzi, a wśród młodzieży dostrzegłam grupkę emerytów. Panowie zadawali pytania, ba! - sporo już o judaizmie wiedzieli. Łódź wreszcie poznaje swoją historię i minie trochę czasu, nim się do niej przyzwyczai.
I jeszcze coś. Ostatnio dostałam SMS od absolwenta. Napisał, że właśnie idzie szlakiem łódzkich synagog. Szkołę skończył, nic już nie musi, więc mam pewność, że robi to dla siebie. Dlatego jestem optymistką.
- 7 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień





