Szpitalne jedzenie, czyli galeria obrzydliwości
- Bez prądu: dramatyczna godzina w Matce Polce (30-09-09, 11:35)
- Wegetarianin głoduje w szpitalu (30-06-09, 14:18)
Czytelnik przysłał nam zdjęcie z kolacją w łódzkim Szpitalu im. Kopernika. "Szczerze się zatrwożyłem, mając okazję zobaczyć, jak to wygląda" - pisał. "Myślę, że nie kosztuje to więcej niż 1 zł, łącznie z przygotowaniem. Może warto się tym zainteresować?".
Warto. Bo mimo, że cała ochrona zdrowia powoli zmienia się na lepsze, jedzenie lepsze nie jest. A to, czym traktują nas szpitalni dietetycy, to zwyczajny skandal.
Od innego czytelnika otrzymaliśmy zdjęcia z kolacją i śniadaniem w Szpitalu Wojewódzkim w Zgierzu. - Do obiadu nie dotrwałem - mówi Czytelnik, który zrobił fotografie. - Wypisałem się na własne żądanie.
Czytelniczka, która kilka dni spędziła na szpitalnym oddziale, sfotografowała kolację i śniadanie. - Były tak małe, że ledwo dożyłam do obiadu - opowiada. - Kiedy wreszcie go dostałam, byłam tak głodna, że zapomniałam go sfotografować.
Dyskusja na temat szpitalnego jedzenia rozwinęła się również na forum (forum.gazeta.pl). Pisze Bea:
- Trafiłam do szpitala na 3 tygodnie z rozpoznaną cukrzycą ciążową w 7. miesiącu. Ze względu na konieczną dietę cukrzycową bałam się jeść cokolwiek poza posiłkami oferowanymi w szpitalu i warzywami, które przynoszono mi z domu. Po okresie szpitalnym SCHUDŁAM 2 KG W CIĄŻY!!!! A szpital w ramach diety serwował mi na śniadanie np. 3 kromki chleba z margaryną (w opłatku!) Z DŻEMEM. Całe szczęście, że dzidziuś urodził się zdrowy...
Wtóruje jej Anika:
- Polecam jadłodajnię w Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie Wlkp., ul. Dekerta. Ja po cesarce, z uszkodzoną wątrobą, dostałam na kolację parówkę z wody, ciemne pieczywo i łyżeczkę musztardy. Spytałam się pielęgniarki, czy to posiłek dla osoby na ścisłej diecie. W odpowiedzi usłyszałam, że chyba tak. Przez 11 dni w szpitalu donoszono mi posiłki z domu. Wraz z mężem co miesiąc państwo kradło nam 1200 zł składki zdrowotnej.
Warszawianka, podpisująca się nickiem ap, twierdzi:
- Tak jest w każdym szpitalu. Leżałam w dwóch warszawskich i racje żywnościowe były dokładnie takie same jak w Zgierzu. Każdy dożywiał się więc na własny koszt i przy pomocy rodziny. Najgorzej mieli jednak ci spoza miasta.
Pacjent ma się nie najeść, ale przeżyć

W związku ze skargami Czytelników postanowiliśmy sami zajrzeć do talerza pacjentom ze Szpitala im. Kopernika. Na papierze wyglądało nie najgorzej: zupa owocowa, ziemniaczki, surówka z ogórków i pieczeń rzymska.
Pacjenci widzieli to tak. - Kicha. Normalna kicha, żeby chociaż było ciepłe - mówił jeden z pacjentów. - Zupa? Opłukany słoik po dżemie z kluskami. Żeby to chociaż dosłodzili. Wszystko zimne i bez smaku. Ziemniaki. Niesłone. Surówka słona jak 150! Mięcho? Taki klopisk uduźdany. Zimny. Nie idzie zjeść tego. A śniadania? Dwa kawałki chleba, jedno jajko na twardo, dwa deka masa i chyba może herbata - z jednej zrobione dziesięć herbat. Naraz można jedną dziurką do nosa wciągnąć. Trwa to dwie minuty. Na szczęście dopakuję się wieczorem, jak syn przyjedzie.
- Chodzi tutaj, żeby pacjent się nie najadł, a przeżył - dodaje sąsiad z łóżka obok.
- Gdybym miał własną kuchnię, miałbym wpływ na to, co tam się dzieje. Ale kuchnię mi zlikwidowano, więc jestem skazany na catering. Za trzy posiłki płacimy 11 zł. Niektórzy z tych 11 zł potrafią więcej wycisnąć. Niestety.
I naprawdę nic się nie da zrobić?
- Właśnie rozstrzygnęliśmy przetarg na dzierżawę 140 metrów korytarza przy wejściu do szpitala. Zależało mi, żeby tam powstał bufet.
To zakładamy, że pacjent, który trafi do szpitala, sam się wyżywi.
- U nas utrzymuje się różne fikcje. Na przykład, że służba zdrowia jest za darmo. Konstytucyjnie. A ja nic za darmo nie mam. W ubiegłym roku NFZ płacił mi 56 zł za jeden punkt rozliczeniowy, teraz daje 51 zł. Coraz bardziej brakuje mi pieniędzy. No i jak mam zrobić Sheratona z jedzeniem? O tym, czy lepiej kupić łyżkę fasoli czy leki czytaj dalej
Niby-masło i jakaś paskudna wędlina

To, że szpitale jedynie udają, że karmią pacjentów nie jest wymysłem mediów. NIK właśnie ogłosiła raport z kontroli w placówkach z sześciu województw. Spostrzeżenia w nim zawarte to dla pacjentów naszych szpitali déjavu.
"W żadnym z kontrolowanych szpitali stan żywienia pacjentów nie był właściwy" - czytamy. "Żywienie nie było adekwatne do potrzeb pacjentów, posiłki nie były równocześnie zdrowe, wystarczające i smaczne".
W co czwartym z kontrolowanych szpitali porcje były na granicy normy, czyli na talerzu nie było więcej niż 1900 kilokalorii. Niedużo. Ale bywało mniej. Pacjenci szpitala na Śląsku dostawali głodowe porcje - 1433 kilokalorie dziennie (66 proc. normy). Nic dziwnego, bo na kolację były tylko chleb, masło i herbata.
Ale nawet jeśli w jadłospisie dania wyglądały nie najgorzej, to, co trafiało na talerz, pozostawiało wiele do życzenia. Brakowało warzyw, zwłaszcza surowych. W połowie sprawdzonych szpitali było za mało nabiału. W co trzeciej placówce chorzy dostawali bardzo tłuste wędliny niskiej jakości. Wszędzie jedzenie było przesolone.
Nic dziwnego, że chorzy ludzie nie ryzykują i pseudojedzenie, które dostają, ląduje w koszu. A przecież wcale nie musi tak być - przekonuje Czytelnik, który napisał do redakcji.
Z listu Czytelnika: We wrześniu 2008 roku mój tata trafił do tego szpitala z nowotworem płuc. Jedzenie było okropne. Rano dwa kawałki chleba, niby-masło i jakaś paskudna wędlina. Najgorszy był jednak obiad. Nigdy nie można było stwierdzić, z czego została zrobiona zupa, wszystko oczywiście zimne, a drugie danie zawsze odstraszało swoim wyglądem. Do dziś dziwię się, jak tata mógł takie coś jeść. Na szczęście co wieczór przynosiłem mu ciepły posiłek. Jako facet dwudziestokilkuletni gotowałem sto razy lepsze jedzenie.
Rodzina walczyła o zdrowie taty i dotarła do Regionalnego Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Okazuje się, że wcale nie musi być, tak jak w Łodzi. (...) Do śniadania każdy pacjent dostaje banana. Każda porcja obiadowa przywożona w pojemnikach zapobiegających stygnięciu, a nie rozlewana z wielkiego gara pod drzwiami do sali jak w "Koperniku". Obiad: zupa ogórkowa, drugie danie: smacznie przyrządzone mięso, buraczki i kasza. Wszystko cieplutkie i starannie zrobione, jak w domu!!! Do obiadu smaczny kompot. Na pytanie taty: skąd na to mają, pani rozdająca obiady powiedziała, że chory po prostu potrzebuje szczególnej opieki w trakcie choroby. Szkoda, że to tylko zdanie części naszej służby zdrowia.
Okiem dietetyka: "Pacjenci nie dojadają"

Karolina Łąkowska, kierowniczka działu dietetyki serwisu vitalia.pl: Dieta szpitalna powinna różnić się od tego, co jemy na co dzień. Chorzy ludzie nie powinni dostawać ciężkostrawnych dań. Ale te porcje są rzeczywiście bardzo skromne. Zdrowa kobieta na kolację powinna zjeść około 450 kcal, mężczyzna - 625 kcal. Sfotografowany posiłek nie spełnia tych norm. Te dwie kromki chleba, wędlina i masło to około 260 kcal, czyli 60 proc. zapotrzebowania kobiety i 40 mężczyzny.
- Niestety, tak. Gdyby szpital dołożył trochę pieczywa i plasterek wędliny, nic by się nie stało. Przydałoby się też jakieś niewzdymające warzywko - ogórek czy pomidor. Ale być może szpital wychodzi z założenia, że chorzy ludzie leżą i starczą im mniejsze porcje.
A, według mnie, szpital zachowuje się, jakby chciał zniechęcić ludzi do jedzenia.
- Jest coś na rzeczy. Przecież nie przypadkiem mówi się, że jemy oczami. A to, co dostał pacjent, do jedzenia raczej nie zachęca. A już na pewno nie chorego człowieka, który może mieć mniejszy apetyt. Przecież wystarczyłoby położyć na talerzu coś, co ubarwiłoby posiłek. Choćby kawałeczek pieczonego mięsa. O tym, czy na takiej diecie można wyzdrowieć czytaj dalej
Karolina Łąkowska z vitalia.pl opracowała propozycję szpitalnego posiłku, który zaspokajałyby potrzeby chorych.
Porcja dla kobiety
2 kromki chleba
2 płaskie łyżeczki masła
1 średni pomidor
2 plastry wędliny drobiowej
200 g (małe opakowanie) kefiru 2 proc. tłuszczu
1 średnie jabłko
Porcja dla mężczyzny:
4 kromki chleba
2 płaskie łyżeczki masła
100 g sera twarogowego chudego
2 plastry wędliny drobiowej
1 średni ogórek zielony
4 rzodkiewki
Czy to jest możliwe?
Zróbmy wielką galerię szpitalnych obrzydliwości, które dostajemy zamiast śniadań, obiadów i kolacji. Jak? To bardzo proste: jeśli jesteście w szpitalu albo macie tam bliskich, zróbcie zdjęcia tego, co dostają do jedzenia. Prawie każdy ma komórkę z aparatem. Fotki przyślijcie do "Gazety" mailem. Pomóżcie nam. Pokażemy Wasze zdjęcia urzędnikom w NFZ-ecie, właścicielom szpitali, a nawet w Ministerstwie Zdrowia. Może w ten sposób przekonamy ich, że trzeba skończyć z kolejną fikcją.
Maile przysyłajcie na adres: listy@lodz.agora.pl.
- 266 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
-
Re: ja mam pytanie...
liwilla1
17.06.09, 10:33
jak kobieta po trudach porodu ma dojść do siebie, gdy jako posiłek dostaje 3kromki z bagietki i plasterek chudej wędliny? jak ma jeszcze z tego wykarmićdziecko?? przy dwóch połogach, których»
-
Na Banacha nie jest zle
zielonkawa1
17.06.09, 15:02
Czytajac ten artkul mysle, ze jest to afera nie odzwierciedlajaca sytuacji wcalej Polsce. Lezalam ostatnio 2 tyg. na Banacha w Warszawie i nie moglamnarzekac ani na ilosc, ani na jakosc »
-
Szpitalne jedzenie, czyli galeria obrzydliwości
marooszka
17.06.09, 23:06
Dawno temu, kiedy miałam 9 lat, trafiłam do szpitala wojewódzkiego. Ponieaż na oddziale dziecięcym nie było miejsc, wydzielono dla dzieci salę na chrurgii (wewnętrznym?) dla dorosłych. »







odtwórz