Uri Barbash: Nakręcę z Polakami film mojego życia

Rozmawiał Jakub Wiewiórski
26.11.2008 , aktualizacja: 26.11.2008 15:06
A A A Drukuj
Nominowany do Oscara izraelski reżyser Uri Barbash kręcił w Polsce film według opowiadania Idy Fink.
Uri Barbash
Fot. Małgorzata Kujawka / AG
Uri Barbash
Akcja "Wiosny 1941" rozgrywa się we wschodniej Polsce. Film opowiada historię doktora Artura Plancka, jego żony Clary i dwóch córek. Kiedy Niemcy zajmują miasto, rodzina ucieka na wieś i ukrywa się u polskiej chłopki Emilii. Między Emilią i Arturem rodzi się uczucie.

Film powstał na motywach opowiadań Idy Fink, pisarki mieszkającej od 1957 r. w Izraelu, ale piszącej po polsku (jej opowiadania "Skrawek czasu" ukazały się jeszcze w drugim obiegu). "Wiosna 1941" to pierwsza polsko-izraelską koprodukcją filmową. Polskim koproducentem jest łódzki Opus Film.

Jakub Wiewiórski: Późno dochodzi do polsko-izraelskiej koprodukcji...

Uri Barbash: 18 lat, które upłynęło od upadku komunizmu, było wam potrzebne, żeby stopniowo otwierać się na świat. Nie da się też ukryć, że nasza wspólna historia jest skomplikowana. Ja jestem już gotowy i czuję tę samą gotowość po polskiej stronie.

Dlaczego sięgnął Pan po opowiadania Idy Fink?

- Znam Idę Fink od 20 lat, spotkaliśmy się w Izraelu. Ona nie pisze wprost o okrucieństwie Holocaustu, tylko skupia się na losach ludzi i to nadaje utworom dramatyzm. Holocaust ma ogromny wpływ na moje życie. Chociaż rodzice przyjechali do Palestyny jeszcze przed wojną, czuję się tak, jakbym sam go przeżył. Bliska jest mi literatura dotykająca tej tragedii: Ida Fink, Hanna Krall, Primo Levy. Filmy, które robiłem dotychczas, były wprawką do "Wiosny 1941

". W latach 90. zrealizowałem film o Rudolfie Kastnerze, który podczas wojny w Budapeszcie uratował wielu Żydów, a później, już w Izraelu, został oskarżony o kolaborację z nazistami i zanim zdążył się oczyścić z niesprawiedliwych zarzutów, umarł. Od tego czasu Holocaustu nie ruszałem. Bardzo chciałem, ale jakoś się nie układało.

Zrobi Pan "Wiosnę 1941", bo chce powiedzieć o Holocauście coś nowego?

- Nie da się wymyślić nic nowego. Theodor Adorno uważał, że poezja po Holocauście nie jest możliwa. Nie zgadzam się z tym. Problem jest jednak, jak radzić sobie z tą tematyką. Moim zdaniem nie należy rekonstruować bestialstwa Holocaustu. Bo tragedii opisanych we wspomnieniach Marka Edelmana z getta warszawskiego czy w "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall zekranizować po prostu nie można. "Lista Schindlera" była okropnym filmem. Nie mogę patrzeć, jak ktoś próbuje odtworzyć życie w obozie koncentracyjnym. Ale z drugiej strony "Lista" była ważnym filmem, bo Spielberg jest reżyserem oglądanym na całym świecie. A wiele osób, nawet w Europie, nic nie wie o Holocauście, inni próbują zaprzeczyć jego istnieniu.

Choć politycznie to było istotne, ja wolę inny sposób pokazywania tej problematyki. Był taki niemiecko-szwajcarski obraz "The Boat Is Full" Markusa Imhoofa o grupie Żydów, którzy uciekają przed nazistami do Szwajcarii. Część z nich znajduje schronienie w małej wiosce. Jej mieszkańcy dochodzą do wniosku, że to dla nich samych niebezpieczne. I Żydzi zostają deportowani na drugą stronę granicy. To bardzo mocny film o tragedii konkretnych ludzi.

Pana film też ma taki być?

- Mam nadzieję. Czuję, że ta historia o Holocauście, ale również o miłości, wybaczaniu i pojednaniu będzie filmem mojego życia. To, że powstanie film izraelsko-polski, uważam za historyczną sprawiedliwość. Choć w Polsce nie byłem wcześniej, mentalnie zawsze czułem się człowiekiem stąd. Polska literatura - Tadeusz Borowski, Zofia Romanowiczowa, Wisława Szymborska, Leszek Kołakowski - jest zdumiewająca. Wykorzystuję też każdą szansę, żeby oglądać polskie kino.

Gdzie będą powstawały zdjęcia do "Wiosny 1941"?

- W południowo-wschodniej Polsce. Dużo podróżowałem po Polsce i mnóstwo czytałem. Szukałem domu, który wyglądałby jak przed 60 laty. Zachwycił mnie taki w Sanoku. Jest położony na brzegu rzeki, blisko miasteczka, a jednocześnie w izolacji. Wchodzi się tam i czuje jak w maszynie czasu. Wygląd, meble, nawet zapach - wszystko. Cudowny jest też Przemyśl. Zanim tu przyjechałem, nawet nie wiedziałem o istnieniu tego miasta, a dziś mogę wiele powiedzieć o jego historii, o tym, że w czasie wojny zginęło tam prawie 60 proc. mieszkańców. Jest też fascynująco położony z filmowego punktu widzenia - na zboczach. Podobają mi się te wszystkie szarości, czernie, biele zamiast sztucznych jaskrawych kolorów. Byłem też w Lublinie. Stare miasto jest małe, ale cudowne. Czuje się atmosferę wschodnio-europejskiej żydowskiej dzielnicy.

Oprócz odtwórców głównych ról, których wybiera Pan w Londynie, zagrają polscy aktorzy. Jak udały się castingi?

- Nie nazwałbym moich rozmów z aktorami castingami. Rzadko robię przesłuchania, najwyżej z młodymi zaraz po szkole. Wierzę w swój instynkt. Widziałem "Wyrok na Franciszka Kłosa" Andrzeja Wajdy z udziałem Mirosława Baki. Gra młodego polskiego policjanta, który kolaboruje z nazistami. Byłem zachwycony, casting nie był potrzebny. W ogóle jestem zachwycony aktorami, których spotkałem w Polsce.

Kiedy powstanie polsko-izraelska koprodukcja na współczesny temat?

- Mam syna, ponad 20-letniego, który gra w Izraelu w rockowej kapeli. I ten młody człowiek, który wcześniej służył w wojsku, jest Izraelczykiem z krwi i kości, kocha wiersze Wisławy Szymborskiej. Kiedy Szymborska przyjechała do Tel Awiwu, w Centrum Kultury Beit Ariela był wielki koncert. Poetka czytała wiersze, a rockmani grali inspirowane nimi utwory. To było wzruszające. To właśnie przykład jak najbardziej współczesnej koprodukcji.

Uri Barbash, rocznik 1946. Jego "Beyond The Walls" ("Nad murami") był w 1984 r. nominowany do Oscara i wyróżniony nagrodą FIPRESCI na festiwalu w Wenecji. Ostatni film Barbasha to "Salt Of The Earth" ("Sól ziemi") z 2006 r.

(rozmowa z kwietnia 2007 r., film będzie miał na festiwalu pokaz specjalny)

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład