Marek Szmigiel: Ochraniam gwiazdy

Rozmawiał Jakub Wiewiórski
26.11.2008 , aktualizacja: 26.11.2008 15:02
A A A Drukuj
Opiekował się Charlize Theron, Laurą Dern i Valem Kilmerem. To dzięki niemu najważniejsi goście festiwalu Plus Camerimage czują się bezpieczniej niż u siebie w domu
Marek Szmigiel (z prawej)
Fot. Radosław Jóźwiak / AG
Marek Szmigiel (z prawej)
Rozmowa z Markiem Szmiglem *

Jakub Wiewiórski: Wzrost?

Marek Szmigiel: 193 cm.

Waga?

- Staram się trzymać stówkę.

Języki?

- Rosyjski i niemiecki dobrze. A angielski kontaktowo.

Wielu marzy o takim życiu, jakie pan ma...

- Tak, tak. Czarny garnitur, okulary, krawat. Gwiazdy tuż obok i błyski fleszy. Ale to ta przyjemniejsza część mojej pracy. Bo kiedy dostanę kontrakt, żeby jechać w niebezpieczne miejsce, garnitury idą na bok. I zajęcie jest inne. Jest dużo kurzu, adrenaliny. I nie ma już łatwego życia.

Od kiedy ochrania pan gwiazdy?

- Zacząłem ponad 20 lat temu w armii od ochraniania VIP-ów. Później m.in. chroniłem papieża podczas jego pielgrzymki. A na początku lat 90. przeszedłem do sektora prywatnego. Osłaniałem najbogatszych ludzi w Polsce, także muzyków - Jona Bon Jovi, Marka Knopflera czy Jean Michela Jarre'a. I oczywiście filmowców. Piękne kobiety, takie jak Izabella Scorupco, Charlize Theron, Claudia Schiffer czy Laura Dern oraz przystojniaków - Johna Malkovicha, Eda Harrisa, Willema Dafoe, w ubiegłym roku Vala Kilmera. To był gość! Kompletnie wyluzowany. Zanim podejmę się ochrony, staram się jak najwięcej dowiedzieć o przyzwyczajeniach i upodobaniach ochranianego. Ktoś przecież może nie lubić, gdy się przy nim pali lub słucha określonego typu muzyki. A jeśli jeździ tylko samochodami z siedzeniami z jasnej skóry, to nie przyjeżdża się po niego autem z czarną dermą. O Kilmerze nasłuchałem się wiele. I obawiałem się, że mogą być problemy, bo lubi sobie poszaleć. A okazało się, że to niezwykle sympatyczny, wesoły i bezkonfliktowy człowiek.

Czyli bywają konfliktowi?

- To nie są gwiazdy, tylko ludzie, którym się wydaje, że nimi są. Jednak najgorsi bywają menedżerowie, którzy nie dorośli do swojej roli. Wymyślają dziwactwa, o których gwiazda nawet nie wie. Na przykład piszą w kontrakcie, że różowe kwiatki mają stać w lewym rogu garderoby i stawiają w tym miejscu trzy wykrzykniki. A potem gwiazda nawet się w tej garderobie nie pojawia.

Czy nawiązuje pan bliskie relacje z gwiazdami?

- Świetny kontakt miałem z Peterem Weirem. W sytuacjach, gdy przebywa się z kimś przez kilka dni, ludzie się otwierają. Bo na co dzień żyją w dużym stresie, mają napięte terminy. Gada się i o rodzinie, i o codziennych sprawach. Ale wszystko zostaje między nami. To są ludzie z klasą, chylę przed nimi czoła i podziwiam ich za to, co stworzyli. Staram się być wobec nich zawsze w porządku i daję z siebie wszystko, żeby się dobrze czuli. Mogą na mnie liczyć w każdej sytuacji. Nie chodzi tylko o to, że ktoś wyskoczy z nożem i będę musiał mu złamać rękę albo wyciągnąć broń. Bardziej chodzi o to, żeby w hotelu zawsze byli poinformowani, o której przyjedziemy, na które piętro chcemy się dostać, a my żebyśmy wiedzieli, czy drzwi otwierają się do środka, czy na zewnątrz. Nie może się okazać, że nie można wejść do windy, bo siedzi tam czterech ludzi z walizkami. Albo że nie można podjechać limuzyną pod hotel, którego pół wynajmujemy za 100 tys. zł, bo pierwszeństwo ma samochód z dostawą buraków dla kuchni. A z takimi sytuacjami zdarza mi się zmagać.

Z kim jeszcze najmilej spędził pan czas?

- Świetnie się rozmawiało z Valem Kilmerem. Z jego asystentem wymienialiśmy się później, mailami. Bardzo sympatyczna okazała się Laura Dern. Jej dzieci zabierałem do parku - pierwszy raz widziały śnieg. Przyjacielski kontakt mam z Davidem Lynchem, który często przylatuje do Polski.

Bawią pana aktorzy grający ochroniarzy albo żołnierzy w filmie?

- Na potrzeby filmu robi się różne rzeczy. W kinie amerykański żołnierz biegnie w rozpiętym hełmie, a kiedy pada, wciąż ma go na głowie. Parę lat tak spędziłem i jakoś sobie tego nie wyobrażam. Niech pan też założy na siebie te wszystkie klamoty: niezbędniki, granatniki, broń długą, krótką i z tym biegnie. Jak się w tym przewrócisz, to już nie wstaniesz. Ale wiadomo, że w filmie wszystko musi ładnie wyglądać.

Co trzeba umieć, żeby być dobrym bodyguardem?

- Mam zasadę: trzeba być samodzielnym i umieć jak najwięcej. Najważniejsza jest sprawność psychofizyczna, operatywność i umiejętność przewidywania. Trzeba być odważnym, ale odwaga nie polega na tym, żeby pchać się do pierwszego szeregu. Bo dostaniemy kulkę w głowę i już po naszej odwadze. Istotna jest umiejętność strzelania w każdej sytuacji. Nie chodzi o strzelanie sportowe. I trzeba ćwiczyć. Biorę udział w szkoleniach na całym świecie. Pracuję w Ameryce Południowej i Środkowej, na Wschodzie i na Zachodzie. Należy świetnie prowadzić samochód. Jestem też płetwonurkiem i spadochroniarzem. Zawsze chciałem to robić. I robię.

* Marek Szmigiel, bodyguard, licencjonowany członek i instruktor IBA (Międzynarodowej Organizacji Agentów Ochrony Osobistej), założyciel i szef Polskiego Związku Bodyguardów



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład