Potrzebny schodołaz dla Artura
16.03.2009
, aktualizacja: 16.03.2009 13:19
We dwójkę ze wszystkim sobie radzą. Joanna chodzi po zakupy, Artur zmywa naczynia. Tylko jedno jest dla nich problemem: wspólne wyjście z domu
Joanna wychodzi przed blok na "łapankę". Czeka czasem kilkanaście minut. Uważnie lustruje przechodniów. Idzie starszy pan - może nie dać rady. O, jest młody chłopak, ale sam - też nie da rady. Wreszcie Joasia widzi dwóch rosłych młodzieńców. Podchodzi i pyta: - Pomożecie mi panowie z wózkiem? Trzeba go znieść z półpiętra...
Nie zdarzyło się, aby ktoś odmówił. Joanna: - Ale te wyprawy pochłaniają tyle energii, że gdy już wydostaniemy się z domu, nie mamy siły, by się cieszyć spacerem...
Dlatego większość czasu spędzają w domu. Wspólne wyprawy zdarzają im się kilka razy w roku i długo je pamiętają. Jesienią byli na targach rehabilitacyjnych. W grudniu pojechali do Mławy do mamy Joasi. Na początku lutego przyjechała do nich rodzina. Wtedy aż dwa razy byli poza domem: w sobotę pojechali do Manufaktury i zjedli dobry obiad w restauracji, a w niedzielę wybrali się do babci Artura. Od tego czasu już nie wychodzili.
- Cały styczeń siedzieliście w domu? - dziwię się.
- Ale przecież tak jest z większością "kulawych", którzy nie mieszkają na parterze, nie mają windy czy podjazdu.
- A gdyby zachciało się wam po prostu iść na spacer? - pytam.
Śmieją się gorzko: - "Kulawemu" nie może się tak po prostu chcieć iść na spacer...
Artur jest jak zamurowany
Joanna Borkowska-Olejniczak lubi gotować, tańczyć, malować. Była didżejką w radiu internetowym, pisze wiersze. Uwielbia Piwnicę pod Baranami i piosenki Jonasza Kofty. W Mławie, skąd pochodzi, była wziętym logopedą.
Joanna przyszła na świat z niedorozwojem rąk.
Jej mąż Artur Olejniczak jest grafikiem komputerowym. Pracuje dorywczo w domu. Pasjonuje się militariami i namiętnie gra na komputerze.
Od 18 lat cierpi na dystrofię mięśni i jeździ na wózku.
Poznali się za pośrednictwem Internetowego Portalu Osób Niepełnosprawnych (www.ipon.pl). Artur usłyszał Joannę w internetowym radiu, zagadał na czacie. Zaiskrzyło na dobre w 2006 roku, gdy spotkali się na zlocie osób niepełnosprawnych w Popowie. Po krótkim kursowaniu między Łodzią i Mławą szybko podjęli decyzję o wspólnym życiu. Joasia przeprowadziła się do Artura, wynajęli razem mieszkanie. W maju ubiegłego roku pobrali się. - Ja jestem lokomotywą, która ciągnie nasz związek, ale to on podsypuje węgiel - mówi Joanna. - Bez wsparcia Artura gasnę. Bez niego nic by się nie udało. Nie ma siły.
Mówią, że doskonale się uzupełniają i dzielą obowiązkami. Ona gotuje, chodzi po zakupy, biega po urzędach i załatwia ich sprawy. On kroi warzywa na obiad, odkręca słoiki i butelki, zmywa naczynia, wyjmuje pranie z pralki. Zapina żonie płaszcz i wiąże włosy w kitkę.
Oboje są optymistami. Chcą brać z życia, ile się da. Czasem jest im ciężko, ale nie narzekają, nie żalą się. Jeśli mają problem, szukają rozwiązania. - Gdy pojawia się wyzwanie, trzeba na nie reagować, a nie płakać w kącie - mówi stanowczo Joanna.
Teraz mają problem: jak wyjść razem z domu, nie angażując przyjaciół i znajomych w znoszenie wózka? Jak pójść do pubu czy teatru, nie robiąc przed domem "łapanki"?
Joanna: - Ja często wychodzę, ale Artur jest jak zamurowany we własnym mieszkaniu. Gdy wracam z zakupów, każe sobie drobiazgowo opowiadać o ludziach, których spotkałam, i o tym, co mi się przydarzyło. Nie musimy wychodzić codziennie, ale czasem jest to konieczne, bo mąż musi iść do lekarza czy do urzędu. Mieszkamy na drugim piętrze. Jest winda, ale trzeba jeszcze pokonać kilka schodów z półpiętra. Prosimy wtedy o pomoc przyjaciół. Raz tego, raz innego, żeby nie być nikomu uwieszonym na szyi.
Skaczące euro
Znaleźli rozwiązanie - schodołaz. Samobieżny wózek inwalidzki, który ma szczególną cechę: potrafi sam wjechać na schody i z nich zjechać. - Mógłbym zjechać sam, a potem przesiąść się na normalny wózek. A Asia wstawi schodołaz z powrotem do domu - planuje Artur.
Taki wózek byłby rozwiązaniem idealnym, ma tylko jedną wadę - kosztuje około 12 tys. euro. - To poza naszymi możliwościami finansowymi - przyznają.
Nie zdarzyło się, aby ktoś odmówił. Joanna: - Ale te wyprawy pochłaniają tyle energii, że gdy już wydostaniemy się z domu, nie mamy siły, by się cieszyć spacerem...
Dlatego większość czasu spędzają w domu. Wspólne wyprawy zdarzają im się kilka razy w roku i długo je pamiętają. Jesienią byli na targach rehabilitacyjnych. W grudniu pojechali do Mławy do mamy Joasi. Na początku lutego przyjechała do nich rodzina. Wtedy aż dwa razy byli poza domem: w sobotę pojechali do Manufaktury i zjedli dobry obiad w restauracji, a w niedzielę wybrali się do babci Artura. Od tego czasu już nie wychodzili.
- Cały styczeń siedzieliście w domu? - dziwię się.
- Ale przecież tak jest z większością "kulawych", którzy nie mieszkają na parterze, nie mają windy czy podjazdu.
- A gdyby zachciało się wam po prostu iść na spacer? - pytam.
Śmieją się gorzko: - "Kulawemu" nie może się tak po prostu chcieć iść na spacer...
Artur jest jak zamurowany
Joanna Borkowska-Olejniczak lubi gotować, tańczyć, malować. Była didżejką w radiu internetowym, pisze wiersze. Uwielbia Piwnicę pod Baranami i piosenki Jonasza Kofty. W Mławie, skąd pochodzi, była wziętym logopedą.
Joanna przyszła na świat z niedorozwojem rąk.
Jej mąż Artur Olejniczak jest grafikiem komputerowym. Pracuje dorywczo w domu. Pasjonuje się militariami i namiętnie gra na komputerze.
Od 18 lat cierpi na dystrofię mięśni i jeździ na wózku.
Poznali się za pośrednictwem Internetowego Portalu Osób Niepełnosprawnych (www.ipon.pl). Artur usłyszał Joannę w internetowym radiu, zagadał na czacie. Zaiskrzyło na dobre w 2006 roku, gdy spotkali się na zlocie osób niepełnosprawnych w Popowie. Po krótkim kursowaniu między Łodzią i Mławą szybko podjęli decyzję o wspólnym życiu. Joasia przeprowadziła się do Artura, wynajęli razem mieszkanie. W maju ubiegłego roku pobrali się. - Ja jestem lokomotywą, która ciągnie nasz związek, ale to on podsypuje węgiel - mówi Joanna. - Bez wsparcia Artura gasnę. Bez niego nic by się nie udało. Nie ma siły.
Mówią, że doskonale się uzupełniają i dzielą obowiązkami. Ona gotuje, chodzi po zakupy, biega po urzędach i załatwia ich sprawy. On kroi warzywa na obiad, odkręca słoiki i butelki, zmywa naczynia, wyjmuje pranie z pralki. Zapina żonie płaszcz i wiąże włosy w kitkę.
Oboje są optymistami. Chcą brać z życia, ile się da. Czasem jest im ciężko, ale nie narzekają, nie żalą się. Jeśli mają problem, szukają rozwiązania. - Gdy pojawia się wyzwanie, trzeba na nie reagować, a nie płakać w kącie - mówi stanowczo Joanna.
Teraz mają problem: jak wyjść razem z domu, nie angażując przyjaciół i znajomych w znoszenie wózka? Jak pójść do pubu czy teatru, nie robiąc przed domem "łapanki"?
Joanna: - Ja często wychodzę, ale Artur jest jak zamurowany we własnym mieszkaniu. Gdy wracam z zakupów, każe sobie drobiazgowo opowiadać o ludziach, których spotkałam, i o tym, co mi się przydarzyło. Nie musimy wychodzić codziennie, ale czasem jest to konieczne, bo mąż musi iść do lekarza czy do urzędu. Mieszkamy na drugim piętrze. Jest winda, ale trzeba jeszcze pokonać kilka schodów z półpiętra. Prosimy wtedy o pomoc przyjaciół. Raz tego, raz innego, żeby nie być nikomu uwieszonym na szyi.
Skaczące euro
Znaleźli rozwiązanie - schodołaz. Samobieżny wózek inwalidzki, który ma szczególną cechę: potrafi sam wjechać na schody i z nich zjechać. - Mógłbym zjechać sam, a potem przesiąść się na normalny wózek. A Asia wstawi schodołaz z powrotem do domu - planuje Artur.
Taki wózek byłby rozwiązaniem idealnym, ma tylko jedną wadę - kosztuje około 12 tys. euro. - To poza naszymi możliwościami finansowymi - przyznają.
Znaleźli jednak fundację, która ma status organizacji pożytku publicznego i będzie dla nich zbierać pieniądze: darowizny i 1 proc. podatku . Założyli stronę w internecie. Proszą o pomoc w zgromadzeniu pieniędzy na schodołaz. "Wózek ten jest bardzo stabilny i pokonuje schody bez pomocy osób drugich, a tylko taki wózek spełni swoją funkcję w mojej i żony sytuacji. Wózek ten działa na podczerwień i mógłbym sam nim sterować i pokonywać schody, byłbym niezależny i miałbym możliwość w miarę normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Odciążyłbym żonę i mógłbym jej także pomagać, będąc mobilnym" - napisał Artur.
Marzy im się, aby udało się zabrać około połowy wartości wózka. Wtedy poproszą Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, żeby dołożył resztę.
Na razie z lękiem patrzą na skaczące notowania euro. Joanna pociesza się: - Zanim my zgromadzimy potrzebne pieniądze, kurs na pewno się ustabilizuje.
Marzy im się, aby udało się zabrać około połowy wartości wózka. Wtedy poproszą Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, żeby dołożył resztę.
Na razie z lękiem patrzą na skaczące notowania euro. Joanna pociesza się: - Zanim my zgromadzimy potrzebne pieniądze, kurs na pewno się ustabilizuje.
1 proc. na schodołaz dla Artura można wpłacać na konto Fundacji Pomocy Osobom Niepełnosprawnym "Ratownik Górniczy" PKO BP 06 1020 2528 0000 0102 0184 9595, KRS: 0000270272, z dopiskiem "dla Artura".
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




