Widzew to nie tylko piłka nożna

Marta Pietrasik
15.11.2009 , aktualizacja: 16.11.2009 15:56
A A A Drukuj
- Przed wojną chłopcy z Widzewa byli szarmanccy. Kiedy jechaliśmy tramwajem do gimnazjum, żaden z nich nie siedział. Siedziały dziewczęta - opowiada 85-letnia pani Krystyna. - Są u nas chłopcy, którzy próbują bajerować dziewczyny, ale jest ich zaledwie kilku - mówi 15-letni gimnazjalista Łukasz. Od 29 listopada w Ariadnie będzie można oglądać wystawę poświęconą Widzewowi.
W widzewskim Domu Kultury "502" powstaje interdyscyplinarny projekt "Widzew na starych i nowych widokówkach". Po siedmiu miesiącach pracy uczniowie Gimnazjum nr 29, studenci pedagogiki UŁ i młodzież z koła fotograficznego kończą pracę. 27 listopada o godz. 12 w Fabryce Nici "Ariadna" (ul. Niciarniana 2/6) zostanie otwarta wystawa fotograficzno-malarska. Premierę będzie też miała książka, w której znajdą się dokumentacje z plenerów, wywiady z mieszkańcami dzielnicy i pracownikami dwóch widzewskich fabryk: Widzewskiej Manufaktury (Wi-My) i Fabryki Nici "Ariadna" (Niciarki).

Dorota Kaniewska, inicjatorka projektu: - Widzew to marka. Jest kojarzona z klubem sportowym, niczym więcej. A Widzew to przecież bardzo bogata historia. Dzięki pieniądzom uzyskanym z Muzeum Historii Polski i Urzędu Miasta Łodzi mogłam zrealizować projekt.

Młodzi ludzie nie tylko poznali historię dzielnicy. Nauczyli się podstaw dziennikarstwa (warsztaty prowadziła Joanna Podolska, dziennikarka "Gazety"). Pracowali w czterech grupach: dziennikarskiej, historycznej, fotograficznej i malarskiej. - Gimnazjaliści ekscytowali się wieloma rzeczami - opowiada Kaniewska. - Zaintrygowała ich toaleta w Wi-Mie z przełomu XIX i XX w. Znajdowała się na piętrze, a pod nią stał beczkowóz. Kiedy był pełen, zaprzęgano konia i wywożono.

Szefostwo "Niciarki" z entuzjazmem przyjęło pomysł Kaniewskiej. Młodzież zwiedziła zakład i rozmawiała z wieloletnimi pracownikami. Inaczej było w Wi-Mie; likwidator nie zgodził się na zwiedzenie zakładu. - W końcu nam się udało wejść - opowiada Kaniewska. - Wchodzę do zdewastowanej hali, patrzę, a tam siedzą ludzie i demontują maszyny, żeby wywieźć je do Kazachstanu. Likwidatorzy sprzedają wszystko.

Z widzewiakami rozmawiali uczestnicy warsztatów i "Gazeta". Pani Krystyna ma 85 lat i na Widzewie mieszkała do 1959 r. - Przed wojną to była dzielnica robotnicza. Do mostu przy dawnej krańcówce tramwajowej było bezpiecznie - opowiada. - Mama mówiła mi: za most już nie chodź. Tam mieszkali gospodarze, były pola i niewiele domów. I zatargi. Nieraz widziałam, jak watahy szły przez pola. Jeśli chłopak ukradł dziewczynę, była walka.

Łukasz ma 15 lat, chodzi do 29. gimnazjum, a na Widzewie mieszka od urodzenia: - Dziadkowie przeprowadzili się do Łodzi po II wojnie światowej. Rodzice kupili tu mieszkanie po ślubie, więc jestem widzewiakiem dopiero od jednego pokolenia - opowiada. Łukasz bierze udział w projekcie, w sekcji dziennikarskiej i historycznej. - Podczas badań bardzo dużo się nauczyłem - mówi. - Mam szanse poznać coś więcej niż historię klubu sportowego.

- Boisko Widzewa przed wojną nazywało się Wi-Ma - przypomina pani Krystyna. - Mój ojciec był kapelmistrzem i razem z orkiestrą nieraz prowadził paradę sportową podczas imprez na stadionie. Na mecze nie chodziłam, na parady tak. Wyglądało to uroczo. Wszyscy byli jednakowo ubrani, na sportowo. Po wojnie Wi-Ma została oddana klubowi Widzew.

Łukasz: - Wszechobecna jest zasada: wierność swojej dzielnicy i klubowi. Mamy straszne zatargi między Widzewem a ŁKS-em. Wystarczy pojechać na Janów, żeby posłuchać o Żydach lub przeczytać na murze "Tutaj ŁKS - pluć". A przecież i Widzew, i ŁKS stworzyli Żydzi - fabrykanci dla swoich pracowników. Nie powinno czegoś takiego być, nie w takim mieście jak Łódź.

Panią Krystynę antysemityzm bardzo boli. - W szkole powszechnej była w klasie tylko jedna Żydówka i to ona została moją przyjaciółką. Rozmawiałyśmy na przerwach i odprowadzałyśmy się do domu. Najpierw ja ją, potem ona mnie. To była nasza ulubiona zabawa. W domach się nie odwiedzałyśmy. To ona narzucała te ograniczenia.

Większość kolegów Łukasza mieszka daleko od szkoły, każdy sam organizuje sobie czas wolny. - Mam zajęcia dodatkowe: angielski, biegam w weekendy z tatą, czasem wyjdę na rower. No i zawsze jest komputer, telewizja lub konsola do gier. Czytam fantastykę, oglądam filmy.

Łukasz spotyka się z kolegami tylko w ciągu dnia: - Ostatnio poszedłem do sklepu wieczorem i widziałem, jak chłopak ukradł dwa telefony. Nie jest zbyt bezpiecznie.

- W moich czasach niebezpiecznie były Bałuty i Chojny - dodaje pani Krystyna. - Na Widzewie mieszkali robotnicy, prawdziwy proletariat, który ciągnął w górę. Chłopcy byli szarmanccy. Kiedy jechałyśmy do gimnazjum, żaden z nich nie siedział. Siedziały dziewczęta.

Co znaczy "szarmancki" w dzisiejszych czasach? - Są u nas chłopcy, którzy próbują bajerować dziewczyny, ale jest ich zaledwie kilku. Bo u nas z wszystkiego się wyśmiewamy. I jak ktoś jest zbyt szarmancki, to się naraża, że będą sobie z niego robić żarty - opowiada Łukasz.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy