Strajk studentów w kinie
2009-02-20
, aktualizacja: 20.02.2009 11:20
Jacek Talczewski zaczął kręcić prawie 30 lat temu na kradzionych taśmach i pożyczonych kamerach. W sobotę zobaczymy efekt jego pracy
Tematem filmu jest strajk okupacyjny łódzkich uczelni, który trwał od 21 stycznia do 18 lutego 1981 roku. Strajkujący żądali m.in. zniesienia przymusu nauczania języka rosyjskiego i przedmiotów indoktrynacyjnych oraz cenzury w wydawnictwach naukowych i działalności artystycznej, dostępu do zakazanych dzieł kultury, swobody działania dla wydawnictw niezależnych, prawa do obchodzenia rocznic upamiętniających znaczące wydarzenia historyczne i zaprzestania represji wobec działaczy opozycji.
W proteście wzięło udział 10 tys. studentów. Jego rezultatem było podpisanie Porozumienia Łódzkiego. - To był jedyny i zwycięski strajk inteligencki o wolność myśli, wolność nauki, dostęp do kultury tworzącej tożsamość narodową Polaków - podkreśla uczestnik tamtych wydarzeń radny Edward Chudzik. - Aż do stanu wojennego uwolniliśmy się na uczelniach, jako jedyni w bloku sowieckim, od cenzury.
Rozmowa z Jackiem Talczewskim
Jakub Wiewiórski: Dziś z perspektywy czasu wiadomo, że strajk studencki 1981 roku był wydarzeniem niezwykłym. A wtedy? Dlaczego kręcił Pan o nim film?
Jacek Talczewski, reżyser: Uważałem, że skoro ludzie strajkują w różnych budynkach, ważne jest zapewnienie im komunikacji między sobą. I walka z nudą, która mogłaby rozsadzić strajk od środka. Dlatego wymyśliłem, żeby robić transmisje wideo. Na tamte czasy to był ze względów technicznych pomysł ekscentryczny. Magnetowid Kasprzak MPV10 miał tę przypadłość, że taśma nagrana na jednym egzemplarzu niekoniecznie dawała się odtworzyć na innym, a jakość nie była nadzwyczajna. Ale nagrania i tak miały ogromne znaczenie. "Wojsko" widziało jak "generalicja" negocjuje z władzami, a to pozwalało wspierać strajk i się z nim identyfikować.
Kręcenie na kamerze od magnetowidu było jednak bardzo uciążliwe. Sprzęt zajmował dużo miejsca, a codziennie trzeba go było przewozić maluchem. Wymyśliliśmy więc, żeby zorganizować coś lepszego i tak zaczęliśmy pierwszą w Polsce całkowicie niezależną produkcję filmową. Na kradzioną taśmę 16 mm, bo nie można jej było legalnie kupić, zrobiliśmy zrzutkę.
Kamerę też trzeba było ukraść?
- W PRL-u mówiło się "zorganizować". To było słowo wytrych. Zaczęło się od wytrzaśniętej skądś kamery Krasnogorsk. Była kiepska, więc pożyczaliśmy co noc z Wytwórni Filmów Fabularnych w Warszawie lepsze.
Braliście kamery z Warszawy na jedną noc?!
- Gdy o godz. 16 kończono pracę na planie, do wytwórni na Chełmskiej jechało pudło od kamery, a my wsadzaliśmy jego zawartość do mojego renaulta 16 i zasuwaliśmy do Łodzi. Dlatego większość zdjęć w filmie to zdjęcia nocne. Ale to nawet dobrze, bo taki był rytm strajkowania. Ludzie budzili się popołudniami, a życie trwało do godziny trzeciej w nocy.
Nad ranem odwoziliśmy kamerę z powrotem. Dwa razy zdarzyło mi się lądować samochodem w polu gdzieś pod Rawą Mazowiecką. Zrobiłem wtedy ponad siedem tysięcy kilometrów.
Co kręciliście?
- Życie strajkowe od kulis: spanie, łazienki, gotowanie, kiełbasy na hakach. Na wszelki wypadek nie filmowaliśmy tego, co mogłoby posłużyć jako dowód w ewentualnych postępowaniach prokuratorskich, np. nie fotografowaliśmy kolporterów KOR-u. Jak taśma się kończyła, szpulę chowaliśmy w pudłach w babcinych mieszkaniach. Każdą osobno, żeby w razie konfiskaty stracić jak najmniej materiału.
Kiedy strajk się skończył, był ogromny problem z wywołaniem negatywów. Mogliśmy to zrobić tylko w wytwórni Czołówka. Przekazywaliśmy tam po jednym egzemplarzu, pod pretekstem, że to operatorskie ćwiczenia.
W którym momencie sposób na zabicie nudy zmienił się w chęć zrobienia filmu?
- Andrzej Adamczak, Piotr Weychert i ja od razu wiedzieliśmy, że chcemy zrobić film. "Studenci 81" mieli być naszą odpowiedzią na "Robotników 80". Zacząłem go montować w grudniu 1981 roku - stałem się już wtedy studentem szkoły filmowej. 12 grudnia zasnąłem ze słuchawkami, odsłuchując dyskusję o ingerencjach Służby Bezpieczeństwa. A obudziłem się już po ogłoszeniu stanu wojennego. Polecieliśmy od razu do Radia Żak, żeby wybebeszyć szafki z naszymi nagraniami, zanim zdąży je wybebeszyć ktoś inny. I pochowaliśmy materiały na działkach.
Kiedy postanowił je Pan połączyć ze wspomnieniami uczestników tamtych wydarzeń?
- Pierwszy film powstał już w 1982 roku, a narrację prowadził Andrzej Bolanowski, jedyny z przywódców strajku, który wtedy nie siedział lub nie był za granicą. Ale wykorzystałem zaledwie trzy minuty materiału.
Przed kilkoma laty nagrania zostały przeniesione na nośnik cyfrowy, a ja starałem się docierać do ludzi, którzy w tamtych wydarzeniach uczestniczyli. Nie było łatwo. Porozjeżdżali się po świecie - żyją w USA, Francji, Szwecji - i po całym kraju. Dla niektórych rozmówców wypowiedzi wykorzystane w filmie były jednymi z ostatnich w życiu. Taki charakter mają wspomnienia Bronisława Geremka, Mieczysława Rakowskiego czy Macieja Kuronia.
"Bunt na Łodzi" pokaże w sobotę o godz. 18 kino ŁDK Duże (ul. Traugutta 18). Film został dofinansowany z Łódzkiego Funduszu Filmowego
"Bunt na Łodzi" pokaże w sobotę o godz. 18 kino ŁDK Duże (ul. Traugutta 18). Film został dofinansowany z Łódzkiego Funduszu Filmowego
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
