Ojcowie miasta: Biedermannowie

Joanna Podolska
25.07.2008 , aktualizacja: 25.07.2008 15:57
A A A Drukuj
Od dwóch wanien podgrzewanych na wolnym ogniu zaczęła się łódzka historia rodziny Biedermannów. Z czasem zabudowali spory fragment miasta przy zbiegu dzisiejszych ulic Kilińskiego, Północnej i Franciszkańskiej, gdzie płynęła rzeka Łódka.

Fabryki Łodzi: Zaczynali od farbiarni



Biedermannowie sprowadzili się na tereny Polski dwa pół wieku temu. Przybyli tu z Bawarii z grupą niemieckich osadników - protestantów i osiedlili się w Zdunach w powiecie krotoszyńskim. To tam w księdze urodzin parafii ewangelickiej z roku 1730 po raz pierwszy pojawia się nazwisko Georg Friedrich Biedermann. Nieco ponad sto lat później przyszedł na świat Robert Biedermann, twórca potężnego rodu fabrykanckiego w Łodzi. Urodził się w Zduńskiej Woli, gdzie zamieszkał jego ojciec - pastor ewangelicki. Już w wieku 12 lat Robert wyjechał do Konstantynowa, gdzie przez pięć lat uczył się zawodu farbiarza. "Farbiarz oprócz wiedzy chemicznej musiał być kolorystą, umiejącym przez właściwy dobór naturalnych składników uzyskać odpowiedni efekt kolorystyczny tkanin. Każda barwa miała inny zapach i uchwycenie właściwego decydowało o jakości ufarbowanego włókna" - pisze w monografii rodu Wanda Kuźko. To sprawiało, że w tamtych czasach zawód farbiarza był traktowany za fach na pograniczu sztuki.



Robert i jego fabryka

W 1854 roku Robert wraz z bratem Pawłem trafili do Łodzi. Za oficjalną datę rozpoczęcia własnej działalności gospodarczej przyjął marzec 1863 roku. Otworzył wtedy w Łodzi nad rzeką Łódką (przy dzisiejszej ul. Kilińskiego 2) własną farbiarnię, która początkowo składała się z dwóch wanien podgrzewanych na wolnym ogniu. Wkrótce potem ożenił się z majętną panną, córką sąsiadów, Adelmą Emmą z Braunów, która wniosła w posagu okrągłą sumę. Dzięki temu mógł zainwestować w nieruchomości.

To Robert Biedermann wybudował wszystkie budynki fabryczne, zarówno przy ul. Widzewskiej (dziś Kilińskiego) jak i Smugowej, kupił fabrykę naprzeciwko swojej farbiarni. Choć funkcjonował przy rzece Łódce wciąż borykał się z brakiem wody. Musiał kopać stawy (na starych mapach można jeszcze zobaczyć staw w miejscu dzisiejszej ul. Północnej), doprowadzał wodę kanałami, potem wybudował studnię głębinową. "Wełna, żeby być piękna, musi być dobrze wykąpana, nie można zostawić najmniejszej nawet ilości tłuszczu lub nieczystości" - pisał w 1882 roku. Kłótnie o wodę doprowadziły do wieloletniego procesu z sąsiadem - Ludwikiem Anstadtem, właścicielem browaru. Biedermann proces wygrał i to sprawiło, że sąsiad musiał oczyścić Łódkę.

Robert Biedermann był niesłychanie pracowity, spędzał w swoich fabrykach do 16 godzin na dobę, miał też sporo szczęścia, bo trafiał na dobrych partnerów - głównym klientem farbiarni tkanin wełnianych i bawełnianych był np. Juliusz Heinzel. Był też w dobrych relacjach z innymi łódzkimi przemysłowcami (z wyjątkiem Anstadtów!). Gdy miał kłopoty finansowe zwrócił się o pomoc do Karola Scheiblera. Pożyczka wyniosła 30 tys. rubli, co pomogło mu spłacić nieruchomość i zmodernizować przestarzałe już fabryki. Z drugiej jednak strony toczył wieloletni spór z mieszczanami o przejazd przez jego ziemię. Oni uważali, że przedłużenie ulicy Widzewskiej leży w interesie rozwijającego się miasta. Fakt faktem, że łodzianie czekali na to aż do 1945 roku.

Biedermannowie mieli 13 dzieci. Mieszkali najpierw wszyscy w niewielkim domu przy ul. Kilińskiego 2, potem w postawionym obok pałacu. Gdy dorastali synowie w ogrodzie przy ul. Franciszkańskiej wybudowali dla nich parterowy dom. Robert nie należał do rozrzutnych i dzieci nie rozpieszczał. Swoich synów od najmłodszych lat przygotowywał do przejęcia biznesu, za głównego następcę uważał Alfreda, bo pierworodny, także Robert - jak twierdził ojciec - "nie ma ochoty zostać dobrym farbiarzem". To z Alfredem ojciec prowadził profesjonalną żywą korespondencję zachowaną w Archiwum rodziny Biedermannów przechowywanej w Archiwum Państwowym w Łodzi. To z nim dyskutował o przyszłości firmy i planach jej rozwoju. W testamencie zadecydował, że będą zarządzać firmą razem, a dwaj pozostali synowie: Gustaw i Bruno, dołączą do nich po ukończeniu studiów i odbyciu stażu. Córki miały zostać spłacone w ciągu 10 lat.

Kiedy Robert Biedermann zaczynał swój biznes w Łodzi jego oszczędności i posag żony wynosiły ok. 30 tys. rubli. Po jego śmierci (zmarł w 1899 roku ) majątek firmy oszacowano na ponad 1,6 mln zł. Dodatkowo do podziału między dziećmi było 2,2 mln rubli!

Robert był skupiony na sprawach rodziny i własnego przedsiębiorstwa, ale zaangażował się w projekt budowy kanalizacji i wodociągów w Łodzi (zrealizowany dopiero 40 lat później). Cóż sprawa dostępu do wielkiej ilości czystej wody była w jego interesie. Co ciekawe w testamencie zapisał 6 tys. rubli jednorazowo w równych częściach dla gminy ewangelickiej, żydowskiej, prawosławnej i rzymsko-katolickiej.



Alfred i jego bracia

Jak było do przewidzenia to Alfred Biedermann kierował firmą po śmierci ojca. Był niezwykle zaangażowany w łódzkie życie społeczne. Już w latach 90. XIX wieku był inicjatorem budowy linii tramwajowych. Zarówno przed jak i po zakończeniu I wojny światowej reprezentował łódzki przemysł w międzynarodowych konferencjach i ogólnopolskich dyskusjach dotyczących biznesu. Miał dwóch synów z pierwszą żoną Sophie: Rolpha i Helmuta (to na jej grobowcu na Starym Cmentarzu jest anioł schylający się nad dwójką dzieci, buzie chłopców mają ponoć twarze dwóch synków zmarłej). Z drugą żoną, Martą Anną von Berens, ukochaną Daisy, do której napisał setki listów (do odnalezienia w archiwum), miał troje dzieci. Jego starsi synowie współrządzili firmą po jego śmierci w 1936 roku.

Jego brat Robert wiódł kawalerskie życie i nie był zbyt zainteresowany pomnażaniem rodzinnego majątku. Zmarł bezdzietnie w 1927 roku. Zupełnie zrzekł się prawa do współrządzenia fabryką Gustaw. Ożenił się z Idą Gehlig, córką łódzkiego architekta. Po otrzymaniu spadku po ojcu wyprowadził się najpierw na Krym, a po rewolucji do Włoch, gdzie - jak pisze Wanda Kuźko - wiódł dostatnie życie rentiera aż do 1953 roku. Córki Roberta i Emmy wychodziły dobrze za mąż, ale z fabryką nie miały większej styczności.

Dzieje Bruno Biedermana, kolejnego z braci, są niezwykle dramatyczne. Na dobre włączył się w sprawy rodzinnej firmy po I wojnie światowej. Warto zaznaczyć, że w 1918 roku wstąpił do polskiego wojska i służył w łódzkim garnizonie aż do 1920 roku. Po śmierci starszego brata zarządzał firmą wraz z bratankiem Helmutem (Rolf był w zarządzie, ale mieszkał na stałe w Londynie). Bruno był doradcą w Izbie Przemysłowo-Handlowej, sędzią handlowym w Okręgowym Sądzie w Łodzi, był w komitecie budowy Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Gdańskiej i budowy Domu -Pomnika Marszałka Piłsudskiego (dziś ŁDK). Na początku wojny wspierał Komitet Pomocy Więźniom Radogoszcza, ale w sierpniu 1940 roku przyjął volkslistę, aby ratować rodzinny majątek. Podobnie zrobiła większość rodziny.

Część rodziny podpisała dokumenty zgodnie ze swoimi przekonaniami. Biedermannowie byli lojalnymi obywatelami państwa polskiego, czuli się Niemcami, albo Polakami z niemieckim rodowodem. Wystarczy przejrzeć archiwum rodzinne. Większość prywatnej korespondencji była prowadzona w języku niemieckim. Po niemiecku pisał Robert do syna Alfreda. Po niemiecku pisał miłosne listy do żony Alfred. Po niemiecku spisywał rodzinną historię Bruno Biedermann. Polska część rodziny - co ciekawe głównie dzieci pochodzące z żeńskiej linii Biedermannów poczuwały się do bliższych związków z polskością. Ale podziały nie były tak proste i jednoznaczne.



Pointa

"Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie" - taki list zostawił Bruno Biedermanna, który zastrzelił siebie, swoją żonę Luizę i córkę Marylę po mężu Keiserbrecht. Tragedia rozegrała się 24 stycznia 1945 roku w pałacu przy ul. Franciszkańskiej, wkrótce po wkroczeniu na teren Łodzi wojsk radzieckich. Zrobili to, gdy kazano im opuścić rodzinny dom i fabrykę. Zgodnie z życzeniem zostali pochowani w parku. Dopiero w 1977 roku ich kości zostały przeniesione na Cmentarz Stary.

Maryla, zwana w domu Lili, była młodszą córką Bruna Biedermanna. W czasie wojny najpierw niosła pomoc aresztowanym w więzieniu na Radogoszczu, potem była działaczką Armii Krajowej. Za działalność na rzecz wolnej Polski była aresztowana i brutalnie katowana przez gestapo. W więzieniu przy ul. Gdańskiej siedziała do ucieczki Niemców w styczniu 1945 roku. Jej siostra Adalisa Klara z rodziną wyjechała z Łodzi do Niemiec już w 1944 roku. Tam żyją jej wnuki.

Zresztą niemal wszyscy potomkowie Biedermannów żyją poza Polska: w Kanadzie, Niemczech, Anglii, we Włoszech, w USA, w Irlandii. W Polsce zostali nieliczni. W Łodzi mieszka Stanisław Tyszkiewicz, którego babką była Adelma Ida Lorentz, córka Roberta Biedermanna. Jego córka Agnieszka jest anglistką, wnuczki są w wieku szkolnym. W Zakopanem mieszka Karol Biedermann pochodzący z bocznej linii. Jego pradziadek Paweł Gustaw Biedermann był bratem Roberta, razem zaczynali karierę jako farbiarze, potem ich losy potoczyły się inaczej. Dziadek Paweł Emanuel w czasie wojny działał w kierownictwie Komitetu Pomocy Więźniom Radogoszcza za co został oskarżony o zdradę narodu niemieckiego i dwukrotnie sam siedział w Radogoszczu (pomagała mu Maryla). Nie doczekał końca wojny, zmarł w 1944 r. Ojciec Karola Lars chodził przed wojną do Szkoły Zgromadzenia Kupców razem z Zygmuntem Herzem, współtwórcą paryskiej "Kultury". W 1945 roku nie opuścił Łodzi. Tę decyzję okupił kilkuletnią wysyłką do Związku Radzieckiego nad Kołymę. W 1948 r. kiedy Sowieci wypuszczali Niemców zadeklarował przynależność do narodu niemieckiego. Trafił do Monachium. Do domu wrócił w Wigilię 1949 r. Karol Biedermann ukończył Politechnikę Łódzką. Z wykształcenia jest chemikiem. Od 1995 r. przygotowuje drzewo genealogiczne rodziny Biedermannów, skatalogował 300 nazwisk. Jego syn Paweł mieszka w Łodzi. Kontynuuje rodzinną tradycję. Pracuje w przemyśle tekstylnym.

Przy pisaniu artykułu korzystałam z książki Wandy Kuźko "Biedermannowie historia rodziny i fortuny 1730 - 1945", Literatura, Łódź 2000, stamtąd pochodzą także przytaczane cytaty z rodzinnej korespondencji.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład