Ojcowie miasta: Geyerowie

Rozmawiała Joanna Podolska
25.07.2008 , aktualizacja: 06.01.2009 10:41
A A A Drukuj
Ludwik Geyer był człowiekiem renesansu, grał na skrzypcach, był miłośnikiem teatru, założył najstarszy łódzki chór, miał wielką bibliotekę, pisał artykuły prasowe. Był niezwykle pomysłowy i przedsiębiorczy. Jak brakowało barwników do tkanin, to zaczął hodować marzannę - ziele, z którego uzyskiwano barwnik.
GUSTAW I HELENA GEYEROWIE
Fot. Ze zbiorów Centralnego Muze
GUSTAW I HELENA GEYEROWIE

Fot. Ze zbiorów Centralnego Muze
Fot. Ze zbiorów Centralnego Muze

Fabryki Łodzi: Zmiany u Geyerów



Rozmowa z Piotrem Jaworskim, starszym kustoszem Centralnego Muzeum Włokiennictwa.

Joanna Podolska: Co wiadomo o rodzinie Geyerów sprzed przyjazdu do Łodzi?

Piotr Jaworski: - Bardzo niewiele. Ludwik Geyer przyjechał tu po raz pierwszy w 1826 roku z Neugersdorf w Saksonii. Jego ojciec prowadził tam niewielką manufakturę bawełnianą. Dwa lata później sprowadził się do Łodzi z rodzicami, ale choć miał tylko 23 lata, to on prowadził interes, a nie ojciec. Przywiózł tu trochę krosien, zapas przędzy bawełnianej i barwników do tkanin. Podpisując umowę rządową zobowiązał się co najmniej przez 10 lat prowadzić tkalnię wyrobów bawełnianych, a w ciągu roku wybudować murowany dom. W kontrakcie osiedleńczym zastrzegł sobie też udzielenie licencji na sprowadzanie przędzy bawełnianej.

Geyer od razu startował z górnej półki. Jeszcze zanim wybudował fabrykę zatrudniał 600 osób. Najpierw zlecał pracę, zatrudniał tkaczy w Łodzi, ale też w Pabianicach i dalej. Dawał im przędzę, a oni dla niego tkali. Potem sam otworzył farbiarnię i drukarnię perkali. Jego maszyna drukowała tkaniny w trzech kolorach. To była technologiczna nowinka. Po pierwszych sukcesach zdecydował się założyć mechaniczną przędzalnię, tkalnię i rozpoczął budowę trzypiętrowego gmachu fabrycznego. To tam sprowadził pierwszą w Łodzi maszynę parową.

Są dwa drzewa genealogiczne rodziny Geyerów, jedno oficjalne, drugie nieformalne.

- Łódź była w latach 20. i30. dość dziwnym miastem. Wszyscy tu byli skądś. Tak się dzieje w miastach nagłej koniunktury. Zjeżdżają się ludzie z różnych stron świata, często bez rodzin, to niesie określone konsekwencje społeczne. Geyer miał troje dzieci z pozamałżeńskich związków. Syn z Luizą Dietrich zmarł jako niemowlę, a potem było dwoje dzieci z Józefą Gasperską, którym też dał swoje nazwisko. Pewnie pod naciskiem rodziny ożenił się w 1835 roku z Emilią Turk, której ojciec był lekarzem w Kemberg w Saksonii. Miał z nią ośmioro dzieci.

Mówi się, że Ludwik Geyer przeinwestował w Rudzie Pabianickiej i to go doprowadziło do upadku.

- Faktycznie, inwestycja była ogromna. Uruchomił tam nowoczesną cukrownię, tartak, cegielnię, kopalnię torfu, mechaniczną olejarnię i gorzelnię.

Która doprowadziła do jego aresztowania.

- Ktoś doniósł, że produkuje więcej alkoholu, niż ma prawo i trafił za to do aresztu. Cóż, Geyer miał wielu wrogów. Miał też pecha. Na kryzysie bawełny, na którym Karol Scheibler zarobił krocie, on stracił. Musiał zamknąć fabrykę w 1862 roku na parę lat. Ludwik Geyer był jednym z pierwszych wielkich łódzkich fabrykantów I to na swój sposób było jego nieszczęściem. Następni fabrykanci już tylko po nim powtarzali i nie musieli popełniać jego błędów.

Kiedy przyjechał do Łodzi nic tutaj nie było jeszcze stabilne. Na granicy dochodziło do prawdziwych wojen. Przemyt był ogromny. Geyer zabiegał nawet o przejęcie komór celnych, ale mu się to nie udało. Łódź była wtedy małym miasteczkiem bez żadnej infrastruktury. Dopiero w latach 40. XIX wieku Kolej Warszawsko-Wiedeńska dotarła do Rokicin i można było tą drogą sprowadzać towary. Jak Geyer postawił w Łodzi swoją fabrykę nie było mu łatwo znaleźć pracowników. Tkacze nie chcieli do niego przyjść, bo chcieli zachować niezależność. Szukał ludzi, dawał nawet ogłoszenia w prasie, w końcu musiał zatrudnić chłopów z okolicznych wsi. Wykupił dla nich fabrykę i przerobił na mieszkania. Kiedy wybudował tkalnię mechaniczną to początkowo jej wydajność była bardzo niska i przynosiła straty. Musiał sprowadzić fachowców do montażu, przyuczyć ludzi, a to nie było proste. Pamiętajmy, że wokół było mnóstwo prostego chłopstwa, to byli analfabeci, nawet nie mógł im dać instrukcji do przeczytania. To dla nich wybudował szkołę.

Gdzie ona się znajdowała?

- Dokładnie nie wiadomo, najprawdopodobniej przy ul. Czerwonej. W ogóle nie był on takim krwiopijcą, jak się go malowało. Ludwik Geyer był pierwszym obywatelem Łodzi, wobec tego był zapraszany do wszystkich możliwych komitetów. Był w komitecie budowy szpitala miejskiego, szkoły na Nowym Rynku, komitecie antycholerycznym, zbudował Kasę Chorych dla swoich robotników, pięć domów dla robotników przy ul. Przybyszewskiego - też nie ma już po nich śladu. Był też pierwszym łódzkim przemysłowcem, który otrzymał prawo oznaczania swoich produktów godłem państwowym. Był naprawdę bardzo ciekawym człowiekiem. Tworzył w Łodzi pewien wzorzec, do którego potem inni się dostosowywali.

To Ludwik Geyer zbudował pierwszą rezydencję pałacową, był to ponoć bardzo piękny budynek. Musiał go potem oddać bankowi za długi. Poza tym prowadził pionierskie działania na polu przemysłowym.

Co go zgubiło, pazerność, nieostrożność, głupota?

- Geyer był człowiekiem nowoczesnym. Steinert trzymał w workach ruble i płacił srebrem. Również Scheibler obywał się bez pożyczek. Geyer posługiwał się wekslami, brał kredyty w bankach. To niestety nie wyszło mu na dobre. Dla Geyera niespłacanie rat i odsetek było zabójcze. Ale trzeba przyznać, że ani złotówki z pożyczonych pieniędzy nie przeznaczył na inny cel. Okoliczności zewnętrzne sprawiły, że zbankrutował. Suma długów była zbliżona do wartości majątku, ale fabryka stała i nic nie zostało zmarnowane. Jego synowie spłacili dłużników i postawili fabrykę na nogi. Była w rękach rodziny aż do 1939 roku. Warto pamiętać, że Geyerowie zbudowali kawał Łodzi: fabryki położone po obu stronach Piotrkowskiej, wille fabrykanckie, domy dla robotników, tor dla cyklistów. Nawet Górniak jest na dawnym placu Geyera. Oni mieli 130 budynków.

Geyerowie, choć byli Niemcami, stracili wszystko w czasie II wojny światowej. Robert Geyer został zastrzelony w swoim pałacu przez gestapo. Dlaczego?

- To dość niejasna sprawa. Do dziś do końca nie wiadomo, jaki był powód. Robert Geyer razem ze swoim kuzynem Gwido Johnem interweniowali w sprawie aresztowania kuzyna, Karola Geyera. Nie udało się. Gdy wrócili do willi przy ul. Piotrkowskiej 280 aresztowało ich gestapo i obaj zostali zabici na miejscu. Może jeszcze w jakichś archiwach niemieckich znajdzie się notatka na ten temat, ale to jest sprawa nie do końca zbadana. Po śmierci Roberta dyrektor fabryki Gustaw Geyer dostał zakaz wstępu na teren zakładu i pracował w czasie wojny w firmie Krusche i Ender. Po wojnie założył sprawę o rehabilitację, chciał zostać w Polsce. Świadczyli za nim jego pracownicy, ale choć miał kwalifikacje i wykształcenie takie, że mógł być prezydentem, nie dostał pracy w swoim zakładzie. Jednak się zaparł, że Polski nie opuści i wyjechał do Gliwic. Tam mieszkał do śmierci. Może warto wspomnieć, że dwóch innych Geyerów zginęło pośrednio za Polskę. W 1920 roku Stanisław Geyer zgłosił się do pułku ułanów i zaginął w czasie wojny bolszewickiej. Nie znaleziono ciała i do końca nieznane są okoliczności jego śmierci. W 1944 roku porwany został Mariusz Geyer, syn Karola, z majątku Zielona Dąbrowa pod Częstochową, oni tam mieszkali w czasie okupacji, zażądano za niego okupu. To była chyba Armia Ludowa. I zabili go. Karol postanowił wyjechać po jego śmierci z Polski i przez Austrię trafił do Kanady, gdzie nadal żyją jego potomkowie.

To zawsze interesuje czytelników, czy Geyerowie mają szansę coś odzyskać z dawnego majątku?

- Nie. Wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Firma była na tyle duża, że podlegała nacjonalizacji. Także wille i domy Geyerów należały do zakładu.

O Geyerach Łódź trochę zapomniała. Kiedyś miał chociaż swój rynek, dziś to plac Reymonta.

Ludwik Geyer był prawdziwym Lodzermenschem. Jego całym życiem była fabryka. Sam żył bardzo skromnie. Zresztą dzieci też były wychowywane w wielkiej dyscyplinie. Mamy w zbiorach dokument z1912 roku, gdzie jest wykaz obywateli pod względem narodowościowym. Wśród obywateli polskich jest tylko jedno nazwisko: Geyer. I adnotacja, że choć przodkowie są z Saksonii, oni sami uważają się za Polaków.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład