O mecenas Agackiej-Indeckiej: "Nikt nie zastąpi Joanny"
2010-04-19
, aktualizacja: 18.04.2010 20:19
W ostatniej chwili zdobyła rosyjską wizę. W sobotę o szóstej rano dała znać mężowi, że jest na lotnisku i zaraz wsiada do samolotu. W poniedziałek miała być w sądzie w Pabianicach.
ZOBACZ TAKŻE
- Łódź żegna mecenas Joannę Agacką-Indecką (18-04-10, 19:35)
- Pośmiertne odznaczenie dla mecenas Agackiej-Indeckiej (15-04-10, 13:54)
- Tysiące ludzi pożegnało mecenas Joannę Agacką-Indecką (19-04-10, 18:10)
- Polscy adwokaci pożegnają mecenas Agacką-Indecką (15-04-10, 11:49)
- Ciało mecenas Joanny Agackiej-Indeckiej zidentyfikowane (12-04-10, 17:35)
- Mecenas Agacka-Indecka wróciła do ojczyzny i bliskich (14-04-10, 20:46)
- Mecenas Agacka-Indecka wśród ofiar katastrofy (10-04-10, 12:54)
RAPORTY
Razem z Michałem Gąseckim byli obrońcami w procesie o spowodowanie poważnego wypadku drogowego. - Kilka dni wcześniej rozmawialiśmy przez telefon - wspomina Gąsecki. - Podzieliśmy się zadaniami. Joanna mówiła, że leci z prezydentem do Katynia. Zapewniała, że w poniedziałek będzie w sądzie...
Dwa dni później na wojskowym Okęciu wylądował gigantyczny transportowy samolot. Otworzono pokład, a lektor wyczytał: "Joanna Agacka-Indecka, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej".
Z samolotu wyniesiono trumnę przykrytą biało-czerwoną flagą. Czekali na nią bliscy - rodzina, przyjaciele. Mąż położył na trumnie bukiet kwiatów, matka - adwokacką togę.
Na lotnisku byli przedstawiciele rządu i parlamentu oraz duchowieństwo, asystowała Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Z samolotu wynoszono kolejne okryte flagą narodową trumny z ciałami ofiar sobotniej katastrofy pod Smoleńskiem. Razem trzydzieści.
- Wróciliście do ojczyzny, wróciliście do swoich bliskich - mówił premier Donald Tusk. - Ale dzisiaj wasi bliscy płaczą, dzisiaj płacze cała Ojczyzna. Wróciliście okryci żalem, narodową żałobą, wróciliście okryci chwałą. Wróciła Joanna Agacka-Indecka, wybitny adwokat - mówił premier.
Jaka była? Jaką ją zapamiętają koledzy z łódzkiej palestry? Zawsze pogodna i uśmiechnięta. Życzliwa, lubiana i szanowana. Energiczna, pracowita i konsekwentna we wszystkim, co robiła. - Była dla nas wzorem - mówią. - Prezesa, który tak walczył o godność adwokatury, nie było i nie będzie. To wielka strata i niewyobrażalna tragedia. Nikt nie zastąpi Joanny.
W studenckiej opozycji
Joanna Agacka dostała się na Wydział Prawa Uniwersytetu Łódzkiego w roku, gdy zniesiono stan wojenny. Studiowali z nią Kazimierz Michał Ujazdowski, późniejszy minister kultury, i poseł Dariusz Wojnar, potem adwokat i członek Naczelnej Rady Adwokackiej, oraz Szymon Byczko, po latach wspólnik z kancelarii.
- Trafiliśmy na siebie instynktownie i szybko się porozumieliśmy - wspomina Ujazdowski. - Pamiętam pierwszą dłuższą rozmowę. W 1984 roku razem pojechaliśmy na pielgrzymkę środowisk prawniczych do Częstochowy. Byli prawnicy z różnych miast Polski, którzy upominali się o wolność, i studenci prawa, którzy im kibicowali. To był długi wyjazd autokarem i długa rozmowa z Asią.
Już na pierwszym roku Joanna Agacka znalazła się w samorządzie uczelnianym. Koledzy dobrze pamiętają jej zaangażowanie w opozycję studencką. - Wydział Prawa był jej najżywszym ośrodkiem - przypomina Ujazdowski. - To był kolportaż podziemnej prasy i działalność w samorządzie, który do 1985 roku miał dość szerokie uprawnienia. W 1988 roku, w ostatnim roku naszych studiów, braliśmy udział w studenckich akcjach protestacyjnych.
Joanna Agacka była jedną z założycielek Koła Naukowego Młodych Prawników. Ujazdowski: - To było miejsce swobodnej debaty, a nasze zaproszenie przyjmowały bardzo ważne osoby.
Wydawali biuletyn koła. - Pamiętam, jak staliśmy z Joanną przed rektorem i wykłócaliśmy się o jedną stronę biuletynu, której nie chciała puścić cenzura - wspomina mecenas Wojnar.
Byczko dołączył do koła później: - Joanna grała tam pierwsze skrzypce. Jak wszędzie i zawsze.
Ujazdowski podkreśla, że dla późniejszej prezes Naczelnej Rady Adwokackiej działalność w opozycji była sprawą oczywistą: - To nie tylko tradycja rodzinna, ale i jej własne poglądy oraz wolnościowa orientacja. Było zupełnie oczywiste, że jest po tej stronie. Robiła to ze skromnością, bez ostentacji i wyniosłości.
Powołanie i pasja
Studia ukończyła w 1988 roku. Do 2001 roku pracowała w Katedrze Postępowania Karnego swojej uczelni. - Konkretna, wymagająca. A przy tym bardzo atrakcyjna. Wszyscy chcieliśmy trafić do niej na zajęcia - wspomina były student.
Na początku lat 90. praktykowała w kancelariach adwokackich w USA i Wielkiej Brytanii. Doskonale mówiła po angielsku. W 1996 roku zdała egzamin adwokacki i - tak jak matka - zaczęła prowadzić w Łodzi kancelarię. - Wybór adwokatury był niezwykle głęboką i świadomą decyzją - mówi Ujazdowski. - To było jej autentyczne powołanie i prawdziwa pasja.
Koledzy są zgodni, że była znakomitym adwokatem. Wojnar: - Nie chciałbym być jej przeciwnikiem na sali sądowej, ale gdybym sam popadł w kłopoty, to u niej szukałbym pomocy prawnej.
Specjalizowała się w prawie karnym. - Bo to najbardziej wrażliwy styk między człowiekiem a państwem - uważa Byczko. - Ze strony adwokata prawo karne widziane jest jako gwarancja naszej wolności i bezpieczeństwa. Musi walczyć o to, żeby nikt nie poniósł większej kary i nie za to, czego nie zrobił.
Mecenas Byczko, który razem z mecenas Agacką-Indecką prowadził kancelarię, pamięta godziny, jakie spędzała na rozmowach z klientami: - Rozmawiała z nimi długo i starannie, zdając sobie sprawę z tego, że rolą adwokata jest nie tylko techniczne przejęcie sprawy, ale i rozmowa z ludźmi. Oni się boją tego, co będzie w sądzie, co stanie się z ich najbliższymi i oczekują rozmowy. Joanna dobrze to rozumiała.
Dwa dni później na wojskowym Okęciu wylądował gigantyczny transportowy samolot. Otworzono pokład, a lektor wyczytał: "Joanna Agacka-Indecka, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej".
Z samolotu wyniesiono trumnę przykrytą biało-czerwoną flagą. Czekali na nią bliscy - rodzina, przyjaciele. Mąż położył na trumnie bukiet kwiatów, matka - adwokacką togę.
Na lotnisku byli przedstawiciele rządu i parlamentu oraz duchowieństwo, asystowała Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego. Z samolotu wynoszono kolejne okryte flagą narodową trumny z ciałami ofiar sobotniej katastrofy pod Smoleńskiem. Razem trzydzieści.
- Wróciliście do ojczyzny, wróciliście do swoich bliskich - mówił premier Donald Tusk. - Ale dzisiaj wasi bliscy płaczą, dzisiaj płacze cała Ojczyzna. Wróciliście okryci żalem, narodową żałobą, wróciliście okryci chwałą. Wróciła Joanna Agacka-Indecka, wybitny adwokat - mówił premier.
Jaka była? Jaką ją zapamiętają koledzy z łódzkiej palestry? Zawsze pogodna i uśmiechnięta. Życzliwa, lubiana i szanowana. Energiczna, pracowita i konsekwentna we wszystkim, co robiła. - Była dla nas wzorem - mówią. - Prezesa, który tak walczył o godność adwokatury, nie było i nie będzie. To wielka strata i niewyobrażalna tragedia. Nikt nie zastąpi Joanny.
W studenckiej opozycji
Joanna Agacka dostała się na Wydział Prawa Uniwersytetu Łódzkiego w roku, gdy zniesiono stan wojenny. Studiowali z nią Kazimierz Michał Ujazdowski, późniejszy minister kultury, i poseł Dariusz Wojnar, potem adwokat i członek Naczelnej Rady Adwokackiej, oraz Szymon Byczko, po latach wspólnik z kancelarii.
- Trafiliśmy na siebie instynktownie i szybko się porozumieliśmy - wspomina Ujazdowski. - Pamiętam pierwszą dłuższą rozmowę. W 1984 roku razem pojechaliśmy na pielgrzymkę środowisk prawniczych do Częstochowy. Byli prawnicy z różnych miast Polski, którzy upominali się o wolność, i studenci prawa, którzy im kibicowali. To był długi wyjazd autokarem i długa rozmowa z Asią.
Już na pierwszym roku Joanna Agacka znalazła się w samorządzie uczelnianym. Koledzy dobrze pamiętają jej zaangażowanie w opozycję studencką. - Wydział Prawa był jej najżywszym ośrodkiem - przypomina Ujazdowski. - To był kolportaż podziemnej prasy i działalność w samorządzie, który do 1985 roku miał dość szerokie uprawnienia. W 1988 roku, w ostatnim roku naszych studiów, braliśmy udział w studenckich akcjach protestacyjnych.
Joanna Agacka była jedną z założycielek Koła Naukowego Młodych Prawników. Ujazdowski: - To było miejsce swobodnej debaty, a nasze zaproszenie przyjmowały bardzo ważne osoby.
Wydawali biuletyn koła. - Pamiętam, jak staliśmy z Joanną przed rektorem i wykłócaliśmy się o jedną stronę biuletynu, której nie chciała puścić cenzura - wspomina mecenas Wojnar.
Byczko dołączył do koła później: - Joanna grała tam pierwsze skrzypce. Jak wszędzie i zawsze.
Ujazdowski podkreśla, że dla późniejszej prezes Naczelnej Rady Adwokackiej działalność w opozycji była sprawą oczywistą: - To nie tylko tradycja rodzinna, ale i jej własne poglądy oraz wolnościowa orientacja. Było zupełnie oczywiste, że jest po tej stronie. Robiła to ze skromnością, bez ostentacji i wyniosłości.
Powołanie i pasja
Studia ukończyła w 1988 roku. Do 2001 roku pracowała w Katedrze Postępowania Karnego swojej uczelni. - Konkretna, wymagająca. A przy tym bardzo atrakcyjna. Wszyscy chcieliśmy trafić do niej na zajęcia - wspomina były student.
Na początku lat 90. praktykowała w kancelariach adwokackich w USA i Wielkiej Brytanii. Doskonale mówiła po angielsku. W 1996 roku zdała egzamin adwokacki i - tak jak matka - zaczęła prowadzić w Łodzi kancelarię. - Wybór adwokatury był niezwykle głęboką i świadomą decyzją - mówi Ujazdowski. - To było jej autentyczne powołanie i prawdziwa pasja.
Koledzy są zgodni, że była znakomitym adwokatem. Wojnar: - Nie chciałbym być jej przeciwnikiem na sali sądowej, ale gdybym sam popadł w kłopoty, to u niej szukałbym pomocy prawnej.
Specjalizowała się w prawie karnym. - Bo to najbardziej wrażliwy styk między człowiekiem a państwem - uważa Byczko. - Ze strony adwokata prawo karne widziane jest jako gwarancja naszej wolności i bezpieczeństwa. Musi walczyć o to, żeby nikt nie poniósł większej kary i nie za to, czego nie zrobił.
Mecenas Byczko, który razem z mecenas Agacką-Indecką prowadził kancelarię, pamięta godziny, jakie spędzała na rozmowach z klientami: - Rozmawiała z nimi długo i starannie, zdając sobie sprawę z tego, że rolą adwokata jest nie tylko techniczne przejęcie sprawy, ale i rozmowa z ludźmi. Oni się boją tego, co będzie w sądzie, co stanie się z ich najbliższymi i oczekują rozmowy. Joanna dobrze to rozumiała.
Gdy została adwokatem, zaczęła organizować przy okręgowych radach komisje prawne. - To było forum, na którym dyskutowano o projektach ustaw, o nowych rozwiązaniach prawnych - wspomina dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Łodzi Andrzej Pelc. - Na spotkania komisji prawnych zjeżdżało do Łodzi wielu adwokatów, a nazwisko mecenas Joanny Agackiej-Indeckiej zaczynało być znane w całym kraju.
Po zaledwie pięciu latach od przyjęcia do łódzkiej palestry znalazła się w jej władzach samorządowych. Trzy lata później - w 2004 roku - była już wicedziekanem okręgowej rady.
W tym samym roku wybrano ją do Naczelnej Rady Adwokackiej - dostała największą liczbę głosów. A w 2007 roku objęła stanowisko prezesa. Była najmłodszą w historii adwokatury osobą na tym stanowisku - miała zaledwie 43 lata. Podczas głosowania poparło ją ponad 250 adwokatów. Sytuacja bez precedensu. - Jej decyzja, aby kandydować, była aktem odwagi - uważa mecenas Byczko. - Była młodsza, była kobietą i była spoza Warszawy.
Zjednała polityków
W ciągu zaledwie 11 lat Joanna Agacka-Indecka doszła do najwyższego urzędu we władzach swojej korporacji. Łódzcy adwokaci nie mają wątpliwości, czemu zawdzięczała sukces i poparcie środowiska. - Miała naturalny dar zjednywania sobie ludzi - wspomina mecenas Jarosław Szymański, rzecznik ORA i kolega z czasów studenckich. - Potrafiła budować porozumienie, a nie wywoływać konflikty i pogłębiać różnice. Zintegrowała adwokaturę.
Dziekan Pelc wylicza: - Dynamiczna, rzutka i przebojowa. Dzięki swej otwartości zjednała adwokaturze środowiska, które nie zawsze były jej przychylne.
Hanna Gąszcz-Krupowczyk, koleżanka ze studiów i aplikacji, podkreśla, że była świetnym dyplomatą: - Nie miała wrogów, tylko samych przyjaciół.
Byczko podsumowuje: - Źródłem jej sukcesów było to, że dobrze wiedziała, czego chce. Wynikało to albo z kalkulacji, albo z moralnego poczucia, co powinno się w danej sytuacji robić. Gdy uzyskiwała tę pewność, konsekwentnie i stanowczo zmierzała do celu. Bez agresji, bez atakowania kogokolwiek.
Od 2003 roku uczestniczyła w pracach parlamentarnych - najpierw jako ekspert, później jako przedstawiciel samorządu adwokackiego. Niedawno minister sprawiedliwości powołał ją w skład Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. - Zawsze ceniłem jej wiedzę i ogromne kompetencje - mówił minister Krzysztof Kwiatkowski. - Byłem pewien, że jako adwokat, świetny praktyk może bardzo wiele wnieść w prace komisji.
Jeszcze w marcu tego roku na Nadzwyczajnym Zjeździe Adwokatury Polskiej w Warszawie gościła prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ministra Kwiatkowskiego. Mówiono wtedy, że dokonała czegoś, co nie udawało się jej poprzednikom - zjednała adwokaturze polityków z różnych obozów.
Byczko: - Po raz pierwszy zdarzyło się, że na zjeździe byli prezydent RP i minister sprawiedliwości. I obaj zgodnie podkreślali rolę niezależnej adwokatury.
Między Łodzią i Warszawą
Od sześciu lat żyła między Łodzią a Warszawą. Dla wszystkich było niepojęte, skąd bierze energię i jak udaje jej się łączyć wszystkie swoje obowiązki: palestra, kancelaria, rodzina. Rano była na rozprawie w sądzie, w przerwie rozsyłała służbowe e-maile, potem jechała do Warszawy na spotkania w NRA, a wieczorem przyjmowała klientów w kancelarii. - Nikt nie potrafił za nią nadążyć - mówi Wojnar. - Zadziwiała nas pracowitością i tym, że potrafiła robić kilka rzeczy jednocześnie.
Nikt nie słyszał, aby skarżyła się na zmęczenie. Nikt nie zapamięta jej narzekającej na nadmiar obowiązków.
- Była świetnie zorganizowana, wykorzystywała każdą chwilę - opowiada mecenas Gąszcz-Krupowczyk. - W sprawach zawodowych rzetelna i uczciwa, konsekwentna i perfekcyjna we wszystkim, co robiła. A przy tym kochająca i zaangażowana matka, bo niezależnie od nawału pracy zawsze znalazła czas dla córki Kasi.
Wojnar, także członek NRA z Łodzi, spędził z mecenas Agacką-Indecką wiele godzin w podróżach między Łodzią i stolicą: - Gdy wychodziliśmy z długich narad i spotkań pierwszymi osobami, do których dzwoniła po ich zakończeniu, byli córka i mąż.
Czasem zastanawiała się, czy na jej zaangażowaniu w sprawy korporacji nie cierpi rodzina. Robiła wszystko, aby jak najwięcej czasu spędzać z bliskim. Gdy tylko mogła, odbierała córkę ze szkoły, angażowała się w jej szkolne sprawy. Zabierała ją w służbowe podróże do Warszawy, aby każdą minutę wykorzystać na rozmowę.
Kasia była z nią też w piątek - dzień przed katastrofą. Prezes NRA uczestniczyła w spotkaniu uniwersyteckich poradni prawnych w Warszawie. - Była taka jak zawsze: uśmiechnięta i radosna - mówi jedna z uczestniczek konferencji. - Przepraszała, że nie może zostać dłużej, ale rano musi zdążyć na samolot do Smoleńska.
W ostatniej chwili udało się jej zdobyć wizę. W sobotę o szóstej rano dała znać mężowi, że jest na lotnisku i zaraz wsiada do samolotu. O godz. 8.56 samolot z polską delegacją na pokładzie rozbił się w lesie pod Smoleńskiem.
- Nie była politykiem, nie była ściśle związana z ruchem Rodzin Katyńskich, a mimo to została zaproszona do oficjalnej delegacji. To świadczy o tym, jak odbudowała prestiż adwokatury - mówi Byczko. - Inna sprawa, że prezes Naczelnej Rady Adwokackiej powinien być w Katyniu 70 lat po zbrodni, bo tam zamordowano wielu polskich adwokatów.
Kwiaty dla Joanny
Od ponad tygodnia wszędzie tam, gdzie pracowała Joanna Agacka-Indecka, łodzianie zapalają znicze i kładą bukiety wiosennych kwiatów - pod drzwiami dawnej i obecnej kancelarii, przed siedzibą Okręgowej Rady Adwokackiej.
Jej gabinet w kamienicy przy ul. Narutowicza jest niewielki. Ciemne, masywne meble, na ścianach dwie reprodukcje secesyjnych grafik, pod ścianą mały stolik, a na nim posążek Temidy. Na biurku idealny porządek, z boku równiutko ułożone dokumenty - do podpisania, do wysłania. Na komodzie i pod ścianą w rzędach leżą segregatory z dokumentami. - Joanna zawsze zostawiała porządek na biurku - mówi mecenas Byczko. - Często zwracała na to uwagę innym. Mówiła, że porozrzucane papiery i bałagan na biurku świadczą o tym, że coś nie zostało zrobione, że jest chaos.
Choć znali się od studiów, dopiero od półtora roku prowadzili wspólną kancelarię w dawnym mieszkaniu Indeckich. Ostatni raz spotkali się tu w tygodniu przed katastrofą. Ot, spotkanie, jakich było już wiele i miało być jeszcze więcej. Takie, do którego nikt nie przywiązuje większej wagi. - Minęliśmy się w kancelarii, oboje jak zwykle w biegu. Powiedzieliśmy sobie: "Cześć i do zobaczenia" - przypomina sobie Byczko
Teraz na niego spadł obowiązek likwidacji kancelarii koleżanki. - Przeglądam akta jej spraw - mówi. - Widzę, że to sprawy ludzi w potrzebie, często prowadzone za symboliczne wynagrodzenie. Spotykam się z jej klientami. Są wstrząśnięci tragedią i boją się, bo stracili doskonałego obrońcę.
Joanna Agacka-Indecka miała 45 lat. Co było przed nią? Była bezdyskusyjnym kandydatem na drugą kadencję prezesa NRA. - Przez dwa i pół roku przekonała tych, którzy mieli wątpliwości i byli przeciwko niej. Swoim dynamizmem, konsekwencją i pracowitością - uważa Byczko. - Po ostatnim krajowym zjeździe adwokatury byłem pewien, że nie tylko zostanie wybrana na drugą kadencję, ale że już w pierwszej turze odniesie miażdżące zwycięstwo.
W Naczelnej Radzie Adwokackiej zaczęła pracę nad projektem nowego prawa o adwokaturze. Dziekan Pelc: - Miała być koordynatorem tego wielkiego przedsięwzięcia. Będziemy je musieli dokończyć bez niej.
Była wymieniana jako kandydat na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Mówiono, że może zasiadać w międzynarodowych gremiach prawniczych.
Dziś spocznie na Starym Cmentarzu w Łodzi.
Po zaledwie pięciu latach od przyjęcia do łódzkiej palestry znalazła się w jej władzach samorządowych. Trzy lata później - w 2004 roku - była już wicedziekanem okręgowej rady.
W tym samym roku wybrano ją do Naczelnej Rady Adwokackiej - dostała największą liczbę głosów. A w 2007 roku objęła stanowisko prezesa. Była najmłodszą w historii adwokatury osobą na tym stanowisku - miała zaledwie 43 lata. Podczas głosowania poparło ją ponad 250 adwokatów. Sytuacja bez precedensu. - Jej decyzja, aby kandydować, była aktem odwagi - uważa mecenas Byczko. - Była młodsza, była kobietą i była spoza Warszawy.
Zjednała polityków
W ciągu zaledwie 11 lat Joanna Agacka-Indecka doszła do najwyższego urzędu we władzach swojej korporacji. Łódzcy adwokaci nie mają wątpliwości, czemu zawdzięczała sukces i poparcie środowiska. - Miała naturalny dar zjednywania sobie ludzi - wspomina mecenas Jarosław Szymański, rzecznik ORA i kolega z czasów studenckich. - Potrafiła budować porozumienie, a nie wywoływać konflikty i pogłębiać różnice. Zintegrowała adwokaturę.
Dziekan Pelc wylicza: - Dynamiczna, rzutka i przebojowa. Dzięki swej otwartości zjednała adwokaturze środowiska, które nie zawsze były jej przychylne.
Hanna Gąszcz-Krupowczyk, koleżanka ze studiów i aplikacji, podkreśla, że była świetnym dyplomatą: - Nie miała wrogów, tylko samych przyjaciół.
Byczko podsumowuje: - Źródłem jej sukcesów było to, że dobrze wiedziała, czego chce. Wynikało to albo z kalkulacji, albo z moralnego poczucia, co powinno się w danej sytuacji robić. Gdy uzyskiwała tę pewność, konsekwentnie i stanowczo zmierzała do celu. Bez agresji, bez atakowania kogokolwiek.
Od 2003 roku uczestniczyła w pracach parlamentarnych - najpierw jako ekspert, później jako przedstawiciel samorządu adwokackiego. Niedawno minister sprawiedliwości powołał ją w skład Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego. - Zawsze ceniłem jej wiedzę i ogromne kompetencje - mówił minister Krzysztof Kwiatkowski. - Byłem pewien, że jako adwokat, świetny praktyk może bardzo wiele wnieść w prace komisji.
Jeszcze w marcu tego roku na Nadzwyczajnym Zjeździe Adwokatury Polskiej w Warszawie gościła prezydenta Lecha Kaczyńskiego i ministra Kwiatkowskiego. Mówiono wtedy, że dokonała czegoś, co nie udawało się jej poprzednikom - zjednała adwokaturze polityków z różnych obozów.
Byczko: - Po raz pierwszy zdarzyło się, że na zjeździe byli prezydent RP i minister sprawiedliwości. I obaj zgodnie podkreślali rolę niezależnej adwokatury.
Między Łodzią i Warszawą
Od sześciu lat żyła między Łodzią a Warszawą. Dla wszystkich było niepojęte, skąd bierze energię i jak udaje jej się łączyć wszystkie swoje obowiązki: palestra, kancelaria, rodzina. Rano była na rozprawie w sądzie, w przerwie rozsyłała służbowe e-maile, potem jechała do Warszawy na spotkania w NRA, a wieczorem przyjmowała klientów w kancelarii. - Nikt nie potrafił za nią nadążyć - mówi Wojnar. - Zadziwiała nas pracowitością i tym, że potrafiła robić kilka rzeczy jednocześnie.
Nikt nie słyszał, aby skarżyła się na zmęczenie. Nikt nie zapamięta jej narzekającej na nadmiar obowiązków.
- Była świetnie zorganizowana, wykorzystywała każdą chwilę - opowiada mecenas Gąszcz-Krupowczyk. - W sprawach zawodowych rzetelna i uczciwa, konsekwentna i perfekcyjna we wszystkim, co robiła. A przy tym kochająca i zaangażowana matka, bo niezależnie od nawału pracy zawsze znalazła czas dla córki Kasi.
Wojnar, także członek NRA z Łodzi, spędził z mecenas Agacką-Indecką wiele godzin w podróżach między Łodzią i stolicą: - Gdy wychodziliśmy z długich narad i spotkań pierwszymi osobami, do których dzwoniła po ich zakończeniu, byli córka i mąż.
Czasem zastanawiała się, czy na jej zaangażowaniu w sprawy korporacji nie cierpi rodzina. Robiła wszystko, aby jak najwięcej czasu spędzać z bliskim. Gdy tylko mogła, odbierała córkę ze szkoły, angażowała się w jej szkolne sprawy. Zabierała ją w służbowe podróże do Warszawy, aby każdą minutę wykorzystać na rozmowę.
Kasia była z nią też w piątek - dzień przed katastrofą. Prezes NRA uczestniczyła w spotkaniu uniwersyteckich poradni prawnych w Warszawie. - Była taka jak zawsze: uśmiechnięta i radosna - mówi jedna z uczestniczek konferencji. - Przepraszała, że nie może zostać dłużej, ale rano musi zdążyć na samolot do Smoleńska.
W ostatniej chwili udało się jej zdobyć wizę. W sobotę o szóstej rano dała znać mężowi, że jest na lotnisku i zaraz wsiada do samolotu. O godz. 8.56 samolot z polską delegacją na pokładzie rozbił się w lesie pod Smoleńskiem.
- Nie była politykiem, nie była ściśle związana z ruchem Rodzin Katyńskich, a mimo to została zaproszona do oficjalnej delegacji. To świadczy o tym, jak odbudowała prestiż adwokatury - mówi Byczko. - Inna sprawa, że prezes Naczelnej Rady Adwokackiej powinien być w Katyniu 70 lat po zbrodni, bo tam zamordowano wielu polskich adwokatów.
Kwiaty dla Joanny
Od ponad tygodnia wszędzie tam, gdzie pracowała Joanna Agacka-Indecka, łodzianie zapalają znicze i kładą bukiety wiosennych kwiatów - pod drzwiami dawnej i obecnej kancelarii, przed siedzibą Okręgowej Rady Adwokackiej.
Jej gabinet w kamienicy przy ul. Narutowicza jest niewielki. Ciemne, masywne meble, na ścianach dwie reprodukcje secesyjnych grafik, pod ścianą mały stolik, a na nim posążek Temidy. Na biurku idealny porządek, z boku równiutko ułożone dokumenty - do podpisania, do wysłania. Na komodzie i pod ścianą w rzędach leżą segregatory z dokumentami. - Joanna zawsze zostawiała porządek na biurku - mówi mecenas Byczko. - Często zwracała na to uwagę innym. Mówiła, że porozrzucane papiery i bałagan na biurku świadczą o tym, że coś nie zostało zrobione, że jest chaos.
Choć znali się od studiów, dopiero od półtora roku prowadzili wspólną kancelarię w dawnym mieszkaniu Indeckich. Ostatni raz spotkali się tu w tygodniu przed katastrofą. Ot, spotkanie, jakich było już wiele i miało być jeszcze więcej. Takie, do którego nikt nie przywiązuje większej wagi. - Minęliśmy się w kancelarii, oboje jak zwykle w biegu. Powiedzieliśmy sobie: "Cześć i do zobaczenia" - przypomina sobie Byczko
Teraz na niego spadł obowiązek likwidacji kancelarii koleżanki. - Przeglądam akta jej spraw - mówi. - Widzę, że to sprawy ludzi w potrzebie, często prowadzone za symboliczne wynagrodzenie. Spotykam się z jej klientami. Są wstrząśnięci tragedią i boją się, bo stracili doskonałego obrońcę.
Joanna Agacka-Indecka miała 45 lat. Co było przed nią? Była bezdyskusyjnym kandydatem na drugą kadencję prezesa NRA. - Przez dwa i pół roku przekonała tych, którzy mieli wątpliwości i byli przeciwko niej. Swoim dynamizmem, konsekwencją i pracowitością - uważa Byczko. - Po ostatnim krajowym zjeździe adwokatury byłem pewien, że nie tylko zostanie wybrana na drugą kadencję, ale że już w pierwszej turze odniesie miażdżące zwycięstwo.
W Naczelnej Radzie Adwokackiej zaczęła pracę nad projektem nowego prawa o adwokaturze. Dziekan Pelc: - Miała być koordynatorem tego wielkiego przedsięwzięcia. Będziemy je musieli dokończyć bez niej.
Była wymieniana jako kandydat na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Mówiono, że może zasiadać w międzynarodowych gremiach prawniczych.
Dziś spocznie na Starym Cmentarzu w Łodzi.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów





