Politycy nie lubią referendów, bo to nie oni decydują

Rozmawiała Wioletta Gnacikowska
2010-01-14 , aktualizacja: 14.01.2010 19:43
A A A Drukuj
- Statystycznie co piąte referendum się udaje, a jeszcze kilka lat temu udawało się co dziesiąte. Jako społeczeństwo zaczynamy rozumieć, że my mamy władzę - mówi prof. Krzysztof Skotnicki

Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
Wioletta Gnacikowska: Czy łodzianie brali już udział w referendum lokalnym?

Prof. Krzysztof Skotnicki: Nie. W niedzielę wezmą udział po raz pierwszy. Kilkanaście lat temu była próba przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania prezydenta Grzegorza Palki, ale inicjatorom nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów.

A ile razy uczestniczyliśmy w referendach ogólnokrajowych?

- Sześć razy: w 1946 r., 1987 r., w 1996 r. były dwa referenda jednego dnia, jedno zarządzone przez prezydenta Lecha Wałęsę, a drugie przez Sejm. To były referenda o powszechnym uwłaszczeniu obywateli. W 1997 r. było referendum zatwierdzające Konstytucję i w 2003 r. o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Najbardziej znane jest referendum w 1946 r. kojarzące się z hasłem "Trzy razy tak", kiedy Polacy odpowiadali na trzy pytania: Czy są za zniesieniem Senatu, zmianą ustroju i reformą rolną i utrwaleniem granic na Odrze i Nysie. To referendum było sfałszowane, a frekwencja wyniosła 90 proc. A jaka była w rzeczywistości?

- Tego się już chyba nigdy nie dowiemy. Trzeba pamiętać, że postawione w nim pytania miały przede wszystkim na celu ustalenie, jakie są nastroje społeczeństwa i jak nowa władza ma się "przygotować" do wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947 r., aby je wygrać. Wynik tych wyborów też był oczywiście sfałszowany.

W 1987 r. Polacy poszli do urn odpowiedzieć na dwa pytania. Jedno brzmiało mniej więcej tak: Czy jesteś za radykalnym uzdrowieniem gospodarki, wiedząc, że trzeba przejść przez dwu-, trzyletni okres zmian. Pytanie było tendencyjne.

- Satyrycy spuentowali to tak: "Czy chcesz, żeby ci było lepiej, jeśli wiesz, że będzie ci gorzej". Tamto referendum było rozpaczliwą próbą ratowania socjalizmu. Ale przełożyło się na późniejsze rozwiązania prawne, nawet te, które mamy obecnie. Referendum w 1987 r. miało być bowiem skutecznie, jeśli na pytania pozytywnie odpowie ponad 50 procent uprawnionych do głosowania. Dzisiaj tyle osób rzadko uczestniczy w głosowaniach. Dlatego obecnie dla ważności referendum ogólnokrajowego w sprawach o szczególnym znaczeniu wymagany jest udział 50 procent uprawnionych, zaś w referendum zatwierdzającym zmiany w Konstytucji RP nawet wcale nie ma wymogu frekwencji dla jego ważności.

W obecnej kadencji samorządu 2006-2010 w Polsce odbyły się 72 referenda lokalne w sprawie odwołania prezydentów, wójtów, burmistrzów i rad gmin. To dużo?

- Nie. W ostatnich latach jest wyraźna tendencja do zmniejszania się liczby referendów lokalnych, ale istotne jest to, że coraz więcej spośród nich jest skutecznych, to znaczy, że jest odpowiednia frekwencja i że cel postawiony przez inicjatorów jest zrealizowany. Uważam, że w ogóle za rzadko korzystamy z instytucji referendum.

Dlaczego?

- Bo są niewygodne dla polityków. W czasie referendum my podejmujemy decyzje, a nie oni. Oni stają się mniej ważni. Proszę zobaczyć, co jest ważniejsze: uchwalenie Konstytucji przez Zgromadzenie Narodowe czy jej zatwierdzenie przez naród.

Zatwierdzenie przez naród.

- To dlaczego mówimy o Konstytucji z 2 kwietnia 1997 r., a nie mówimy o Konstytucji z 25 maja 1997 r.? W innych krajach podaje się datę, kiedy suweren w głosowaniu wypowiada się na temat konstytucji. U nas politycy uważają się za ważniejszych.

Byłby Pan za tym, żeby referenda odbywały się częściej?

- Jak najbardziej, tylko politycy zrobią wszystko, żeby referendów nie było.

W niedzielę łodzianie wezmą udział w referendum. Zwolennicy mówią, że to święto demokracji, a przeciwnicy odpowiadają: Co to za demokracja, skoro na dziewięć miesięcy przyjdzie do Łodzi ktoś wskazany przez premiera, a nie wybrany z woli mieszkańców.

- Ale takie jest prawo. Tutaj zostały dopełnione terminy ustawowe.

Czyli jednak święto demokracji?

- Tak, bo społeczeństwo zaczyna być bardzo świadome, że kartka wyborcza coś znaczy. To oczywiście jest proces bardzo powolny.

Radni Platformy Obywatelskiej mówili na sesji, że ten, kto nie pójdzie na referendum, nie prezentuje postawy obywatelskiej. Co Pan na to?

- Generalnie bojkot wyborów czy referendum jest pewnym sposobem głosowania. W normalnej sytuacji tego typu bojkot jest wyrazem dezaprobaty dla istniejącej sytuacji politycznej, gospodarczej, dla kierunku przemian. W przypadku niedzielnego referendum w Łodzi z jednej strony apel o pozostanie w domach adresowany jest do zwolenników prezydenta Kropiwnickiego, którzy normalnie na wybory i referenda chodzą. Z drugiej strony bojkot tego referendum nie musi jednocześnie oznaczać poparcia dla niego, lecz może być wyrazem dezaprobaty dla idei tego referendum. Mój znajomy powiedział, że chętnie poszedłby na referendum w sprawie odwołania prezydenta, ale rok temu. W sytuacji, gdy referendum jest tuż przed wyborami samorządowymi uważa, że to nie ma sensu.

Na tej samej sesji radni z zaplecza prezydenta powiedzieli, że oni na referendum nie idą, zostają w domu.

- Nawoływanie do pozostania w domu to taktyka ryzykowna, która może obrócić się przeciw prezydentowi. Przykładem tego jest Częstochowa i odwołany w listopadzie Tadeusz Wrona. Tam dla skuteczności referendum potrzebna była frekwencja 30 tys. Poszło 42 tys. wyborców, z czego 40 tys. opowiedziało się przeciwko Tadeuszowi Wronie. Czy można sobie wyobrazić gorsze zakończenie urzędowania niż taki wynik głosowania? Przecież wiadomo, że prezydent Wrona miał dużo więcej zwolenników, tylko oni posłuchali jego apelu i nie poszli do urn. To spowodowało miażdżącą porażkę prezydenta Częstochowy.

Czy ewentualne udane referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego będzie stanowiło przestrogę dla kolejnych prezydentów?

- Liczba referendów w Polsce jest mniejsza, ale one są skuteczniejsze. Statystycznie co piąte się udaje, a jeszcze kilka lat temu udawało się co dziesiąte. Jako społeczeństwo zaczynamy rozumieć, że my mamy władzę.



* Prof. Krzysztof Skotnicki jest kierownikiem Zakładu Prawa Konstytucyjnego Porównawczego na Uniwersytecie Łódzkim oraz kierownikiem Centrum Studiów Wyborczych na Uniwersytecie Łódzkim

Podziel się

  • 36 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

  • Nie idę zetisdead 15.01.10, 13:23

    W ten sposób również głosuję. Głosuję przeciw durnym politycznym posunięciom (referendum na parę miesięcy przed wyborami), przeciwko rozbuchanym i chorym ambicjom radnych z SLD i PO, »

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład