Chaos w szpitalach: zlikwidowano ostre dyżury
2010-01-11
, aktualizacja: 11.01.2010 19:50
Kobietę ze złamanym kręgosłupem pogotowie zawiozło do szpitala bez neurochirurgii, ale z ortopedią - bo miała również złamany... kciuk. Wszystko przez bałagan, jakiego w łódzkiej służbie zdrowia nie było od dawna
ZOBACZ TAKŻE
- Komentarz (11-01-10, 19:50)
- Pacjenci szpitala psychiatrycznego pobili pielęgniarzy (07-01-10, 12:02)
- Szpital dwa razy odsyłał ją do domu. Zmarła na grypę (05-01-10, 04:00)
- Koniec z wypisywaniem recept bez oglądania pacjenta (25-01-10, 01:00)
- Nowa aparatura w szpitalu Sterlinga: leczą dokładniej (21-01-10, 20:08)
- Łódzkie szpitale powtarzają: zapraszamy do kolejki (16-01-10, 10:00)
- Lekarze nie chcą grzyba w szpitalu. Zbierają na remont (12-01-10, 19:31)
- "Kochanówka": Szpital z horroru, horror w szpitalu (11-12-09, 18:43)
- Umarł, bo odwieźli go do domu zamiast do szpitala? (18-11-09, 18:30)
- Pielęgniarki nie chcą na swoje. Do wzięcia 40 tys. zł (20-01-10, 19:03)
- Szpitalna lista obecności (12-11-09, 01:00)
- Centrum ze szpitalem i aulą większą niż Teatr Wielki (18-01-10, 20:54)
Szpitalne oddziały pękają w szwach, pacjenci leżą na korytarzach. Lekarze klną na czym świat stoi, bo w środku nocy są ściągani do pracy. A dyrektorzy zastanawiają się, kto za to wszystko zapłaci.
1 stycznia, z dnia na dzień zlikwidowano tzw. ostre dyżury. To system, który sprawdzał się od lat. Szpitale mogły umawiać się, że danego dnia pacjentów z zawałem przyjmuje np. kardiologia w "Biegańskim", z połamanymi nogami ortopedia na WAM-ie, a człowiek z urazem głowy będzie przyjęty na neurochirurgię w "Koperniku". Następnego dnia to samo robiły: "Sterling", "Radliński" i "Barlicki".
Może trochę to skomplikowane, ale skuteczne. Bo kiedy szpitale już się umówiły, przestrzegały uzgodnień. Dzięki temu pogotowie wiedziało, że jeśli zawiezie pacjenta do szpitala, który akurat dyżuruje, nikt go nie odeśle.
Szpitale też chwaliły sobie system. Dzięki niemu mogły spokojnie planować pracę: wiadomo, że jak był dyżur, to nie przeprowadzano innych zabiegów. Pacjentów na zabiegi planowe umawiano na dni bez dyżurów. Nikt nie wymagał, żeby szpital utrzymywał w nieustannej gotowości bloki operacyjnych i dodatkowych lekarzy na dyżurze. A więc dzień bez dyżuru oznaczał mniejsze wydatki.
Od półtora tygodnia zamiast ostrych dyżurów dla wybranych, całą dobę pod parą maja być wszystkie szpitale w mieście. Teoretycznie jest zmiana na lepsze, bo karetka wiezie człowieka do najbliższego szpitala i może jechać na następną wizytę.
W praktyce nie wygląda to tak różowo. - Proszę spojrzeć. Na kardiologii wszystkie łóżka zajęte - martwi się dr Wiesław Chudzik, dyrektor ds. medycznych Szpitala im. WAM. - Moglibyśmy nawet robić więcej zabiegów, ale przecież nie położymy ludzi na podłodze. A wciąż przywożą nam kolejnych pacjentów. Gdzie ich kłaść?
To samo w szpitalu MSWiA. - Jeden wielki bałagan - skarży się dyrektor Robert Starzec. - Cały czas karetki przywożą mi chorych, a ja nie mam dla nich miejsca. Mam odsyłać ludzi do innych szpitali?
W "Barlickim" też nie lepiej. - Cały czas zwożą nam kolejnych pacjentów - mówi Anna Murlewska, dyrektorka ds. medycznych. - Musimy ich przyjmować, więc przyjmujemy. Tylko że zaraz okaże się, że nie będziemy w stanie robić planowych operacji, bo wszystkie miejsca zajmą pacjenci, których przywiozło pogotowie. Tylko co zrobić z ludźmi, którzy mają wyznaczone terminy na operacje onkologiczne?
Wszyscy dyrektorzy z przerażeniem powtarzają sobie historię sprzed kilku dni: kobietę ze złamanym kręgosłupem pogotowie zawiozło do najbliższego szpitala - bez neurochirurgii, ale z ortopedią - bo miała również złamany kciuk. Gdyby był dyżur, zamiast udowadniać, że złamany kciuk to sprawa dla ortopedy, ratownik od razu pojechałby do szpitala, w którym czekałby neurochirurg. A tak cierpiąca pacjentka straciła półtorej godziny, bo szpital z ortopedią musiał znaleźć miejsce na neurochirurgii i jeszcze zawieźć tam chorą.
Dyrektorzy nie mają wątpliwości: zamieszanie spowodowała wojewoda. To ona 31 grudnia poinformowała szpitale, że dyżury są niezgodne z prawem i cały rok trzeba pracować jak na ostrym dyżurze. I jeszcze, że szpitale nie mogą odsyłać pacjentów przywożonych przez pogotowie.
Lekarze w szpitalach liczyli, że o piśmie wszyscy o nowym zarządzeniu zapomną; był już nawet gotowy grafik dyżurów na styczeń. Ale pogotowie uzbrojone w dokument od wojewody zaczęło rozwozić pacjentów jak leci - do najbliższych szpitali. Nic dziwnego, ze system w kilka dni runął.
- Wojewoda nie jest przeciwko dyżurom - tłumaczy Krzysztof Sztrajber z biura prasowego urzędu wojewódzkiego. - Napisała nawet pismo do minister zdrowia Ewy Kopacz z prośbą o ich zalegalizowanie. Wymienia w nim szereg argumentów za dyżurami i rozwiązania legislacyjne. Ale póki nie ma odpowiedzi, nie ma też dyżurów. Bo nie pozwala na nie prawo. A wojewoda musi stać na jego straży.
1 stycznia, z dnia na dzień zlikwidowano tzw. ostre dyżury. To system, który sprawdzał się od lat. Szpitale mogły umawiać się, że danego dnia pacjentów z zawałem przyjmuje np. kardiologia w "Biegańskim", z połamanymi nogami ortopedia na WAM-ie, a człowiek z urazem głowy będzie przyjęty na neurochirurgię w "Koperniku". Następnego dnia to samo robiły: "Sterling", "Radliński" i "Barlicki".
Może trochę to skomplikowane, ale skuteczne. Bo kiedy szpitale już się umówiły, przestrzegały uzgodnień. Dzięki temu pogotowie wiedziało, że jeśli zawiezie pacjenta do szpitala, który akurat dyżuruje, nikt go nie odeśle.
Szpitale też chwaliły sobie system. Dzięki niemu mogły spokojnie planować pracę: wiadomo, że jak był dyżur, to nie przeprowadzano innych zabiegów. Pacjentów na zabiegi planowe umawiano na dni bez dyżurów. Nikt nie wymagał, żeby szpital utrzymywał w nieustannej gotowości bloki operacyjnych i dodatkowych lekarzy na dyżurze. A więc dzień bez dyżuru oznaczał mniejsze wydatki.
Od półtora tygodnia zamiast ostrych dyżurów dla wybranych, całą dobę pod parą maja być wszystkie szpitale w mieście. Teoretycznie jest zmiana na lepsze, bo karetka wiezie człowieka do najbliższego szpitala i może jechać na następną wizytę.
W praktyce nie wygląda to tak różowo. - Proszę spojrzeć. Na kardiologii wszystkie łóżka zajęte - martwi się dr Wiesław Chudzik, dyrektor ds. medycznych Szpitala im. WAM. - Moglibyśmy nawet robić więcej zabiegów, ale przecież nie położymy ludzi na podłodze. A wciąż przywożą nam kolejnych pacjentów. Gdzie ich kłaść?
To samo w szpitalu MSWiA. - Jeden wielki bałagan - skarży się dyrektor Robert Starzec. - Cały czas karetki przywożą mi chorych, a ja nie mam dla nich miejsca. Mam odsyłać ludzi do innych szpitali?
W "Barlickim" też nie lepiej. - Cały czas zwożą nam kolejnych pacjentów - mówi Anna Murlewska, dyrektorka ds. medycznych. - Musimy ich przyjmować, więc przyjmujemy. Tylko że zaraz okaże się, że nie będziemy w stanie robić planowych operacji, bo wszystkie miejsca zajmą pacjenci, których przywiozło pogotowie. Tylko co zrobić z ludźmi, którzy mają wyznaczone terminy na operacje onkologiczne?
Wszyscy dyrektorzy z przerażeniem powtarzają sobie historię sprzed kilku dni: kobietę ze złamanym kręgosłupem pogotowie zawiozło do najbliższego szpitala - bez neurochirurgii, ale z ortopedią - bo miała również złamany kciuk. Gdyby był dyżur, zamiast udowadniać, że złamany kciuk to sprawa dla ortopedy, ratownik od razu pojechałby do szpitala, w którym czekałby neurochirurg. A tak cierpiąca pacjentka straciła półtorej godziny, bo szpital z ortopedią musiał znaleźć miejsce na neurochirurgii i jeszcze zawieźć tam chorą.
Dyrektorzy nie mają wątpliwości: zamieszanie spowodowała wojewoda. To ona 31 grudnia poinformowała szpitale, że dyżury są niezgodne z prawem i cały rok trzeba pracować jak na ostrym dyżurze. I jeszcze, że szpitale nie mogą odsyłać pacjentów przywożonych przez pogotowie.
Lekarze w szpitalach liczyli, że o piśmie wszyscy o nowym zarządzeniu zapomną; był już nawet gotowy grafik dyżurów na styczeń. Ale pogotowie uzbrojone w dokument od wojewody zaczęło rozwozić pacjentów jak leci - do najbliższych szpitali. Nic dziwnego, ze system w kilka dni runął.
- Wojewoda nie jest przeciwko dyżurom - tłumaczy Krzysztof Sztrajber z biura prasowego urzędu wojewódzkiego. - Napisała nawet pismo do minister zdrowia Ewy Kopacz z prośbą o ich zalegalizowanie. Wymienia w nim szereg argumentów za dyżurami i rozwiązania legislacyjne. Ale póki nie ma odpowiedzi, nie ma też dyżurów. Bo nie pozwala na nie prawo. A wojewoda musi stać na jego straży.
- 90 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
20 głosów
-
Chaos w szpitalach - dyżury zakazane
paradoxis
11.01.10, 20:58
Pani wojewoda niech się zajmie swoją lożą urzędasów co nic nie robią!!!»
-
Chaos w szpitalach: zlikwidowano ostre dyżury
r1111111
12.01.10, 15:22
Wojewoda, który wydał taką decyzję zapewne jest z SLD lub z PiS?»
-
UE Ratuj!!!bo nas wykończą!
bergman1
12.01.10, 15:29
powoli.»



