Tomasz Beksiński - wspomnienie

Rozmawiali: Marcin Masłowski i Jakub Wiewiórski 
2009-12-23 , aktualizacja: 23.12.2009 17:11
A A A Drukuj
Zadzwoniłem do niego przed świętami, żeby umówić się na pokaz wersji montażowej. Był ciekawy, jak film wyszedł. Taśmę miałem przywieźć tuż po świętach. O śmierci Tomka dowiedziałem się z telefonu znajomego - o zmarłym tragicznie dziesięć lat temu Tomaszu Beksińskim opowiada reżyser Daniel Światły* 

Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta
Słuchał Pan audycji Tomasza Beksińskiego?

- Tak, ale uprzedzam pytanie. Nie był dla mnie żadnym guru. Powód, dla którego zacząłem film, był prozaiczny. Studiowałem na drugim roku reżyserii, na którego zaliczenie trzeba było nakręcić dokument. I tak wpadł mi do głowy temat człowieka, którego znałem tylko z audycji radiowych, a którym wielu moich znajomych było oczarowanych. Byłem ciekawy go jako człowieka. Chciałem przebić się przez to, co mówił w audycjach. W wywiadach, które nagrywałem jeszcze bez kamery, cały czas prowokowałem, żeby to, co opowiadał jako prowadzący audycję czy cytując autora piosenki, powiedział mi on sam - Tomasz Beksiński.

Trudno było przekonać go do robienia filmu?

- On nie traktował mnie zbyt serio. Próbował grać, robić sobie żarty, pozować. Tym ludziom, którzy w radiu słuchali go jak herosa, jak boga, mieli samobójcze myśli, chciał pokazać, że dobrze się bawi legendami, które o nim krążą. Chciał spuścić powietrze z tego napompowanego balonu, jakim - wbrew sobie - stał się w oczach swoich "wyznawców".

W jaki sposób?

- Opowiadał na przykład o "klepsydrze". Gdy był uczniem liceum i miał już na dobre wyjechać z Sanoka, wywiesił zawiadomienie o swoim pogrzebie, że Tomasz Beksiński nie żyje, że pogrzeb będzie wtedy i wtedy. Wpadli na ten pomysł razem z kolegą, którego była dziewczyna wysłała mu zaproszenie na ślub. Kolega w ostatniej chwili się wycofał, a Beksiński - jak to on - nie. Śmiał się - to widać w filmie - że w Sanoku do dziś pamiętają go właśnie z tego.

Jest też scena, w której wyciąga z szafy słynną pelerynę. Krążyły legendy, że chodzi w niej po ulicach. "To jedyny w tym mieszkaniu wampiryczny rekwizyt, który mógłby pasować do tego, co ludzie o mnie mówią. Rzekomo sypiam w trumnie itd. Jak widać trumny nigdzie tu nie ma, jest natomiast ta przemiła pelerynka. Spełnia swoje zadanie. Czasami można przykryć nią jakąś panienkę, kiedy gryzie się ją w szyję" - opowiadał. Chciał to wszystko nakręcić, żeby wysłać do słuchaczy, którzy potem film obejrzą, sygnał, że on nie jest serio, że tym image'em się bawi. Ale w rzeczywistości okazało się, że wcale się nie bawi, że jest ofiarą.

Kiedy to Pan dostrzegł?

- Przestałem myśleć, że jest luźnym facetem, kiedy przyjechałem do niego po tym, jak rozpadł mu się związek z ukochaną kobietą. Wytracił całą energię, wyhamował. Chcieliśmy coś nakręcić, przyjechaliśmy z kamerą, ale się nie dało. Leżał na tapczanie, nic nie mówił, nie chciał odpowiadać na pytania. Tego nie było wcześniej, do tej pory podchwytywał hasła i je rozwijał. Nie byłem przygotowany na taki obrót spraw, że przychodzę do bohatera, a on mi mówi "powiedz mi, co mam zrobić, ale najchętniej daj mi święty spokój".

Jak się Pan dowiedział o śmierci Tomasza Beksińskiego?

- Zadzwoniłem do niego przed świętami, żeby się umówić na pokaz wersji montażowej filmu. Był ciekawy, jak to wygląda. Miałem taśmę przywieźć tuż po świętach. O śmierci dowiedziałem się od znajomego, który do mnie zadzwonił w tę pamiętną wigilię 1999 roku. Powiem szczerze, że Beksiński zirytował mnie tą śmiercią. Miał w gruncie rzeczy życie OK, ani lepsze, ani też bardziej skomplikowane niż każdy z nas. Są samobójstwa, które rozumiem, życia tak poplątane, że śmierć wydaje się najprostszym wyjściem. On nie miał tak bardzo poplątanego, pod tym względem właśnie jego samobójstwa nie rozumiałem.

Dlaczego?

- Miał życie, którego wielu mogłoby mu pozazdrościć. Zajmował się tym, co go pasjonowało, wyjeżdżał za granicę, minął się ze śmiercią w wypadku samolotowym. Choć jego mieszkanie przypominało wystrojem mieszkania bohaterów "Dekalogu" - stary PRL-owski tapczan, sofa - to pieniądze było widać w telewizorze, sprzęcie grającym i gigantycznej kolekcji płyt. Miał też maszynę do pisania. Podczas zdjęć kręconych w 1998 r. mówił, że nigdy nie będzie miał komputera, rok później już zmienił zdanie. Komputer, który wziął od ojca, stał w barku. Przyznawał, że to jest pogwałcenie jego zasad, ale chce być w kontakcie e-mailowym z przyjacielem. Miał ponad trzy tysiące płyt, całą swoją kolekcję zapisał radiowej "Trójce". Czarne płyty zmieniał na kompakty, wraz z pojawieniem się ich na rynku. Kupował specjalne edycje, był członkiem różnych fan clubów. Miał fanziny. Był w klubie miłośników horroru. Kupował kasety VHS, a jak się pojawiły DVD - to także i je. Wydawał na to mnóstwo pieniędzy.

W filmie o Tomku Beksińskim wspomina go tylko dwoje jego przyjaciół i ojciec.

- Po śmierci Beksińskiego nie wiedziałem, czy kończyć film. To, co nakręciłem, to było za mało na dokument. Okazało się jednak, że jest zamówienie Telewizji Polskiej i właściwie skończyć muszę. Oni chcieli, żeby dokręcić wywiady na jego temat. Był problem, bo nie chciałem, żeby o wnętrzu Tomasza Beksińskiego mówili inni ludzie. Uważałem, że materiał sam się obroni. Ale taka była wizja dyrektora redakcji dokumentalnej II Programu TVP i trzeba było dodatkowe zdjęcia nakręcić.

Nad tym filmem unosiła się obawa, że fani nie wybaczą odbrązowienia idola. Skoro musiałem, wybrałem, oprócz ojca, Kaśkę Rakowską i Grzegorza Gajewskiego. Grzegorz jako jego przyjaciel z dzieciństwa opowiada, że Tomek miał drogę do śmierci na własne życzenie od samego początku - stąd wziął się tytuł filmu: "Dziennik zapowiedzianej śmierci". Podjąłem też kilka bolesnych decyzji. Na przykład nie ma w filmie Anji Orthodox, z którą spotkałem się trzy razy. Była jedną z najbliższych przyjaciółek Tomka i wystawiała mu laurkę. Zachowała się bardzo ładnie, nie chciała o przyjacielu mówić źle, poruszać trudnych spraw, a ja z kolei chciałem te trudne sprawy poruszać.

I dlatego jej w filmie nie ma?

- Tak, bo chciałem zrobić film o tym, czego sam byłem świadkiem, o facecie, który popada w stan śmierci duchowej. Miał tendencję do przeżywania zawodów miłosnych, ale z drugiej strony narzucał tak trudne warunki bycia ze sobą, np. "będziemy żyć razem, ale kiedy ja pracuję, ty mi nie przeszkadzaj". Nie znam się na kobietach, ale gdybym był kobietą, to chyba bym na takie warunki nie przystał. Miał takie rosyjskie podejście do uczuć. Nie pamiętam, kto to napisał: "Rosjanin jest przerażony przyszłością, zbrzydzony tym, co jest teraz, zakochany w tym, co było kiedyś, nawet jeśli to, czym jest dziś zbrzydzony, jutro stanie się przeszłością, za którą będzie tęsknił". On miał w sobie coś takiego. Potrafił wsiąść w samochód do Berlina, odwiedzić z zaskoczenia dziewczynę, z którą kiedyś był, i mimo że miała dom i rodzinę, robić aluzje, czy mogliby się zejść, bo on żałuje tego, co się zepsuło. Jak małe dziecko.

Jest coś, co szczególnie utkwiło Panu w pamięci ze spotkań z Tomaszem Beksińskim?

- Z jego okien było widać cmentarz na Służewie. Kiedyś wzięliśmy go na przechadzkę po okolicy. Mówił dużo. Także o tym, że wkurza go hałas, że nie potrafi mieszkać w bloku, że nie lubi Warszawy. Ale jak weszliśmy na cmentarz, to zamilkł. Cmentarz on traktował bardzo poważnie, nie chciał go zagłuszać głupimi żartami. 

* Daniel Światły, reżyser, absolwent Wydziału Reżyserii PWSFTviT, a obecnie asystent prof. Grażyny Kędzielawskiej w łódzkiej "Filmówce", autor m.in. nagradzanego filmu dokumentalnego o Tomaszu Beksińskim "Dziennik zapowiedzianej śmierci", krótkometrażówki "Zanim zgaśnie światło", wyświetlanej i nagradzanej na festiwalach w Europie i Ameryce Południowej. Za najnowszy film - "Kochaj mnie" - na niedawno zakończonym II Festiwalu Filmów o Rodzinie otrzymał III nagrodę za "ujawnienie niedocenianych możliwości dokumentu. Za wniknięcie w sposób prosty i dyskretny w głębię samotności człowieka wobec milczenia bliskich".   

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład