Tajwańczycy, którym Dell sprzedaje zakład, takiego wsparcia od rządu RP i magistratu na pewno by nie otrzymali. Kto by chciał przecinać wstęgę na otwarciu zakładu Foxconn i fotografować się z szefami kojarzonymi raczej z tanią siłą roboczą. Ameryka to co innego - to marka. Przyszedł więc Dell i stawiał warunki. Negocjacje trwały rok, a Polacy głowili się, czy dadzą radę sprostać wymaganiom producenta komputerów. Na odtrąbienie sukcesu było wielu chętnych. Przypominam sobie spory o to, kto tak naprawdę Della do Łodzi sprowadził: czy był to Leszek Miller, Marek Belka, a może to wyłączna zasługa prezydenta Kropiwnickiego.
Dziś, gdy Dell wysyła Łodzi papiery rozwodowe, najgłośniejsza jest opozycja. W samo południe SLD zwołuje konferencję pod urzędem miasta. Konkretnie przy głazie - kilkunastotonowym kamieniu przywiezionym z odkrywki w Szczercowie, który miał być symbolem sukcesu Łodzi. - Będzie pamiątką rozpoczęcia ery informatycznej w mieście związanej z inwestycjami Philipsa i Della - mówił dwa lata temu po jego odsłonięciu Kajus Augustyniak, rzecznik prezydenta.
Dziś nie ma w Łodzi ani Della, ani Philipsa. A kamień może się okazać ciężarem, kulą u nogi, która w styczniowym referendum ściągnie Jerzego Kropiwnickiego z fotela prezydenta.
Z forów internetowych, e-maili i telefonów wynika, że łodzianie są źli, bo czują się przez Della oszukani. Nie chcą słuchać władz Łodzi, które tłumaczą, że "Foxconn to sprawa rozwojowa". Wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski przekonuje, jaka to ważna spółka. Ma fabryki na całym świecie, zatrudnia 550 tys. osób. I pracuje dla znanych marek (robi iPhone dla Apple, części do telefonów dla Nokii i Motoroli, konsole do gier dla Sony i Nintendo). Dziś to niewielkie pocieszenie.
Dell na nas zarobił. W budowę fabryki na Olechowie zainwestował 800 mln zł, do tego kupił teren od PKP za 72 mln zł. Sumy transakcji z Foxconnem nie ujawnia, ale nieoficjalnie dowiadujemy się, że będzie dużo wyższa niż wydatki Della. Dodatkowo Amerykanie ciągle nie odpuszczają i starają się o obiecaną im pomoc publiczną. Nie dostali jej wcześniej tylko dlatego, że wsparcie wstrzymała Komisja Europejska. Gdyby nie to, do ich kieszeni wpłynęłoby dokładnie 216 mln polskich złotówek.
Ministerstwo Gospodarki nie wie, co z Dellem zrobić. A amerykański koncern wysyła na rozmowy z przedstawicielami rządu prawników. Będą przekonywali, że przecież firma "kreuje" w regionie miejsca pracy, więc kasa się należy.
Eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski uważa, że pieniądze się należą, ale nie Dellowi. - To nowy właściciel fabryki powinien wykorzystać przyznaną przez Polskę, a zaakceptowaną przez Komisję Europejską pomoc publiczną. Chodzi o rozbudowę fabryki Della w Łodzi, która zapewni nowe miejsca pracy i rozwój produkcji.
Sam Dell na romansie z Łodzią wiele zyskał. A my? - Czujemy się oszukani - mówią pracownicy zakładu. Wspominają: - Gdy ponad rok temu pojawiły się pierwsze pogłoski o sprzedaży zakładu Tajwańczykom, to szefowie je dementowali. Kłamali nam w żywe oczy.
Już wtedy w wywiadzie dla portalu komputerowego Channel Register Michael Dell - o czym zresztą pisaliśmy - powiedział: "Gdybym jeszcze raz zaczynał swój biznes, ulokowałbym go w Chinach". Tłumaczył, że każdy dolar włożony w sprzęt oznacza dwa kolejne zainwestowane w "infrastrukturę". A w Chinach pensje są przecież niższe niż w Polsce.
W Łodzi jednak panowała sielanka. Dokładnie w tym czasie szefowie zakładu zajmowali załogę sadzeniem kwiatków. Był piknik, podczas którego pracownicy ustanowili rekord Guinnessa w kategorii "Największa liczba osób sadzących kwiaty w tym samym czasie". W ciągu godziny 400 pracowników posadziło klomb w kształcie kuli ziemskiej. Kwiaty zostają w parku przy Stawach Stefańskiego. Ostatnia wiązanka od Amerykanów.
Najsmutniejsze jest to, że Dell nie potraktował nas rozwojowo. Zdarza się, że ze zwykłej produkcji rodzą się bardziej zaawansowane rzeczy. Bosch, Siemens czy Indesit to pozytywne przykłady długich związków - oprócz montażu budują w Łodzi centra rozwojowe, wsparcie informatyczne dla całej Europy. Dell nie dostrzegł w Łodzi takiego potencjału. Zostawia nas jako tanią siłę roboczą - wysłużoną gosposię, której dziś podsyła azjatycką pomocnicę.
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź