"Kopernik" to pierwszy łódzki szpital, który postanowił ukrócić wychodzenie z pracy przed południem. Do oddziałów i poradni ruszyły kontrole z listą obecności. Wygląda to tak: o godz. 12.30 do losowo wybranej kliniki wpadają dwie panie z kadr i cały personel musi się podpisać. Rzadko kiedy frekwencja jest stuprocentowa, więc kadry wyjaśniają nieobecności. Jeśli okazuje się, że pracownik nie ma usprawiedliwienia, ląduje na dywaniku u dyrektora.
Do skończenia z wcześniejszym wychodzeniem z pracy placówkę zmobilizował NFZ, który zbiera dane ze szpitali i przychodni o tym, gdzie i w jakich godzinach pracują poszczególni lekarze. Bardzo często okazuje się, że w godzinach pracy w publicznej jednostce przyjmują w prywatnych poradniach. NFZ nie może tego zabronić lekarzom. Ale ich pracodawcom tak. I za każdym razem, kiedy natrafia na delikwenta, który deklaruje, że pracuje w kilku miejscach jednocześnie, grozi karami placówkom, które go zatrudniają.
"Kopernik" nie chce się narażać na koszty. Ale o tym, żeby nie zwlekać z kontrolami, dyrekcję przekonały anonimy. Lekarze albo pielęgniarki donosili na swoich współpracowników. Że wychodzą z pracy o godz. 12 albo nigdy ich nie ma, kiedy są potrzebni. Na razie jedyną ofiarą listy obecności jest lekarka z przyszpitalnej poradni. - Panie z kadr aż dwa razy nie zastały jej w pracy - mówi dr Dariusz Timler, dyrektor ds. medycznych w "Koperniku". - Kiedy spytaliśmy, dlaczego jej nie było, powiedziała, że przecież ona nie przyjmuje w środy i piątki. - Kto tak zadecydował? - dociekaliśmy. Okazało się, że ona sama.
Lekarka przekonywała, że wszystko było w porządku, bo nikt się na nią nie skarżył. - To prawda - mówi dr Timler. - Bo nikogo nie zapisywała na dni, w które nie przychodziła.
Dyrekcja dała dyscyplinarkę.
Lekarze i pielęgniarki za kontrole wieszają psy na dyrekcji. Ale w rozmowie z "Gazetą" ważą słowa. - Nie mam problemu, bo nie wychodzę z pracy przed 15.30. Ale nie wszystkim się kontrole spodobają - mówi dr Joanna Kozłowska z chirurgii dziecięcej.
- Dyrekcja ma prawo nas kontrolować, a my obowiązek pracować - dodaje Jacek Wilkosz, szef lekarskiego związku zawodowego w szpitalu. - Ale może się okazać, że przy drobiazgowym podejściu będziemy mogli wychodzić o godz. 13. To możliwe, bo wielu z nas operuje po godzinach albo przychodzi w weekendy do pacjentów.
Dr Timler: - Nie chodzi nam o to, żeby komukolwiek dokuczyć. Ogłosiliśmy, że będziemy sprawdzać obecność. A jeśli ktoś nie może pracować do 14.30, może przejść na dwie trzecie albo pół etatu i wychodzić wcześniej. Ale fikcji tolerować nie możemy.
Już po kilku dniach kontrole zyskały nieoczekiwanych zwolenników. Kiedy ordynatorzy zobaczyli, jak dyscyplinują personel, poprosili o więcej.
Ale najbardziej powinni być zadowoleni pacjenci. - Bo nie będzie już takich sytuacji, że przychodzą na umówioną wizytę i nie zastają doktora - mówi Beata Aszkielaniec, rzeczniczka łódzkiego NFZ-etu. - Ci, którzy leżą w szpitalu, powinni mieć lepszą opiekę. Właśnie zaczęliśmy sprawdzać czas pracy lekarzy.
Jak to się robi?
Wyegzekwowanie dyscypliny od lekarzy w publicznych szpitalach od lat było problemem. Kilka szpitali w Polsce już sobie z tym poradziło:
* Dyrekcja wałbrzyskiego Szpitala im. Sokołowskiego postawiła na elektronikę. W kwietniu poinformowała załogę, że wprowadza system rozliczania czasu pracy oparty na czytnikach linii papilarnych. Na jego podstawie będą naliczane wynagrodzenia. Każdy dostał kartę, którą zbliża do czytnika. Potem przykłada palec, a maszynka wyświetla napis: "Dziękuję, sprawdzone". To samo, gdy pracownik opuszcza szpital. Odcisk gwarantuje, że nikt za nikogo nie odbija karty.
* W Wojewódzkim Szpitalu w Przemyślu jest testowany system elektronicznej rejestracji czasu pracy. Pracownicy mają karty identyfikacyjne. Przychodząc i wychodząc z pracy, wkładają je do czytnika, który rejestruje godziny i daty. Gdy uruchomiono system, skończyły się spóźnienia.
* Podobne rozwiązanie funkcjonuje do lipca w szpitalu w Krośnie.
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź