Morderstwo: świadek ze strachu milczał przez dekadę
06.02.2012
, aktualizacja: 06.02.2012 16:53
Sprawa brutalnego zabójstwa mężczyzny, do którego doszło 12 lat temu, 6 lutego znalazła finał przed sądem. Dekadę po zbrodni zastraszony wcześniej świadek opowiedział, co się stało. O morderstwo oskarżono dwóch znajomych zamordowanego, ale nie przyznają się do winy
Oskarżeni to 53-letni Andrzej B. i 59-letni Jerzy J. Obaj byli wielokrotnie karani, a w zakładach karnych każdy z nich spędził łącznie ponad 20 lat. Stanęli przed łódzkim sądem okręgowym, bo prokuratura twierdzi, że to oni 12 lat temu ze szczególnym okrucieństwem zamordowali znajomego. Obaj utrzymują, że ze śmiercią Zdzisława K. nie mają nic wspólnego. - Ta sprawa jest z kosmosu - mówił jeden z nich.
Pod koniec stycznia 2000 r. w lesie w Stróży znaleziono rozczłonkowane zwłoki z nadpaloną głową. Ustalono, że to Zdzisław K., który sześć dni wcześniej wyszedł z domu i zniknął bez śladu. Jego przyjaciółka mówiła, że wieczorem odebrał telefon od znajomego Andrzeja B. i wyjechał z domu swoim polonezem, nie mówiąc dokąd.
Andrzej B. przyznał policjantom, że K. był u niego w nocy, pili alkohol, ale nad ranem wyszedł. Taką wersję potwierdziła partnerka Andrzeja B. Policjanci przesłuchali też innych świadków i przejrzeli wiele bilingów telefonicznych, ale nie znaleźli niczego, co wskazałoby na mordercę Zdzisława K. W sierpniu 2000 r. sprawa została umorzona.
Przełom nastąpił 10 lat później. Policjanci mieli zeznania byłej już przyjaciółki Andrzeja B., która twierdziła, że widziała, jak jej partner i Jerzy J. zamordowali znajomego. Przyznała, że przez lata nikomu nie powiedziała, co się stało w ich mieszkaniu, bo bała się o życie dzieci i swoje.
Śledczy ustalili, że gdy Zdzisław K. przyjechał do domu kolegi, doszło między nimi do kłótni. Andrzej B. zaczął okładać gościa pięściami, a po chwili dołączył do niego Jerzy J. Bili ofiarę i kopali po całym ciele, a gdy się zmęczyli, robili przerwy na odpoczynek. Potem Andrzej B. przyniósł młotek i zaczął nim bić Zdzisław K. po głowie. Wtedy katowany przestał dawać oznaki życia.
Z ustaleń prokuratury wynika, że Andrzej B. bardzo skrupulatnie pozacierał ślady zbrodni. Zakrwawiony dywan pociął na kawałki, zdarł pochlapaną krwią tapetę, a podłogę wytarł wodą utlenioną. Kupił nowe meble, a mieszkanie na nowo wytapetował.
Gdy 10 lat później policjanci ponownie zajęli się sprawą, technika kryminalistyczna była już bardziej zaawansowana. Dzięki najnowocześniejszym metodom znaleźli w mieszkaniu ślady biologiczne, które mogły być krwią ludzką. W jednej z próbek wykryto DNA zamordowanego.
Przed sądem Andrzej B. przyznał się jedynie do znajomości ze Zdzisławem K. - Poznaliśmy się w 1976 r., obaj byliśmy sportowcami, on trenował boks, a ja spadochroniarstwo - mówił. - Jak wracałem z lotniska, to wchodziłem do niego na halę i razem wracaliśmy do domu. Nasza znajomość trwała do 2000 r., kiedy to Zdzisław zmarł. Okoliczności jego śmierci znam tylko z akt sprawy, z relacji w prasie i telewizji.
Jerzy J. mówił: - Ja nie mam co zeznawać, ta sprawa mnie nie interesuje, bo mnie nie dotyczy, jest z kosmosu.
Przyznał, że z Andrzejem B. poznali się pod koniec lat 90. w areszcie śledczym. Gdy wyszli na wolność, odwiedzali się: - Ostatni raz widzieliśmy się w 2000 r. Byłem u niego z żoną i dziećmi, była też konkubina Andrzeja.
- Czy ktoś jeszcze przyszedł? - pytała sędzia.
Jerzy J.: - Nie. Ale tam coś wynikło, nie wiem co i to mnie nie interesuje. Nie wiem nic poza tym, co słyszałem z aktu oskarżenia. A Zdzisława K. nie widziałem na oczy.
Sędzia: - Czy wie pan coś o jego śmierci?
- Na ten temat nie chcę w ogóle rozmawiać. Zrobili ze mnie oskarżonego, a powinni oskarżyć kogoś innego. W tę sprawę jest zamieszana inna osoba, która przerzuciła zarzut na mnie - mówił Jerzy J. przyznając na koniec, że chodzi mu o byłą partnerkę Andrzeja B.
Kobieta, która jest głównym świadkiem oskarżenia, była w poniedziałek wezwana na przesłuchanie, ale nie przyszła do sądu.
Pod koniec stycznia 2000 r. w lesie w Stróży znaleziono rozczłonkowane zwłoki z nadpaloną głową. Ustalono, że to Zdzisław K., który sześć dni wcześniej wyszedł z domu i zniknął bez śladu. Jego przyjaciółka mówiła, że wieczorem odebrał telefon od znajomego Andrzeja B. i wyjechał z domu swoim polonezem, nie mówiąc dokąd.
Andrzej B. przyznał policjantom, że K. był u niego w nocy, pili alkohol, ale nad ranem wyszedł. Taką wersję potwierdziła partnerka Andrzeja B. Policjanci przesłuchali też innych świadków i przejrzeli wiele bilingów telefonicznych, ale nie znaleźli niczego, co wskazałoby na mordercę Zdzisława K. W sierpniu 2000 r. sprawa została umorzona.
Przełom nastąpił 10 lat później. Policjanci mieli zeznania byłej już przyjaciółki Andrzeja B., która twierdziła, że widziała, jak jej partner i Jerzy J. zamordowali znajomego. Przyznała, że przez lata nikomu nie powiedziała, co się stało w ich mieszkaniu, bo bała się o życie dzieci i swoje.
Śledczy ustalili, że gdy Zdzisław K. przyjechał do domu kolegi, doszło między nimi do kłótni. Andrzej B. zaczął okładać gościa pięściami, a po chwili dołączył do niego Jerzy J. Bili ofiarę i kopali po całym ciele, a gdy się zmęczyli, robili przerwy na odpoczynek. Potem Andrzej B. przyniósł młotek i zaczął nim bić Zdzisław K. po głowie. Wtedy katowany przestał dawać oznaki życia.
Z ustaleń prokuratury wynika, że Andrzej B. bardzo skrupulatnie pozacierał ślady zbrodni. Zakrwawiony dywan pociął na kawałki, zdarł pochlapaną krwią tapetę, a podłogę wytarł wodą utlenioną. Kupił nowe meble, a mieszkanie na nowo wytapetował.
Gdy 10 lat później policjanci ponownie zajęli się sprawą, technika kryminalistyczna była już bardziej zaawansowana. Dzięki najnowocześniejszym metodom znaleźli w mieszkaniu ślady biologiczne, które mogły być krwią ludzką. W jednej z próbek wykryto DNA zamordowanego.
Przed sądem Andrzej B. przyznał się jedynie do znajomości ze Zdzisławem K. - Poznaliśmy się w 1976 r., obaj byliśmy sportowcami, on trenował boks, a ja spadochroniarstwo - mówił. - Jak wracałem z lotniska, to wchodziłem do niego na halę i razem wracaliśmy do domu. Nasza znajomość trwała do 2000 r., kiedy to Zdzisław zmarł. Okoliczności jego śmierci znam tylko z akt sprawy, z relacji w prasie i telewizji.
Jerzy J. mówił: - Ja nie mam co zeznawać, ta sprawa mnie nie interesuje, bo mnie nie dotyczy, jest z kosmosu.
Przyznał, że z Andrzejem B. poznali się pod koniec lat 90. w areszcie śledczym. Gdy wyszli na wolność, odwiedzali się: - Ostatni raz widzieliśmy się w 2000 r. Byłem u niego z żoną i dziećmi, była też konkubina Andrzeja.
- Czy ktoś jeszcze przyszedł? - pytała sędzia.
Jerzy J.: - Nie. Ale tam coś wynikło, nie wiem co i to mnie nie interesuje. Nie wiem nic poza tym, co słyszałem z aktu oskarżenia. A Zdzisława K. nie widziałem na oczy.
Sędzia: - Czy wie pan coś o jego śmierci?
- Na ten temat nie chcę w ogóle rozmawiać. Zrobili ze mnie oskarżonego, a powinni oskarżyć kogoś innego. W tę sprawę jest zamieszana inna osoba, która przerzuciła zarzut na mnie - mówił Jerzy J. przyznając na koniec, że chodzi mu o byłą partnerkę Andrzeja B.
Kobieta, która jest głównym świadkiem oskarżenia, była w poniedziałek wezwana na przesłuchanie, ale nie przyszła do sądu.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy




