Zabił synka z zemsty na matce. Później powiesił się
31.01.2012
, aktualizacja: 31.01.2012 18:11
Krzysztof P. nad ranem zaatakował swoją rodzinę. Gdy jego partnerka pobiegła wezwać policję, wszedł z tasakiem do pokoju dzieci. 12-letniego Mateusza nie udało się uratować. Krzysztof P. napisał w liście, że chciał się zemścić
ZOBACZ TAKŻE
- Otruła męża kanapkami z baleronem. Kara: 25 lat więzienia (22-03-12, 17:51)
- Bił, kopał po głowie. Zabił i poszedł bawić się dalej (13-02-12, 17:44)
- Wujek zakatowanego Mateusza odpowie za włamanie do domu (03-02-12, 16:05)
- Policja szuka kierowcy, który potrącił kobietę i uciekł (02-02-12, 11:01)
- Odbiorę ci wszystko, co najcenniejsze (03-02-12, 13:00)
- Zabił synka, ranił dwie osoby. Szukają narzędzi zbrodni (01-02-12, 18:43)
Dramat rozegrał się w nocy z poniedziałku na wtorek w domu przy ul. Wersalskiej, na Teofilowie Przemysłowym. Samotny budynek leży na uboczu, między drzewami, otoczony przez zakłady. Mieszkała w nim 30-letnia Agnieszka K. z dwójką dzieci i partnerem - 37-letnim Krzysztofem P.
- W nocy kobieta zauważyła, że Krzysztof P. przygotował sobie tasak, nóż, siekierę i deskę. Mężczyzna powiedział, jej: "zaraz zobaczysz, co się tutaj będzie działo". Doszło do szarpaniny. Na pomoc przybiegła Małgorzata K., bratowa Agnieszki, która również przebywała w mieszkaniu - relacjonuje Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury.
Śledczy ustalili, że P. chwycił tasak i zaatakował Małgorzatę K. Kilkukrotnie uderzył ją w głowę, kobieta straciła przytomność. Później ogłuszył też Agnieszkę K. Zakneblował ją i związał. A w końcu wyciągnął list, który do niej napisał na dwóch kartkach rozmiaru A4, i odczytał go partnerce. Oskarżał ją o zdradę, obawiał się, że Agnieszka go zostawi. Pisał, że chce jej zadać "ból i cierpienie". Zostawił związaną kobietę i pobiegł do pokoju dzieci - wspólnego syna pary - 12-letniego Mateusza i 5-letniej Antosi - córki Agnieszki z innego związku.
W tym czasie kobiecie udało się oswobodzić. Uciekła z domu, zatrzymała przejeżdżający samochód, który podwiózł ją na stację benzynową przy ul. Aleksandrowskiej. Z pomocą personelu wezwała policję.
Agnieszka K. wróciła do domu, wkrótce dotarła tam także policja. Była czwarta rano. Krzysztofa P. już nie było. Na podłodze leżał Mateusz w kałuży krwi. Ojciec wielokrotnie uderzył go w głowę tasakiem. Mimo natychmiastowej reanimacji chłopiec zmarł.
Obok brata leżała Antosia. Miała połamane nogi i rany cięte na głowie. Trafiła do szpitala na ul. Spornej. Małgorzata K. była w stanie krytycznym. Lekarze ze szpitala im. Kopernika przez kilka godzin walczyli o jej życie. Po operacji trafiła na oddział ratunkowy.
Gdy policjanci próbowali ratować Mateusza, jego ojciec jechał swoim cinquecento na Widzew do zakładu, gdzie pracował przy usługach remontowo-budowlanych. Około godz. 8.30 kierownik zmiany znalazł jego ciało. Mężczyzna powiesił się na belce.
Dotarliśmy do Ilony Dedorczyk, kuzynki Agnieszki. Kobieta wspomina Krzysztofa P. jako pracowitego mężczyznę: - Wyremontował dom, zrobił podłączenie do kanalizacji i łazienkę. Nawet psu budę zaczął robić - mówiła, pokazując na niedokończoną konstrukcję.
Z relacji krewnych i sąsiadów wynika, że Agnieszka K. związała się z Krzysztofem, gdy była jeszcze nastolatką. Urodził się Mateusz. Później para się rozstała - powodem miał być m.in. problem alkoholowy Krzysztofa. Mężczyzna był karany za kradzież i niepłacenie alimentów.
Agnieszka przez jakiś czas miała innego partnera. Ale we wrześniu Krzysztof znów wprowadził się do niej na Wersalską.
Zdaniem sąsiadów nic nie zapowiadało tragedii. - Robili wrażenie normalnej rodziny. Agnieszka wychodziła z domu codziennie o piątej rano i jechała do pracy w sklepie spożywczym na Retkini. Krzysztof też pracował, a czasem odwoził dzieci do szkoły i przedszkola - opowiadał Marianna Gromadzka, sąsiadka z mieszkania naprzeciwko. - Dzieci były zadbane, nie było awantur ani pijaństwa. Nie słyszałam, żeby się kłócili - dodaje.
Jednak Agnieszka K. zeznała we wtorek prokuratorowi, że od jakiegoś czasu przeczuwała, że z jej partnerem dzieje się coś niedobrego. Czuła się zagrożona, więc poprosiła swoją bratową, która mieszkała piętro wyżej, by tej nocy spała u niej.
Agnieszka K. jest w szpitalu. Rany okazały się powierzchowne, ale kobieta jest w bardzo złym stanie psychicznym. Obrażenia Antosi nie zagrażają życiu dziecka. Dla Małgorzaty K. kluczowe będą najbliższe trzy doby.
- W nocy kobieta zauważyła, że Krzysztof P. przygotował sobie tasak, nóż, siekierę i deskę. Mężczyzna powiedział, jej: "zaraz zobaczysz, co się tutaj będzie działo". Doszło do szarpaniny. Na pomoc przybiegła Małgorzata K., bratowa Agnieszki, która również przebywała w mieszkaniu - relacjonuje Krzysztof Kopania, rzecznik łódzkiej prokuratury.
Śledczy ustalili, że P. chwycił tasak i zaatakował Małgorzatę K. Kilkukrotnie uderzył ją w głowę, kobieta straciła przytomność. Później ogłuszył też Agnieszkę K. Zakneblował ją i związał. A w końcu wyciągnął list, który do niej napisał na dwóch kartkach rozmiaru A4, i odczytał go partnerce. Oskarżał ją o zdradę, obawiał się, że Agnieszka go zostawi. Pisał, że chce jej zadać "ból i cierpienie". Zostawił związaną kobietę i pobiegł do pokoju dzieci - wspólnego syna pary - 12-letniego Mateusza i 5-letniej Antosi - córki Agnieszki z innego związku.
W tym czasie kobiecie udało się oswobodzić. Uciekła z domu, zatrzymała przejeżdżający samochód, który podwiózł ją na stację benzynową przy ul. Aleksandrowskiej. Z pomocą personelu wezwała policję.
Agnieszka K. wróciła do domu, wkrótce dotarła tam także policja. Była czwarta rano. Krzysztofa P. już nie było. Na podłodze leżał Mateusz w kałuży krwi. Ojciec wielokrotnie uderzył go w głowę tasakiem. Mimo natychmiastowej reanimacji chłopiec zmarł.
Obok brata leżała Antosia. Miała połamane nogi i rany cięte na głowie. Trafiła do szpitala na ul. Spornej. Małgorzata K. była w stanie krytycznym. Lekarze ze szpitala im. Kopernika przez kilka godzin walczyli o jej życie. Po operacji trafiła na oddział ratunkowy.
Gdy policjanci próbowali ratować Mateusza, jego ojciec jechał swoim cinquecento na Widzew do zakładu, gdzie pracował przy usługach remontowo-budowlanych. Około godz. 8.30 kierownik zmiany znalazł jego ciało. Mężczyzna powiesił się na belce.
Dotarliśmy do Ilony Dedorczyk, kuzynki Agnieszki. Kobieta wspomina Krzysztofa P. jako pracowitego mężczyznę: - Wyremontował dom, zrobił podłączenie do kanalizacji i łazienkę. Nawet psu budę zaczął robić - mówiła, pokazując na niedokończoną konstrukcję.
Z relacji krewnych i sąsiadów wynika, że Agnieszka K. związała się z Krzysztofem, gdy była jeszcze nastolatką. Urodził się Mateusz. Później para się rozstała - powodem miał być m.in. problem alkoholowy Krzysztofa. Mężczyzna był karany za kradzież i niepłacenie alimentów.
Agnieszka przez jakiś czas miała innego partnera. Ale we wrześniu Krzysztof znów wprowadził się do niej na Wersalską.
Zdaniem sąsiadów nic nie zapowiadało tragedii. - Robili wrażenie normalnej rodziny. Agnieszka wychodziła z domu codziennie o piątej rano i jechała do pracy w sklepie spożywczym na Retkini. Krzysztof też pracował, a czasem odwoził dzieci do szkoły i przedszkola - opowiadał Marianna Gromadzka, sąsiadka z mieszkania naprzeciwko. - Dzieci były zadbane, nie było awantur ani pijaństwa. Nie słyszałam, żeby się kłócili - dodaje.
Jednak Agnieszka K. zeznała we wtorek prokuratorowi, że od jakiegoś czasu przeczuwała, że z jej partnerem dzieje się coś niedobrego. Czuła się zagrożona, więc poprosiła swoją bratową, która mieszkała piętro wyżej, by tej nocy spała u niej.
Agnieszka K. jest w szpitalu. Rany okazały się powierzchowne, ale kobieta jest w bardzo złym stanie psychicznym. Obrażenia Antosi nie zagrażają życiu dziecka. Dla Małgorzaty K. kluczowe będą najbliższe trzy doby.
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
48 głosów




więcej zdjęć