Pani Mirka pomagała dotąd innym, kto teraz pomoże jej?
28.01.2012
, aktualizacja: 27.01.2012 18:39
Pani Mirka od lat pomaga biednym i skrzywdzonym, choć sama walczy z rakiem i samotnie wychowuje dwóch niepełnosprawnych synów. Możliwe, że za kilka dni nie kupi dzieciom chleba.
ZOBACZ TAKŻE
- Dzień Dawcy Szpiku Kostnego w Łodzi już w czwartek (28-03-12, 11:00)
- Jest schodołaz dla Artura. Prawie trzy lata zbiórki (18-02-12, 12:20)
- Radosław Wiśniewski został Łodzianinem Roku 2011 (17-02-12, 21:00)
- Uszyj przytulankę i pomóż chorym dzieciom. Warsztaty (09-02-12, 16:00)
- Unia Europejska ratuje łódzkie dzieci w Matce Polce (27-01-12, 17:54)
- Mieszkaniowa rewolucja według wiceprezydenta Banaszka (26-01-12, 09:00)
- Wywalczyła zamianę mieszkania dla siebie i wnuka (26-01-12, 07:00)
- Uczniowie słabo słyszący opuszczą ulicę Wólczańską (25-01-12, 20:48)
Urzędnicy dopatrzyli się, że pani Mirka przez kilka lat, w różnych okresach, bezprawnie pobierała zasiłki rodzinne na starszego syna Sławka. Powód - nastolatek miał przerwy w nauce, a wtedy świadczenie nie przysługuje. Odbierała też pieniądze z funduszu alimentacyjnego na chłopca, choć w niektórych miesiącach były mąż na niego płacił. Centrum Świadczeń Socjalnych przy ul. Urzędniczej zorientowało się w sprawie w połowie ubiegłego roku i mimo próśb i wyjaśnień pani Mirki nie zgodziło się na umorzenie należności. Rozłożyło je tylko na raty. Od tego roku z przysługujących na młodszego syna Jacka alimentów w wysokości 300 zł zaczęło potrącać wszystko. Na życie, czynsz, elektryczność i gaz pozostało 350 zł renty kobiety.
Pani Mirka: drobniutka, wyniszczona chorobą. Jest zdruzgotana. - Ciężko pracowałam od 16-tego roku życia. Kiedy upadł zakład obuwniczy chwytałam się wszystkiego: opiekowałam się starszymi osobami, sprzątałam, prałam, robiłam zakupy. Nigdy po nic nie wyciągałam ręki. Teraz czuję się jak oszust, naciągaczka. To poniżające - mówi rozgoryczona.
Wielokrotnie przedstawiała w Centrum zaświadczenia o chorobie syna, która uniemożliwiała naukę. Tłumaczyła, że były mąż pod groźbą wymuszał od niej pieniądze, które później rzekomo oddawał jako alimenty. Urzędnicy byli nieubłagani. - Proszę zgłosić to na policji - radzili w sprawie byłego partnera. Nie odważyła się. - On groził, że poderżnie dzieciom gardła. Mieszkamy na parterze, to nie problem wybić okno i wejść do domu - mówi kobieta.
Pismo z Centrum Świadczeń Socjalnych przy ul. Urzędniczej w Łodzi, które "Gazeta" otrzymała w odpowiedzi na interwencję (nie można zobaczyć dokumentów, ani porozmawiać z kierownikiem osobiście - zarządzenie prezydenta) najeżone jest urzędowymi sygnaturami, datami okresów rozliczeniowych i sumami "nienależnie pobranych zasiłków" i świadczeń alimentacyjnych. Według pisma pani Mirka "nienależnie pobierała" - czytaj: sprzeniewierzyła publiczne pieniądze. Przez kilka lat razem z odsetkami uzbierało się tego ponad 12 tys. zł. Ile teraz wynosi dług - trudno dociec, bo Centrum ściągało należności w ratach z aktualnie pobieranych zasiłków, a kiedy raty były wyższe od osiąganych dochodów - urzędnicy nakazali, by pani Mirka dopłacała sama na konto. Chodziło o 11 zł miesięcznie. Zapomniała. Między pulmunologiem (chory syn Jacek), psychiatrą (starszy syn Sławek) i hematologiem - jej własne schorzenie - nie miała głowy do 11 zł.
Skąd w życiu pani Mirki pulmunolog, psychiatra, hematolog?
Syn Sławek, lat 22 choruje psychicznie. Ma zaburzenia osobowości, stany lękowe i myśli samobójcze. Bardzo silną wadę wzroku. Naukę zakończył na poziomie gimnazjum. Próby jej kontynuowania były nieudane, nieregularnie chodził do szkoły, kilkakrotnie leżał w szpitalu.
Syn Jacek, lat 10, urodził się z brakiem odporności i alergią o nieznanym podłożu. Podczas ataków brzęknie mu twarz, chłopiec się dusi. Wtedy pędem trzeba jechać do szpitala na ostry dyżur, czasem trzy razy w tygodniu.
Pani Mirka ma już za sobą piekło z mężem sadystą i pijakiem, teraz, prócz chorób dzieci prześladują ją własne: kilka lat temu usunięto jej guza płuc, niedawno zdiagnozowano chłoniaka i ciężkie schorzenie serca. Lekarka ostrzega - jeśli nie położy się w szpitalu, to po kolejnym migotaniu przedsionków może już nie wstać. Ale przecież nie może zostawić synów.
Dziesięć lat temu pani Mirka poznała mec. Marię Sawicką, niezwykłą kobietę, która założyła pierwszy w Łodzi telefon zaufania i pomagała tysiącom osób. Powiedziała jej wtedy: - Jeśli wejdziesz na tę drogę, będzie ciężko. Musisz być uczciwa, wtedy spotkasz wielu dobrych ludzi. Udręczona własnym życiem pani Mirka założyła Stowarzyszenie Pomocy Rodzinie "Nadzieja" i stara się kontynuować pracę swojej zmarłej niedawno duchowej przewodniczki. Pomogła wielu osobom. Kiedy siedzimy w skromnym mieszkaniu przy Brzozowej telefon cały czas dzwoni. "Kiedy będą paczki żywnościowe?" "Co ze świetlicą rehabilitacyjną?" "Kto zaśpiewa na koncercie charytatywnym?"- pytają ludzie.
Pani Mirka żyje ostatnio tym koncertem w Atlas Arenie. Ma być w lutym, a zysk pójdzie na świetlicę. Jest mnóstwo do zrobienia i jeszcze trzeba pogodzić to jakoś z prywatną klęską finansową. Pani Mirka nagle łapie się za głowę. - Boże, Boże, co to będzie? Jacuś ma w tym roku pierwszą komunię. Za co, kiedy nie mam na chleb!
Złożyła wniosek o umorzenie długów alimentacyjnych w Centrum Świadczeń Socjalnych, ale nie ma nadziei na pozytywną odpowiedź. Decyzja ma zapaść 31 stycznia.
Pani Mirka: drobniutka, wyniszczona chorobą. Jest zdruzgotana. - Ciężko pracowałam od 16-tego roku życia. Kiedy upadł zakład obuwniczy chwytałam się wszystkiego: opiekowałam się starszymi osobami, sprzątałam, prałam, robiłam zakupy. Nigdy po nic nie wyciągałam ręki. Teraz czuję się jak oszust, naciągaczka. To poniżające - mówi rozgoryczona.
Wielokrotnie przedstawiała w Centrum zaświadczenia o chorobie syna, która uniemożliwiała naukę. Tłumaczyła, że były mąż pod groźbą wymuszał od niej pieniądze, które później rzekomo oddawał jako alimenty. Urzędnicy byli nieubłagani. - Proszę zgłosić to na policji - radzili w sprawie byłego partnera. Nie odważyła się. - On groził, że poderżnie dzieciom gardła. Mieszkamy na parterze, to nie problem wybić okno i wejść do domu - mówi kobieta.
Pismo z Centrum Świadczeń Socjalnych przy ul. Urzędniczej w Łodzi, które "Gazeta" otrzymała w odpowiedzi na interwencję (nie można zobaczyć dokumentów, ani porozmawiać z kierownikiem osobiście - zarządzenie prezydenta) najeżone jest urzędowymi sygnaturami, datami okresów rozliczeniowych i sumami "nienależnie pobranych zasiłków" i świadczeń alimentacyjnych. Według pisma pani Mirka "nienależnie pobierała" - czytaj: sprzeniewierzyła publiczne pieniądze. Przez kilka lat razem z odsetkami uzbierało się tego ponad 12 tys. zł. Ile teraz wynosi dług - trudno dociec, bo Centrum ściągało należności w ratach z aktualnie pobieranych zasiłków, a kiedy raty były wyższe od osiąganych dochodów - urzędnicy nakazali, by pani Mirka dopłacała sama na konto. Chodziło o 11 zł miesięcznie. Zapomniała. Między pulmunologiem (chory syn Jacek), psychiatrą (starszy syn Sławek) i hematologiem - jej własne schorzenie - nie miała głowy do 11 zł.
Skąd w życiu pani Mirki pulmunolog, psychiatra, hematolog?
Syn Sławek, lat 22 choruje psychicznie. Ma zaburzenia osobowości, stany lękowe i myśli samobójcze. Bardzo silną wadę wzroku. Naukę zakończył na poziomie gimnazjum. Próby jej kontynuowania były nieudane, nieregularnie chodził do szkoły, kilkakrotnie leżał w szpitalu.
Syn Jacek, lat 10, urodził się z brakiem odporności i alergią o nieznanym podłożu. Podczas ataków brzęknie mu twarz, chłopiec się dusi. Wtedy pędem trzeba jechać do szpitala na ostry dyżur, czasem trzy razy w tygodniu.
Pani Mirka ma już za sobą piekło z mężem sadystą i pijakiem, teraz, prócz chorób dzieci prześladują ją własne: kilka lat temu usunięto jej guza płuc, niedawno zdiagnozowano chłoniaka i ciężkie schorzenie serca. Lekarka ostrzega - jeśli nie położy się w szpitalu, to po kolejnym migotaniu przedsionków może już nie wstać. Ale przecież nie może zostawić synów.
Dziesięć lat temu pani Mirka poznała mec. Marię Sawicką, niezwykłą kobietę, która założyła pierwszy w Łodzi telefon zaufania i pomagała tysiącom osób. Powiedziała jej wtedy: - Jeśli wejdziesz na tę drogę, będzie ciężko. Musisz być uczciwa, wtedy spotkasz wielu dobrych ludzi. Udręczona własnym życiem pani Mirka założyła Stowarzyszenie Pomocy Rodzinie "Nadzieja" i stara się kontynuować pracę swojej zmarłej niedawno duchowej przewodniczki. Pomogła wielu osobom. Kiedy siedzimy w skromnym mieszkaniu przy Brzozowej telefon cały czas dzwoni. "Kiedy będą paczki żywnościowe?" "Co ze świetlicą rehabilitacyjną?" "Kto zaśpiewa na koncercie charytatywnym?"- pytają ludzie.
Pani Mirka żyje ostatnio tym koncertem w Atlas Arenie. Ma być w lutym, a zysk pójdzie na świetlicę. Jest mnóstwo do zrobienia i jeszcze trzeba pogodzić to jakoś z prywatną klęską finansową. Pani Mirka nagle łapie się za głowę. - Boże, Boże, co to będzie? Jacuś ma w tym roku pierwszą komunię. Za co, kiedy nie mam na chleb!
Złożyła wniosek o umorzenie długów alimentacyjnych w Centrum Świadczeń Socjalnych, ale nie ma nadziei na pozytywną odpowiedź. Decyzja ma zapaść 31 stycznia.
Co o tym sądzisz? Napisz do nas na: listy@lodz.agora.pl
- 5 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Pani Mirka pomagała dotąd innym, kto teraz pomo...
coldfish
28.01.12, 11:22
To może pan wiceprezydent Banaszek skoro wykazał się ostatnio taką ochotą do oszczędzania przejechałby się z domu do pracy i z powrotem parę razy swoim prywatnym samochodem a zaoszczędzone w»
-
Czas na bi9ednych i skrzywdzonych.
minigry.amor.pl
28.01.12, 12:47
Ci, którym pomagała muszą jej pomóc. Nie pomagają? Czyli nie było warto im pomagać. Świat dzieli się na pomagających (służących) i tych, którym się pomaga. Ja nie należę do żadnych, a na »







