Mikołaj z łódzkiego hospicjum rozdał 200 prezentów
25.12.2011
, aktualizacja: 22.12.2011 15:04
Nie mieszka w chatce pod biegunem, tylko w bloku w Konstantynowie. Nie ma sań, renifera też się nie dorobił. Za to przez kilka dni w roku kłaniają mu się obcy ludzie, na skrzyżowaniach przepuszczają go kierowcy, a strażnicy miejscy pozwalają jeździć na zakazie. - Warto być świętym mikołajem - śmieje się Grzegorz Poźniak.
ZOBACZ TAKŻE
- Pani elektryk remontuje łódzkie hospicjum. Za darmo (26-12-11, 13:00)
- Jak przetrwać Boże Narodzenie bez zgagi i bólu brzucha? (24-12-11, 14:00)
- "Serce na gwiazdkę". Mikołaj i anioł pukali do drzwi (16-12-11, 21:00)
- Ile wydamy przed świętami na jedzenie i prezenty? (12-12-11, 10:00)
- Pracują za darmo. Chcą pomóc hospicjum dziecięcemu (07-12-11, 11:00)
- Serce na gwiazdkę: świąteczne prezenty dla dzieci (05-12-11, 21:00)
Pan Grzegorz jest pielęgniarzem w hospicjum Gajusz. Ma swoich pięciu-sześciu pacjentów,
Świętym mikołajem został przypadkiem. - W październiku 2006 roku zacząłem pracę w hospicjum. - Od razu zakolegowałem się z szóstką moich pacjentów. I jak przyszły święta, chciałem zrobić niespodziankę dzieciom - opowiada. - U mnie w domu mikołaj zawsze był na święta. Wujek Heniek się za niego przebierał, a ja byłem zachwycony. Dlaczego chorym dzieciakom nie zrobić frajdy? Zaproponowałem rodzicom pacjentów, że odwiedzę ich jako mikołaj. Oni musieli zorganizować prezenty. Reszta mikołajowania była na mojej głowie. Poszedłem do marketu i kupiłem strój. Śnieżynką została moja córka Monika. Miała biała kurtkę i aureolkę z paper mâché na głowę. Chyba wyszło fajnie, bo w pracy mnie chwalili. Chociaż dziś myślę, że to nie było nic wielkiego. Żadnych superwymarzonych prezentów. Dzieciaki drobnicę dostawały. Więcej było z tego radości niż zachwytu materialnego.
Co to za firma?
Rok później pan Grzegorz powtórzył i udoskonalił swoją akcję.
- O prezenty zadbałem - nie kryje dumy.
Wyszło trochę przypadkiem. Przed świętami hospicjum zmieniło pielęgniarzowi pacjentów. - To, że do swoich podopiecznych pójdę z prezentami, było oczywiste. Ale dlaczego miałbym zostawić dzieciaki, którymi wcześniej się zajmowałem? - mówi. - A inne dzieci to co? Nie zasłużyły na mikołaja? Zapadła decyzja, że do wszystkich pojadę. Tym razem postanowiliśmy rodziców w prezenty nie mieszać. Pani prezes powiedziała, że znajdą się pieniądze na Gwiazdkę dla wszystkich pacjentów. Do obdarowania było 30 dzieciaków. Pielęgniarki dowiadywały się, co dzieci chcą dostać, i to kupiły. Prezes postawiła warunek: - Trzeba się zmieścić w 100 złotych na jedno dziecko. Daliśmy radę. I wyszło super. Kiedy pukałem do drzwi, rodzice pytali mnie, z jakiej firmy jestem, a dzieciaki były w szoku.
Aby zaskoczyć wszystkich podopiecznych hospicjum, pan Grzegorz kursował trzy dni od rana do wieczora. - Nie spodziewałem się, że mikołaj ma tak ciężko - wzdycha.
W czasie pierwszego wielkiego objazdu województwa uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz: jeśli dalej ma się tym zajmować, potrzebny jest porządny strój.
- Miałem ubranko z marketu. Trzech dni nie wytrzymywało - wspomina. - Chińczycy to mali ludzie, więc wszystko za ciasne na mnie było. Najgorzej było ze spodniami. Od razu pękały na szwach, kiedy siadałem. Na szczęście już o tym wiedziałem, więc nie dałem się zaskoczyć. Pod marketowe gacie włożyłem czerwone spodnie i już tyłkiem nie świeciłem. Z brody też nie byłem zadowolony. Sztuczna, z watki, na gumkę. Niewygodna. Ale wór już był zawodowy. W fundacji mi go znaleźli. Używam go do dziś.
Śnieżynka, czyli asystentka
W trzecim roku pracy w hospicjum pan Darek postanowił skończyć z mikołajową amatorszczyzną. Zorganizował sobie porządny strój: dobrze wyglądający i wygodny.
- Kubrak i spodnie dalej są z marketu - opowiada pan Grzegorz. - Ale już nie pierwsze lepsze, tylko wybrane. Góra daje radę. Do spodni się nie przywiązuję. Już wiem, że najgorzej znoszą tę robotę. Od razu się rozłażą, dlatego dalej pod spód wkładam stare spodnie. Sprawiłem sobie też czarne wojskowe buciory. Na nie mam specjalne nakładki wykończone białym futerkiem. Dzięki nim sznurówek nie widać. Pasek do peleryny to prawdziwy unikat. Szeroki, skórzany z potężną metalową klamrą. Kupiłem go w lumpeksie. No i broda. Wreszcie dorobiłem się porządnej. To już nie kawałek watki na gumce, tylko sztuczne włosy przyczepione do czapki. Muszę powiedzieć, że dość wygodne. Poza tym już nie tak łatwo ją zerwać.
Kolejna nowość to Śnieżynka. Córka pana Grzegorza nie mogła sobie pozwolić na tygodniową nieobecność w szkole. Dlatego o pomoc poprosił Agnieszkę Osendowską, specjalistkę od public relations w Gajuszu.
- Można powiedzieć, że zostałam asystentką mikołaja - śmieje się Śnieżynka. - Pakuję z nim prezenty, pilnuję, by zabrać je z samochodu. Kiedy maluch mówi wierszyk, muszę go pochwalić. I jeszcze zdjęcia robię.
Zawodowy mikołaj nie mógł sobie pozwolić na byle jakie prezenty. Dlatego Gajusz postarał się, żeby do worka mikołaja trafiły rzeczy, o których dzieci naprawdę marzą. Fundacja poprosiła o pomoc allegrowiczów, którzy już wcześniej wspierali Gajusza. Dzieci dostało klocki Lego, gadające lalki, elektryczne kolejki. W tym i poprzednim roku prezenty kupują internauci. Na stronie fundacji jest zakładka: "Zostań świętym mikołajem". Na niej lista dzieci do obdarowania - przy każdym imieniu wymarzony prezent. Większość po kilkaset złotych. I znaleźli się sponsorzy dla grubo ponad setki podopiecznych Gajusza.
Bez brody
Pan Grzegorz: - Im lepiej nam idzie, tym większą mam zabawę. Tak się rozkręciliśmy, że wożę prezenty już nie tylko dla pacjentów hospicjum i ich rodzeństwa, ale jest jeszcze worek dla przypadkowo spotkanych dzieciaków. W fundacji powkładali mi do niego jakieś drobiazgi: trochę pluszaków i słodyczy, jakieś książeczki. No bo przecież nie może być tak, że mikołaj jest tylko dla chorych dzieci, a innym, które go widzą, ma tylko ślina lecieć. Każdy maluch, jakiego spotkam, coś dostaje.
Jak to wygląda? Normalnie. Na przykład stoimy na światłach gdzieś na Zgierskiej. Obok samochód, a w nim dziecko. Otwieram szybę i daję znać rodzicom, żeby też otworzyli. Daję prezent i odjeżdżam. Dzieciaki robią takie miny, że jajo można znieść ze śmiechu. Trzeba być tylko uważnym. Bo przecież nie można dać dziewczynce żołnierzyka, a chłopcu laleczki.
Śnieżynka: - Grzegorz bardzo poważnie traktuje mikołajowanie. Uważa, że nie może zostać zdekonspirowany przez dzieci. W czasie wizyt brody nie ściąga, a jeśli częstują go kawą, to prosi o słomkę.
Rajdy z prezentami trwają od rana do wieczora, dlatego mikołajowa ekipa robi sobie przerwę na posiłek. Tylko wtedy pan Grzegorz zdejmuje czapkę z brodą i czerwony kubrak.
Świętym mikołajem został przypadkiem. - W październiku 2006 roku zacząłem pracę w hospicjum. - Od razu zakolegowałem się z szóstką moich pacjentów. I jak przyszły święta, chciałem zrobić niespodziankę dzieciom - opowiada. - U mnie w domu mikołaj zawsze był na święta. Wujek Heniek się za niego przebierał, a ja byłem zachwycony. Dlaczego chorym dzieciakom nie zrobić frajdy? Zaproponowałem rodzicom pacjentów, że odwiedzę ich jako mikołaj. Oni musieli zorganizować prezenty. Reszta mikołajowania była na mojej głowie. Poszedłem do marketu i kupiłem strój. Śnieżynką została moja córka Monika. Miała biała kurtkę i aureolkę z paper mâché na głowę. Chyba wyszło fajnie, bo w pracy mnie chwalili. Chociaż dziś myślę, że to nie było nic wielkiego. Żadnych superwymarzonych prezentów. Dzieciaki drobnicę dostawały. Więcej było z tego radości niż zachwytu materialnego.
Co to za firma?
Rok później pan Grzegorz powtórzył i udoskonalił swoją akcję.
- O prezenty zadbałem - nie kryje dumy.
Wyszło trochę przypadkiem. Przed świętami hospicjum zmieniło pielęgniarzowi pacjentów. - To, że do swoich podopiecznych pójdę z prezentami, było oczywiste. Ale dlaczego miałbym zostawić dzieciaki, którymi wcześniej się zajmowałem? - mówi. - A inne dzieci to co? Nie zasłużyły na mikołaja? Zapadła decyzja, że do wszystkich pojadę. Tym razem postanowiliśmy rodziców w prezenty nie mieszać. Pani prezes powiedziała, że znajdą się pieniądze na Gwiazdkę dla wszystkich pacjentów. Do obdarowania było 30 dzieciaków. Pielęgniarki dowiadywały się, co dzieci chcą dostać, i to kupiły. Prezes postawiła warunek: - Trzeba się zmieścić w 100 złotych na jedno dziecko. Daliśmy radę. I wyszło super. Kiedy pukałem do drzwi, rodzice pytali mnie, z jakiej firmy jestem, a dzieciaki były w szoku.
Aby zaskoczyć wszystkich podopiecznych hospicjum, pan Grzegorz kursował trzy dni od rana do wieczora. - Nie spodziewałem się, że mikołaj ma tak ciężko - wzdycha.
W czasie pierwszego wielkiego objazdu województwa uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz: jeśli dalej ma się tym zajmować, potrzebny jest porządny strój.
- Miałem ubranko z marketu. Trzech dni nie wytrzymywało - wspomina. - Chińczycy to mali ludzie, więc wszystko za ciasne na mnie było. Najgorzej było ze spodniami. Od razu pękały na szwach, kiedy siadałem. Na szczęście już o tym wiedziałem, więc nie dałem się zaskoczyć. Pod marketowe gacie włożyłem czerwone spodnie i już tyłkiem nie świeciłem. Z brody też nie byłem zadowolony. Sztuczna, z watki, na gumkę. Niewygodna. Ale wór już był zawodowy. W fundacji mi go znaleźli. Używam go do dziś.
Śnieżynka, czyli asystentka
W trzecim roku pracy w hospicjum pan Darek postanowił skończyć z mikołajową amatorszczyzną. Zorganizował sobie porządny strój: dobrze wyglądający i wygodny.
- Kubrak i spodnie dalej są z marketu - opowiada pan Grzegorz. - Ale już nie pierwsze lepsze, tylko wybrane. Góra daje radę. Do spodni się nie przywiązuję. Już wiem, że najgorzej znoszą tę robotę. Od razu się rozłażą, dlatego dalej pod spód wkładam stare spodnie. Sprawiłem sobie też czarne wojskowe buciory. Na nie mam specjalne nakładki wykończone białym futerkiem. Dzięki nim sznurówek nie widać. Pasek do peleryny to prawdziwy unikat. Szeroki, skórzany z potężną metalową klamrą. Kupiłem go w lumpeksie. No i broda. Wreszcie dorobiłem się porządnej. To już nie kawałek watki na gumce, tylko sztuczne włosy przyczepione do czapki. Muszę powiedzieć, że dość wygodne. Poza tym już nie tak łatwo ją zerwać.
Kolejna nowość to Śnieżynka. Córka pana Grzegorza nie mogła sobie pozwolić na tygodniową nieobecność w szkole. Dlatego o pomoc poprosił Agnieszkę Osendowską, specjalistkę od public relations w Gajuszu.
- Można powiedzieć, że zostałam asystentką mikołaja - śmieje się Śnieżynka. - Pakuję z nim prezenty, pilnuję, by zabrać je z samochodu. Kiedy maluch mówi wierszyk, muszę go pochwalić. I jeszcze zdjęcia robię.
Zawodowy mikołaj nie mógł sobie pozwolić na byle jakie prezenty. Dlatego Gajusz postarał się, żeby do worka mikołaja trafiły rzeczy, o których dzieci naprawdę marzą. Fundacja poprosiła o pomoc allegrowiczów, którzy już wcześniej wspierali Gajusza. Dzieci dostało klocki Lego, gadające lalki, elektryczne kolejki. W tym i poprzednim roku prezenty kupują internauci. Na stronie fundacji jest zakładka: "Zostań świętym mikołajem". Na niej lista dzieci do obdarowania - przy każdym imieniu wymarzony prezent. Większość po kilkaset złotych. I znaleźli się sponsorzy dla grubo ponad setki podopiecznych Gajusza.
Bez brody
Pan Grzegorz: - Im lepiej nam idzie, tym większą mam zabawę. Tak się rozkręciliśmy, że wożę prezenty już nie tylko dla pacjentów hospicjum i ich rodzeństwa, ale jest jeszcze worek dla przypadkowo spotkanych dzieciaków. W fundacji powkładali mi do niego jakieś drobiazgi: trochę pluszaków i słodyczy, jakieś książeczki. No bo przecież nie może być tak, że mikołaj jest tylko dla chorych dzieci, a innym, które go widzą, ma tylko ślina lecieć. Każdy maluch, jakiego spotkam, coś dostaje.
Jak to wygląda? Normalnie. Na przykład stoimy na światłach gdzieś na Zgierskiej. Obok samochód, a w nim dziecko. Otwieram szybę i daję znać rodzicom, żeby też otworzyli. Daję prezent i odjeżdżam. Dzieciaki robią takie miny, że jajo można znieść ze śmiechu. Trzeba być tylko uważnym. Bo przecież nie można dać dziewczynce żołnierzyka, a chłopcu laleczki.
Śnieżynka: - Grzegorz bardzo poważnie traktuje mikołajowanie. Uważa, że nie może zostać zdekonspirowany przez dzieci. W czasie wizyt brody nie ściąga, a jeśli częstują go kawą, to prosi o słomkę.
Rajdy z prezentami trwają od rana do wieczora, dlatego mikołajowa ekipa robi sobie przerwę na posiłek. Tylko wtedy pan Grzegorz zdejmuje czapkę z brodą i czerwony kubrak.
1
2
następne »
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Mikołaj z łódzkiego hospicjum rozdał 200 prezentów
p.przytuski
30.12.11, 13:17
Znam kilku Mikołajów:) - sam nim jestem- przyznaje z duma! gratulacje, wspaniala akcja! »


