Dowód zamiast pistoletu. Jak banki pilnują naszej kasy?

Adam Czerwiński, Michał Frąk
22.12.2011 , aktualizacja: 21.12.2011 17:36
A A A Drukuj
Niepotrzebny pistolet i kominiarka. Wystarczy dowód osobisty. Pewien łodzianin pokazał w banku dokument tożsamości i w kasie dali mu 10 tys. zł. Pieniądze pochodziły z konta fundacji Gajusz, która pomaga chorym dzieciom
Fundacja Gajusz pomaga chorym dzieciom. Tisa Żawrocka, założycielka i prezeska fundacji, dostała trzy lata temu order uśmiechu (na zdjęciu)
Fot. Tomasz Stanczak / AG
Fundacja Gajusz pomaga chorym dzieciom. Tisa Żawrocka, założycielka i prezeska fundacji, dostała trzy lata temu order uśmiechu (na zdjęciu)
Łódzka fundacja Gajusz pomaga przewlekle i nieuleczalnie chorym dzieciom oraz ich rodzinom. Pomaga na wiele sposobów. Bardzo ważna, a często najważniejsza jest pomoc materialna, czyli po prostu pieniądze. Gajusz trzyma je w Getin Banku. Ma jedno główne konto i 94 subkonta, na których zbierane są pieniądze na konkretne dzieci.

Fundacja strzeże tych pieniędzy jak oka w głowie. Po pierwsze dlatego, że musi się rozliczać ze wszystkiego, co robi. Poza tym pieniądze mają być przeznaczone na ratowanie dzieci i ich rodzin, a nie na przykład zabawki albo rozrywki rodziców.

- Kiedyś mama chorego dziecka chciała, żebyśmy jej wypłacili kilka tysięcy złotych, bo potrzebuje na wycieczkę do Egiptu - mówi Tisa Żawrocka, szefowa fundacji. - Popukaliśmy się głowę i oczywiście odesłaliśmy ją.

Żeby uniknąć takich sytuacji, Gajusz nie pozwala podopiecznym i ich rodzicom korzystać ze swoich subkont na własną rękę.

- Za każdym razem, kiedy potrzebne są pieniądze, dajemy podopiecznym czek. Musi być podpisany przeze mnie i dorosłą osobę z rodziny potrzebującej pomocy. W banku mają wzory naszych podpisów i powinni je sprawdzać. Dodatkowo wymagamy od rodziców oświadczenia, na co pieniądze będą przeznaczone.

Mimo zabezpieczeń z konta Gajusza znikło 10 tys. zł. Wypłatę zrealizowano w łódzkiej siedzibie banku przy ul. Piotrkowskiej.

Żawrocka: - Dowiedzieliśmy się o tym przypadkiem, kiedy przyszły do nas wyciągi z konta.

Bank dał pieniądze jednemu z rodziców. - Nie dostał od nas czeku, więc wypłatę musiał zrealizować na dowód osobisty - denerwuje się szefowa Gajusza. - Skąd mam wiedzieć, czy nie jest teraz w Egipcie?

Bank przyznaje, że jego pracownik popełnił błąd. - Sprawę niezwłocznie wyjaśniliśmy. Pieniądze jutro powinny wrócić na konto fundacji - tłumaczy Wojciech Sury, rzecznik prasowy Getin Banku.

Na szczęście okazało się, że rodzic, który wypłacił pieniądze, nigdzie z nimi nie uciekł. W fundacji tłumaczył się, że nie wiedział, że nie wolno mu robić takich rzeczy, i obiecał, że odda wszystko co do złotówki.

- Ale problem jest - denerwuje się Żawrocka. - Dlaczego bank wypłacił mu te pieniądze bez wymaganych zabezpieczeń? A co jeśli trafilibyśmy na prawdziwego oszusta, który wyczyściłby konto chorego dziecka? Niektórzy nasi podopieczni mają odłożone w banku nawet po 100 tys. zł.

Bank uważa, że problemu nie ma, bo pieniądze nie zginęły. Tłumaczy, że nawet gdyby, to fundacja na tym by nie straciła. - Jeżeli sprawa niewłaściwej wypłaty pieniędzy wynikała z błędu pracownika, to bank gwarantuje zwrot - zapewnia rzecznik i zarzeka się, że takie sytuacje zdarzają im się niezmiernie rzadko.

Co innego mówią w fundacji. Żawrocka dodaje, że nie robiłaby rabanu, gdyby nie to, że z bankiem już wcześniej fundacja miała problemy. - Dałam naszej pracownicy upoważnienie do jednego z naszych kont, a bank pozwolił korzystać jej z kilku. Dobrze, że pracuję z uczciwymi ludźmi. Innym razem, kiedy ubiegaliśmy się o unijne fundusze, potrzebowaliśmy pisma z banku. Do dziś go nie dostaliśmy. Ale teraz opadły nam ręce. Myślałam, że to bank ma pilnować naszych pieniędzy. Jak to możliwe, że się pomyliłam?

Dla bankowców wypłacenie pieniędzy w kasie osobie nieuprawnionej jest karygodnym błędem. Tego typu sytuacje na szczęście należą do rzadkości. - To nie jest powszechny problem w bankach. Nie przypominam sobie, żeby w ostatnim czasie trafiła do nas podobna sprawa - opowiada Katarzyna Mazurkiewicz z Komisji Nadzoru Finansowego, która sprawuje nadzór nad rynkiem finansowym w Polsce.



KOMENTARZ Michała Frąka

Bank zawsze kojarzył mi się z instytucją, w której wszystko musi się zgadzać. Wpłaty muszą być równe wypłatom. Co do złotówki. Tymczasem zginęło 10 tys. zł i okazuje się, że nie ma problemu: przecież pieniądze wrócą na konto fundacji. Niefrasobliwy rodzic dowiedział się, że bez odpowiedniej zgody nie wolno ich wypłacać. Tylko czy na pewno to on powinien o tym pamiętać? Skoro banki na nas zarabiają, w zamian powinny oferować bezpieczeństwo zgromadzonych oszczędności. Problemu nie byłoby nawet wtedy, gdyby rodzic pieniędzy nie oddał: bank zapewnia, że pokryłby stratę. Ale zawsze kiedy pieniądze mają się wziąć z niczego, warto zastanowić się nad tym, kto zapłaci. Prezes? Nie sądzę. Zarząd? Raczej nie. Pracownik? Najprędzej. A gdyby szkoda była tak duża, że pracownik nie byłby w stanie jej pokryć? Gdzie bank szukałby zaginionych złotówek? Nie jestem bankowcem, ale mam kilka tropów. I wszystkie prowadzą do naszych bankowych wyciągów.



Co o tym sądzisz? Napisz do nas na: listy@lodz.agora.pl



Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 12 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład