- Moje marzenia? Być szczęśliwym, mieć wspaniałą rodzinę i zapewnić jej spokojny byt. Tak, to chyba wszystko. Chociaż No właśnie, zadebiutować w końcu w ekstraklasie. A reszta jest już w rękach Pana Boga. Jakie chciałbym usłyszeć świąteczne życzenia oraz na Nowy Rok? Zdrowia. Dużo zdrowia dla mnie i moich bliskich. Bo nie ma nic ważniejszego. I już nigdy więcej tych przeklętych kontuzji...
Urodziłem się po raz pierwszy
Lato 2004 roku. 19-letni Madera jest zawodnikiem Miedzi Legnica. Uważany jest za ogromny talent. Dostrzega to trener Andrzej Zamilski i powołuje do reprezentacji Polski juniorów. Madera wyjeżdża na młodzieżowe mistrzostwa Europy do Szwajcarii. Obok niego w kadrze są także obecne i byłe gwiazdy naszej piłki: Sławomi Peszko, Jakub Błaszczykowski, Marcin Kowalczyk czy Łukasz Fabiański. - Naprawdę mieliśmy niezłą pakę - wspomina Madera. - Tworzymy chyba jeden z najzdolniejszych roczników z lat 80. Gdybyśmy teraz spotkali się w jednej drużynie, na pewno walczylibyśmy o mistrzostwo Polski.
Po turnieju wysokim środkowym obrońcą zaczynają interesować się czołowe polskie kluby - Polonia Warszawa, Legia czy Wisła Płock. Zanosi się, że wybierze Polonię. - Do gry w tym klubie namawiał mnie Jerzy Engel, który wówczas był dyrektorem sportowym - opowiada Madera. - To była dla mnie duża sprawa, bo w końcu rozmawiałem z byłym selekcjonerem reprezentacji Polski. Ale wtedy zadzwoniła do mnie osoba o jeszcze większym nazwisku. To był pan Boniek.
Dodaje: - Szczerze? Nawet przez chwilę nie zastanawiałem się nad propozycją z Widzewa. Takiemu klubowi, a przede wszystkim tak wielkiej postaci, jaką jest pan Boniek, po prostu się nie odmawia.
O legendzie Widzewa i polskiej piłki mówi z wielkim szacunkiem, zawsze "pan Boniek".
Łódzki klub zapłacił za Maderę ponad 200 tys. zł. Dla klubu, który wtedy powoli wstawał z kolan po spadku z ekstraklasy, a wcześniej zmagał się z ogromnymi kłopotami finansowymi, była to olbrzymia kwota. Po drugie, przyjście do drużyny z al. Piłsudskiego latem 2004 roku wiązało się z ogromnym ryzykiem. Dlaczego? Bo wtedy przypominała dworzec, na którym co rusz zatrzymywali się kolejni zawodnicy. Tworzyła się nowa drużyna, której celem miała być walka o powrót do ekstraklasy. - To prawda - przyznaje Madera. - Nie wiadomo było, co z tego eksperymentu wyniknie. Bo tak naprawdę Widzew zaczynał raczkować w II lidze.
Najpierw był trzask
13 sierpnia 2004 roku. GKS Bełchatów - Widzew. Wynik: 4:1.
Madera debiutuje w łódzkim zespole. Wychodzi w podstawowym składzie, spędza na boisku 62 minuty, dostaje żółtą kartkę. - Musimy do tego meczu wracać? Szkoda w ogóle gadać - mówi. - Wstyd się przyznać, że wtedy byłem na boisku.
Mimo wysokiej porażki młody obrońca zbiera pochwały. W Widzewie są przekonani, że pozyskanie Madery było świetnym ruchem. - Ma ogromny talent i potencjał. Będzie naszym olbrzymim wzmocnieniem w defensywie - przekonywał Tadeusz Gapiński, kierownik drużyny.
- Tak Mówili mi, że zagrałem bardzo dobrze, ale ja nie byłem z siebie zadowolony - uważa Madera. - Czułem się przemęczony. Praktycznie od ponad roku grałem non stop. Nie miałem nawet tygodnia wakacji. Ciągłe zgrupowania, wyjazdy na międzynarodowe turnieje i występy w klubie. Miałem nawet przesyt piłki. Marzyłem choćby o krótkim odpoczynku.
Po meczu w Bełchatowie piłkarz jedzie po rzeczy do rodzinnego Wąsosza. Wraca do Łodzi we wtorek, do mieszkania dociera o godz. 7 rano. Dwie godziny później jest na treningu. Na ostatnie pół godziny zajęć trener Stefan Majewski zarządza gierkę. Krótko po pierwszym gwizdku dochodzi do tragedii...
Prowadzącego piłkę Maderę atakuje Daniel Fabich. Wykonuje wślizg i trafia w piszczel. Dziennikarze i kibice stojący po drugiej stronie boiska słyszą trzask, a po chwili przeraźliwy krzyk. - Bardziej niż z bólu wrzeszczałem z powodu tego, co zobaczyłem - wspomina Madera. - Otwarte złamanie. Tylko skóra trzymała wiszącą kość. Michał Probierz złapał mnie za rękę, a drugą zakrył mi oczy, żebym już nie patrzył na nogę.
Wracając do tamtych chwil, Madera mruży oczy i kiwa z niedowierzaniem głową. - Widziałeś nogę Marcina Wasilewskiego zaraz po tym, jak go ten Belg zaatakował? Ze mną było jeszcze gorzej - wspomina.
Lekarze są optymistami. Pierwsza diagnoza - za pół roku powinien wrócić na boisko. Przechodzi operację zespolenia kości, w którą wprowadzony jest specjalny gwóźdź. Wszystko po to, aby nie trzeba było zakładać gipsu.
Noga Madery nie goiła się jednak normalnie. Krótko po rozpoczęciu rehabilitacji piłkarz wznowił treningi z drużyną. Tak zalecali lekarze, by przyspieszyć leczenie. - Nie przestawało jednak boleć. Rehabilitacje i treningi wspominam fatalnie. Przy każdym ruchu nogą i przy najprostszym ćwiczeniu czułem ostre kłucie. Mówiłem trenerom, ale słyszałem, że jak chcę szybko wrócić, to muszę się przemęczyć, że nie mam innego wyjścia. Kazali mi skakać przez płotki, a ja przecież miałem wciąż złamaną nogę.
Lekarze nie zauważyli, że wytworzył się tzw. staw rzekomy, który nie pozwalał na zrost kości.
Madera miał dość. Zaczął leczenie na własną rękę. Wyjechał do prywatnej kliniki w Szczecinie. Jeden dzień pobytu kosztował 100 zł. - Spędziłem tam dwa miesiące. Dzień w dzień ciężka harówa. W sumie wydałem 10 tys. zł. I wiesz co? Nie pomogło. Nic. Kompletnie. Cały czas bolało. Skąd wziąłem tyle kasy? Musiałem pożyczać. Najwięcej od rodziny i znajomych. 2 tys. dał mi pan Boniek.
Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź