Siatkarz Skry: Nie czuję tremy, ale radość
2010-01-19
, aktualizacja: 19.01.2010 20:22
Jedyny zawodnik z kadry PGE Skry, który wygrał już Ligę Mistrzów, ma szansę dziś zagrać po ośmiu miesiącach przerwy spowodowanej kontuzją barku i operacją.
Jarosław Bińczyk: Kiedy ostatni raz wystąpił Pan w meczu jako skrzydłowy?
Michał Winiarski: W normalnym spotkaniu grałem chyba w maju ubiegłego roku, w ostatnim spotkaniu finałowym ligi włoskiej [17 maja - przyp. red.].
Kiedy przychodził Pan do Skry, mówiono, że już na początku grudnia będzie Pan zdolny do gry. Dlaczego rehabilitacja się przedłużyła?
- Planowałem trochę szybciej wrócić do normalnych występów. Jednak leczenie i rehabilitacja zajęła mi trochę więcej czasu. Każdy organizm jest inny, widocznie mój potrzebował takiego okresu. Od grudnia byłem gotowy do gry, ale nie mogłem w stu procentach używać ręki, każdy ruch musiałem kontrolować. Od czterech czy pięciu dni czuję się na tyle dobrze, że nie myślę o operowanym barku, normalnie puszczam rękę.
Nie ma Pan już żadnego urazu psychicznego?
- Chyba się go już pozbyłem. Czasami coś odczuwam.
Ból?
- Nie, po treningu bark jest bardziej zmęczony. Wszystko robię na maksa i jestem zadowolony, że nic mnie przy tym nie boli. Teraz będzie już tylko lepiej. Wracając do terminu mojego powrotu, to gdybyśmy się uparli, żebym na siłę wrócił do gry w grudniu, to może by się nawet udało. Tylko czy to miałoby sens? Razem z trenerami i prezesami podjęliśmy decyzję, że przez miesiąc nic superważnego nie będzie, a ja mogę się wyleczyć w 100 procentach i być gotowy na najważniejsze momenty w sezonie. Mam nadzieję, że pomogę w nich zespołowi. Przy takiej kontuzji, jaką miałem, lepiej wyjść na boisko miesiąc później niż dwa tygodnie za wcześnie, żeby uraz się odnowił. Lekarze twierdzą, że jestem w pełni zdrowy.
Gdy po kontuzjach wracali do gry Mariusz Wlazły czy Jakub Novotny, w ich atakach brakowało sił. A jak jest z Panem?
- Na pewno rezerwę jeszcze mam. Wyskakując do ataku, staram się uderzyć jak najmocniej. Wydaje mi się, że to jest bardzo mocno, ale inni mogą zauważyć, że mam jeszcze jakieś opory. Cieszę się, że na siłowni ćwiczę mocniej niż miesiąc wcześniej i nic mnie nie boli. Można powiedzieć nawet, że z tygodnia na tydzień jestem coraz silniejszy.
Czuje się Pan na siłach, żeby wyjść na boisko i normalnie zagrać w ważnym meczu?
- Myślę, że jestem gotowy. Tak mi się wydaje.
Spodziewa się Pan występu w spotkaniu z Teruel?
- Chciałbym, żeby tak się stało.
Czuje Pan tremę? Przecież miał Pan osiem miesięcy przerwy, nie licząc występów jako libero.
- Na pewno odczuwam wielką radość, że mogę normalnie zagrać. Może jeśli będę miał już wychodzić na boisko, to pojawi się jakaś trema. Na razie jestem bardzo podekscytowany i szczęśliwy.
Co Pana zdaniem było przyczyną grudniowego kryzysu Skry?
- Słabszy okres był spowodowany wyjazdami i występami w tych wszystkich pucharach reprezentacyjnych i klubowych. Większość chłopaków nie miało czasu na trening, co musiało się odbić na formie. Nie ma na to siły. Przyszło to w momencie, kiedy rozgrywaliśmy Puchar Polski. Gdy przez tydzień poćwiczyliśmy normalnie, pokazaliśmy w Rzeszowie, że jesteśmy bardzo silni. I to mimo tego, że podróżując do Serbii i z powrotem, zarwaliśmy dwie noce. Cały czas jednak uważam, że warto było wyjeżdżać i się męczyć, bo klubowe wicemistrzostwo świata jest więcej warte niż Puchar Polski.
Przeciwko Resovii Skra zagrała wyśmienicie, a przecież jeszcze ani razu nie zagrała w najsilniejszym składzie. Aż strach pomyśleć, co będzie później...
- Nie wiem, co będzie, ale to jest tylko sport i nie ma drużyn niepokonanych. Nie będę ukrywał, że naszym celem jest zdobycie mistrzostwa Polski, a także wygranie Ligi Mistrzów. Zrobię wszystko, żeby pomóc w zrealizowaniu tych celów.
Michał Winiarski: W normalnym spotkaniu grałem chyba w maju ubiegłego roku, w ostatnim spotkaniu finałowym ligi włoskiej [17 maja - przyp. red.].
Kiedy przychodził Pan do Skry, mówiono, że już na początku grudnia będzie Pan zdolny do gry. Dlaczego rehabilitacja się przedłużyła?
- Planowałem trochę szybciej wrócić do normalnych występów. Jednak leczenie i rehabilitacja zajęła mi trochę więcej czasu. Każdy organizm jest inny, widocznie mój potrzebował takiego okresu. Od grudnia byłem gotowy do gry, ale nie mogłem w stu procentach używać ręki, każdy ruch musiałem kontrolować. Od czterech czy pięciu dni czuję się na tyle dobrze, że nie myślę o operowanym barku, normalnie puszczam rękę.
Nie ma Pan już żadnego urazu psychicznego?
- Chyba się go już pozbyłem. Czasami coś odczuwam.
Ból?
- Nie, po treningu bark jest bardziej zmęczony. Wszystko robię na maksa i jestem zadowolony, że nic mnie przy tym nie boli. Teraz będzie już tylko lepiej. Wracając do terminu mojego powrotu, to gdybyśmy się uparli, żebym na siłę wrócił do gry w grudniu, to może by się nawet udało. Tylko czy to miałoby sens? Razem z trenerami i prezesami podjęliśmy decyzję, że przez miesiąc nic superważnego nie będzie, a ja mogę się wyleczyć w 100 procentach i być gotowy na najważniejsze momenty w sezonie. Mam nadzieję, że pomogę w nich zespołowi. Przy takiej kontuzji, jaką miałem, lepiej wyjść na boisko miesiąc później niż dwa tygodnie za wcześnie, żeby uraz się odnowił. Lekarze twierdzą, że jestem w pełni zdrowy.
Gdy po kontuzjach wracali do gry Mariusz Wlazły czy Jakub Novotny, w ich atakach brakowało sił. A jak jest z Panem?
- Na pewno rezerwę jeszcze mam. Wyskakując do ataku, staram się uderzyć jak najmocniej. Wydaje mi się, że to jest bardzo mocno, ale inni mogą zauważyć, że mam jeszcze jakieś opory. Cieszę się, że na siłowni ćwiczę mocniej niż miesiąc wcześniej i nic mnie nie boli. Można powiedzieć nawet, że z tygodnia na tydzień jestem coraz silniejszy.
Czuje się Pan na siłach, żeby wyjść na boisko i normalnie zagrać w ważnym meczu?
- Myślę, że jestem gotowy. Tak mi się wydaje.
Spodziewa się Pan występu w spotkaniu z Teruel?
- Chciałbym, żeby tak się stało.
Czuje Pan tremę? Przecież miał Pan osiem miesięcy przerwy, nie licząc występów jako libero.
- Na pewno odczuwam wielką radość, że mogę normalnie zagrać. Może jeśli będę miał już wychodzić na boisko, to pojawi się jakaś trema. Na razie jestem bardzo podekscytowany i szczęśliwy.
Co Pana zdaniem było przyczyną grudniowego kryzysu Skry?
- Słabszy okres był spowodowany wyjazdami i występami w tych wszystkich pucharach reprezentacyjnych i klubowych. Większość chłopaków nie miało czasu na trening, co musiało się odbić na formie. Nie ma na to siły. Przyszło to w momencie, kiedy rozgrywaliśmy Puchar Polski. Gdy przez tydzień poćwiczyliśmy normalnie, pokazaliśmy w Rzeszowie, że jesteśmy bardzo silni. I to mimo tego, że podróżując do Serbii i z powrotem, zarwaliśmy dwie noce. Cały czas jednak uważam, że warto było wyjeżdżać i się męczyć, bo klubowe wicemistrzostwo świata jest więcej warte niż Puchar Polski.
Przeciwko Resovii Skra zagrała wyśmienicie, a przecież jeszcze ani razu nie zagrała w najsilniejszym składzie. Aż strach pomyśleć, co będzie później...
- Nie wiem, co będzie, ale to jest tylko sport i nie ma drużyn niepokonanych. Nie będę ukrywał, że naszym celem jest zdobycie mistrzostwa Polski, a także wygranie Ligi Mistrzów. Zrobię wszystko, żeby pomóc w zrealizowaniu tych celów.
Wspomniał Pan o Lidze Mistrzów. Skra jest faworytem do organizacji Final Four, lecz musi rywalizować z Pana poprzednim klubem - Trentino.
- Wiem tylko tyle, że Trento też jest kandydatem. Uważam jednak, że turniej powinien odbyć się w Łodzi, bo lepiej grać przy 12 tysiącach ludzi niż przy pięciu w hali mogącej pomieścić 17 czy 20 tysięcy. A tak było rok temu w Pradze. Wtedy nawet wygrana nie cieszy tak jak przy pełnych trybunach.
- Wiem tylko tyle, że Trento też jest kandydatem. Uważam jednak, że turniej powinien odbyć się w Łodzi, bo lepiej grać przy 12 tysiącach ludzi niż przy pięciu w hali mogącej pomieścić 17 czy 20 tysięcy. A tak było rok temu w Pradze. Wtedy nawet wygrana nie cieszy tak jak przy pełnych trybunach.
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




