Wlazły: Zdrowie ważniejsze od odznaczeń

Rozmawiał Jarosław Bińczyk
2006-12-14 , aktualizacja: 14.12.2006 00:00
A A A Drukuj
- Wiem, że powinienem być na spotkaniu z prezydentem, ale moje zdrowie jest ważniejsze od odznaczeń - mówi Mariusz Wlazły, jeden z trzech najlepszych siatkarzy świata. - Gdybyśmy nie zdobyli medalu, nikt by nas nie zapraszał, ani premier, ani prezydent - dodaje

Fot. Kuba Atys / AG
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
SONDAŻ
Czy Włazły zrobił słusznie rezygnując ze spotkania z prezydentem Kaczyńskim?

Tak.
Nie.
Nie mam zdania.

Jarosław Bińczyk: Chce Ci się jeszcze grać w siatkówkę?

Mariusz Wlazły: Chwilami mam dosyć. Ale nic nie mogę zrobić, bo to mój zawód. Wróciłem z Japonii i teraz znów gram w klubie.

Liczyłeś, ile dni w tym roku spędziłeś na zgrupowaniach?

- Nie, ale to będzie dużo ponad 100. Przecież już w maju rozpoczęliśmy przygotowania do Ligi Światowej. Ja byłem w trochę lepszej sytuacji od kolegów, bo dostałem dwa tygodnie wolnego na ślub. Licząc pobyt w Japonii i wcześniejsze przygotowania, tylko ostatnio nie było mnie w domu przez 37 dni.

Dlatego budzisz się rano i myślisz: znów muszę iść na trening...

- Ja wcale nie jestem wyjątkiem. Przecież każdy ma takie dni, także dziennikarze. Nie wierzę, że codziennie wstajesz i z chęcią jedziesz do redakcji.

Ale nie uwierzę, gdy powiesz, że po powrocie z mistrzostw nie masz problemów z motywacją...

- Mam, ale nic na to nie poradzę. Na razie nie mam czasu na odpoczynek, bo we wtorek gramy w Lidze Mistrzów. Później będzie trochę więcej wolnego.

Będziecie grać rzadziej niż na mistrzostwach świata, bo tylko co trzy dni...

- Może trenerzy nie w każdym spotkaniu będą mnie wystawiać. Przyznam, że czuję w kościach te wszystkie mecze w mistrzostwach świata.

A jak z twoimi skurczami mięśni. W Japonii miałeś kłopoty?

- Po jednym spotkaniu miałem małe problemy. Gorzej było z plecami, które mnie trochę bolały.

Dlaczego po powrocie nie poszedłeś na spotkanie z prezydentem?

- Dla mnie ważniejszy od oficjalnych spotkań był wypoczynek. Miałem świadomość, że już w czwartek mam trening klubowy ze Skrą. A będąc dwa dni w Warszawie, na pewno bym nie wypoczął, bo we wtorek w planie był wyjazd na spotkanie z kibicami na placu Zamkowym, następnego dnia wizyta w prezydenta i dopiero po niej powrót do domu. To było dla mnie za duże obciążenie po 40 dniach harówki. Wiem, że kibicom należy się podziękowanie, ale ja jestem w trudniejszej sytuacji od reszty chłopaków. Oni mieli wolne do soboty czy niedzieli, dlatego mogli poświęcić dwa dni na świętowanie.

Ale Piotr Gruszka, który też gra w Skrze, został do środy.

- Bo jest kapitanem drużyny. Dlatego jego obowiązkiem było uczestniczenie we wszystkich spotkaniach. Ja wolałem wypocząć, bo w Japonii rozegrałem 11 meczów i organizm to odczuł. Nie da się zregenerować, chodząc ze spotkania na spotkanie i wracając do hotelu dopiero wieczorem.

Ale wyjeżdżając we wtorek z Warszawy nie dostałeś odznaczenia od prezydenta.

- Trudno. Wiem, że powinienem tam być, ale moje zdrowie jest ważniejsze od odznaczeń. Ja oprócz reprezentacji gram jeszcze w klubie, który mi płaci.

U kogo się zwalniałeś? U Raula Lozano?

- Już na lotnisku powiedziałem trenerowi, że we wtorek rano wracam do domu. Nie miałem nawet zamiaru iść we wtorek do premiera. Gdybyśmy nie zdobyli medalu, nikt by nas nie zapraszał, ani premier, ani prezydent. Wszyscy zainteresowali się siatkówką po sukcesie, wcześniej nawet nie wiedzieli, że istniejemy.

W końcu jednak poszedłeś na śniadanie do kancelarii premiera.

- Trener powiedział, że to moja decyzja i zgadza się na wszystko, co zrobię. Do niczego mnie nie zmuszał, bo wie, w jakiej jestem sytuacji. O zostanie poprosił mnie Witek Roman, kierownik reprezentacji. Chciał, bym poczekał jeszcze do środy. Mówił, że przyjechała do mnie żona, to będzie mi łatwiej. Ale to nie jest argument, bo w domu ja niczego nie muszę. Robię to, co chcę, mogę się wyluzować. To jest ważniejsze od stania godzinę u prezydenta.

Zawsze byłeś bardzo popularny, ale po zdobyciu srebrnego medalu siatkówka stała się w Polsce sportem nr 1. Odczuwasz to?

- Pewnie. Nawet gdy prywatnie gdzieś idę, ludzie mi gratulują. Raz podeszła do mnie jakaś pani i powiedziała, że nigdy nie oglądała siatkówki, ale w czasie mistrzostw bardzo jej się spodobała. To bardzo miłe.

Spodziewałeś się takiego dobrego występu w mistrzostwach świata?

- Nie.

Na co więc liczyłeś, wyjeżdżając do Japonii?

- Chciałem zająć jak najwyższe miejsce. Nie myślałem, że to będzie czwarte, piąte czy szóste. Po prostu chciałem wypaść jak najlepiej.

O medalu nie marzyłeś. Szczerze...

- Naprawdę nie!

Kiedy więc poczułeś, że możecie stanąć na podium? Po spotkaniu grupowym z Japonią wygranym zdecydowanie 3:0?

- Nie, dopiero po zwycięstwie z Rosją. Gdybyśmy przegrali z Rosjanami i wygrali później z Serbią i Czarnogórą, to nie awansowalibyśmy do finału, bo mieliśmy gorsze małe punkty.

Ja szczególnie zapamiętałem trzy mecze Polski: z Japonią, Rosją oraz Serbią i Czarnogórą. Przeciwko gospodarzom zagraliście bardzo zmobilizowani, wręcz naładowani energią. Dlaczego?

- Bo nas denerwowali.

Czym?

- Na przykład reklamami w przerwach meczów. Japońska telewizja transmitowała tylko spotkania swojej reprezentacji. Podczas nich puszczano reklamy z udziałem japońskich siatkarzy. Oglądając je, śmialiśmy się i denerwowaliśmy. Bo taki Koshikawa [skrzydłowy japońskiej drużyny - jar] serwował na nich z prędkością 120 km na godzinę. Stawał na boisku i uderzał piłkę, a po drugiej stronie siatki była sylwetka siatkarza, która po trafieniu rozlatywała się na drobne kawałki. Później naprzeciw Koshikawy ustawiali trenera japońskiej reprezentacji. Zagrywka była lekka, ale trener się przewracał, niby po uderzeniu. Podobnie było z innymi zawodnikami. Dlatego tak bardzo chcieliśmy im pokazać, że wcale nie są tacy dobrzy.

I udało się.

- Poza tym, byli inaczej traktowani niż reszta reprezentacji.

W jaki sposób?

- Choćby podczas posiłków. Wszystkie drużyny mieszkające w hotelu jadły posiłki razem, a dla Japończyków była osobna sala. Oni mieli wszystko, w przeciwieństwie do innych.

Co najbardziej zapamiętałeś z Japonii?

- Fatalną organizację. To były mistrzostwa świata dla Japończyków. Cała reszta traktowana była jak drużyny z TKKF. Im dłużej trwał turniej, tym było gorzej. A już szczytem wszystkiego były przenosiny na półfinały do Tokio. Wyjechaliśmy z Sendai o ósmej rano, a w hotelu byliśmy o 11. Ale okazało się, że na zakwaterowanie musieliśmy czekać do 15.30. Tak samo potraktowano pozostałe zespoły. Zamiast odpoczywać, siedzieliśmy ponad cztery godziny w kawiarni. Tylko Japończycy nie mieli kłopotów.

A poza bałaganem organizacyjnym?

- Dużo betonu i wysokie budynki z małymi pomieszczeniami. No i bardzo ciasno. Było przeciwnie niż w Ameryce, gdzie wszystko jest wielkie. W Japonii wszystko zbudowane jest do ich rozmiarów. A że oni nie są za wysocy, my, siatkarze, mieliśmy problemy.

Ale technika robi wrażenie.

- Nie odczułem tego. Mieliśmy ogromne problemy z internetem. Kiedy przed rozpoczęciem mistrzostw sami za niego płaciliśmy, wszystko było OK. Ale później było już gorzej. Dobrze, że Łukasz Żygadło [drugi rozgrywający reprezentacji Polski - jar] miał takie urządzenie, które pozwalało rozdzielać sygnał na sześć komputerów. Połączenie było wolniejsze, ale można było rozmawiać przez Skype'a. Ale kiedy w hotelu w Tokio kilkadziesiąt osób włączyło laptopy, internet padł całkowicie. Ja tej japońskiej cudownej techniki nie zauważyłem.

Podobno warto było kupować sprzęt elektroniczny? Co przywiozłeś do Polski?

- Niewiele. Kupiłem trochę akcesoriów do fotografii. Na przykład statywy do aparatów były trochę tańsze niż u nas. Najbardziej opłacało się kupić drogie obiektywy, ale ja już takie mam. Chłopaki z drużyny przywieźli iPody, które w Japonii są dużo tańsze niż w Polsce. Ja taki kupiłem wcześniej w Ameryce.

Podobno jedzenie też było fatalne.

- To prawda. Marzyłem o polskim żurku i karkówce. Przez miesiąc musieliśmy jeść ryż i makaron. Starano się podawać nam potrawy europejskie, ale to były namiastki. Dziwne, że kiedy nasz związek płacił za hotel i posiłki [przed rozpoczęciem mistrzostw - jar], to jeszcze dało się wytrzymać. Im dłużej byliśmy w Japonii, tym było gorzej.

Wróćmy do sportu. Po dwóch setach spotkania z Rosją nie zwątpiłeś w sukces?

- Było trudno, ale wierzyłem, że można jeszcze odwrócić sytuację. No i weszli Gelu i Grucha [Szymański i Gruszka - jar], którzy pociągnęli grę.

Wcześniej punkty zdobywał tylko Mariusz Wlazły.

- Ale tak się nie da wygrać. Rosjanie zorientowali się, że tylko mi idzie w ataku i przesuwali blok. Później gra rozłożyła się na więcej zawodników i nasi przeciwnicy pogubili się.

Do dziś twierdzą, że przegrali przez błędy sędziego w trzecim secie. Przy stanie 20:19 podobno niesłusznie przyznał punkt Polsce.

- Sędzia pomylił się raz, ale w drugim secie, w którym Rosjanie bardzo nas zbili. Po przegranej muszą się jakoś wytłumaczyć.

To był szczególny mecz, co widać było na boisku. Dlaczego?

- Bo wcześniej nas lekceważyli i denerwowali.

W jaki sposób?

- Na przykład Gajić [trener reprezentacji Rosji - jar] mówił publicznie, że dopiero oni będą poważnym rywalem Polski, zaś Połtawski [rosyjski atakujący - jar] powtarzał, że mieliśmy grupę łatwo-śmieszną. Teraz na pewno będą na nas patrzeć z respektem.

A w czasie spotkania kilka razy doszło do spięć między wami a Rosjanami.

- Nie kilka razy, ale cały czas dochodziło, bo oni starali się nas sprowokować. Co chwila komentowali decyzje sędziego i dogadywali nam. Teraz już nie są tacy pewni siebie.

Później był mecz z Serbią i Czarnogórą, chyba najlepszy występ polskiej reprezentacji w ostatnich latach.

- Zatrzymaliśmy Serbów blokiem. A gdy im nie wychodzi atak, odpuszczają i w końcu poddają się. Ważne, żeby powstrzymać Miljkovicia, który ciągnie grę drużyny. Gdy on ma kłopoty, pozostali też są słabsi. Tak właśnie było w Japonii.

Ivan Miljković uważany jest za atakującego numer jeden na świecie. Tymczasem eksperci do trójki najlepszych w czasie mistrzostw wybrali Gibę, Mateja Kazijskiego i Mariusza Wlazłego. Dwaj pierwsi to przyjmujący, czyli najlepszym atakującym japońskiego turnieju byłeś Ty.

- To miłe, że wybrano mnie do tej trójki. Już samo to było ogromnym wyróżnieniem. Gdy wyczytano moje nazwisko, byłem bardzo szczęśliwy.

Czujesz się lepszy od Milijkovicia, Połtawskiego czy Brazylijczyka Andre Nascimento?

- Ani lepszy, ani gorszy. To są tacy sami ludzie jak ja. Nie mam kompleksów wobec żadnego zawodnika na świecie.

To jest słynny charakter Mariusza Wlazłego. Dlaczego więc nie udało się pokonać w finale Brazylii?

- Tego dnia byli od nas wiele lepsi. To nie my zagraliśmy słabo, ale oni znakomicie. Byli dla nas za szybcy. Poza tym rozpracowali nas taktycznie. Później, kiedy oglądałem to spotkanie, zauważyłem na przykład, że Giba skakał w bloku do krótkiej. To mu się wcześniej nie zdarzało, a w finale udało mu się zatrzymać atak Łukasza Kadziewicza. Poza tym ciężko przychodziło nam zdobywanie punktów. Gdy człowiek stara się, a pierwszy punkt zdobywa atakiem przy stanie 4:1, a drugi na 10:2, to trudno się pozbierać. Do tego doszła sytuacja z Piotrkiem Gackiem, który w półfinale skręcił nogę. Przeciwko Brazylii wyszedł na boisko nie w pełni sił, co nas trochę rozbiło, bo miał kłopoty z przyjęciem. Ale ja mu się nie dziwię, że chciał zagrać mimo naprawdę ciężkiego urazu. Druga okazja do wystąpienia w finale mistrzostw świata może się w jego życiu nie powtórzyć. Ja mam 23 lata i dopiero zaczynam karierę, a on jest starszy i chyba ma większą konkurencję. Może gdyby od początku na boisku był Michał Bąkiewicz, zaczęlibyśmy lepiej. Ale jeszcze raz powtarzam, że na miejscu Gacka postąpiłbym tak samo.

Dziesięć dni po spotkaniu o złoty medal Skrę czeka mecz z mistrzem Włoch. W jakiej jesteś formie?

- Okaże się we wtorek. Ciężko jest wrócić do klubu po prawie 40 dniach nieobecności i odzyskać świeżość i zgranie z kolegami. Nie wierzę, że Miljković, Gerić czy Rodrigao [reprezentanci Serbii i Brazylii - jar] wrócą do Włoch i będą grać tak dobrze jak przed wyjazdem na mistrzostwa. Najważniejsze jest zgranie się z rozgrywającym, bo każdy wystawia trochę inaczej. Ja przez ponad miesiąc współpracowałem z Zagumnym. Teraz muszę się przestawić na styl Maćka Dobrowolskiego.

Jak oceniasz szanse w spotkaniu z Maceratą?

- Jadę wygrać, a jaki będzie wynik, okaże się we wtorek. Na pewno będzie ciężko. Może być tak jak z Brazylią, że nie pozwolą nam na nic (śmiech). Najwięcej zależy od Miljkovicia. Jeśli będzie miał swój dzień, to za dużo nie zdziałamy, bo przy nim i inni się rozkręcą. Tak to działa, że jak jeden ciągnie, to pozostali do niego dołączają. Jeśli powstrzymamy go, to prościej będzie wyłączyć kolejnych zawodników.

Podziel się

  • 55 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

  • Re: Doceniam naszych wspaniałych chłopaków i spon achojnice 12.12.06, 19:33

    sponsorów. Dzisiaj mogłem podjąć decyzję o zmianie własciciela mojego tel. komórkowego. Zrezygnowałem i zawsze zostanę przy GSM+. Bo jest sponsorem naszej reprezentacji. Uważam ,że ja także »