Korek zamiast operacji - sukces łódzkich kardiologów
2010-09-23
, aktualizacja: 22.09.2010 20:40
Korek wygląda jak grzybek. Trzeba było założyć go w naczyniu łączącym aortę z tętnicę płucną. Kardiolodzy zrobili to nie używając skalpela i uratowali łodzianinowi. Po pionierskim zabiegu pacjent czuje się świetnie.
ZOBACZ TAKŻE
- Reanimują szpitalnego bankruta. Skorzystają pacjenci (06-10-10, 11:00)
- Karetka jak taksówka. Wszyscy mają jechać do szpitala (01-10-10, 16:24)
- Ratuje życie. W Łodzi rozrusznik serca bez kolejki (28-09-10, 20:11)
- Do szpitala za granicę? To jest możliwe i płaci NFZ (21-08-10, 10:00)
- Ma 24 lata i przeżyła udar. Pomogli jej kardiolodzy (05-08-10, 19:43)
- NIK: podróże lekarzy są zbyt hojnie sponsorowane (30-07-10, 08:00)
- Biegański: na oddziale dla dzieci grzyb i pajęczyny (29-07-10, 10:00)
- Pacjenci wkrótce wrócą do szpitala im. "Korczaka" (27-07-10, 20:05)
- Nowy śmigłowiec Eurocopter startuje do chorych. Zdjęcia (26-07-10, 21:59)
Ryszard Karcz, choć ma 59 lat. Do lekarza chodził tylko na badania profilaktyczne. Taki jest wymóg, żeby być operatorem wózków widłowych. Widocznie żaden specjalista medycyny pracy nie wsłuchiwał się w pracę jego serca. Gdyby ktoś to zrobił, usłyszałby niepokojący szum. Bo mężczyzna miał wrodzoną wadę serca - tzw. przetrwały przewód tętniczy Botalla. To naczynie między tętnicą płucną a aortą. W życie płodowym ma je każdy. Służy do ominięcia krążenia płucnego. Po porodzie przewód Botalla u większości ludzi się zatyka i z czasem zarasta. Ale u pana Ryszarda przewód działał, dlatego krew przedostawała się z aorty do tętnicy płucnej, a serce musiało pompować jej dużo więcej, niż u zdrowego człowieka. W końcu nie wytrzymało.
- Któregoś dnia po pracy, zrobiło mi się słabo, nie mogłem złapać tchu - wspomina pan Ryszard.
Rodzina wezwała do niego karetkę i na sygnale wylądował w szpitalu im. Kopernika.
Tam kardiolodzy ustalili przyczynę dolegliwości. Byli zdziwieni, że nikt przez kilkadziesiąt lat nie odkrył poważnej wady serca, którą dziś leczy się u dzieci.. Wyglądało na to, że pacjenta czeka operacja kardiochirurgiczna. Ciężka i bardzo ryzykowna, bo chirurgom trudno się dostać w miejsce, które trzeba zoperować. Przewód Botalla, który trzeba by zaszyć u pana Ryszarda był bardzo nietypowy - krótki i szeroki, tymczasem zwykle jest długi i wąski. Ale najgorsze, że stan pacjenta był już tak ciężki, że nawet znieczulenie do zabiegu było bardzo ryzykowne. - Rzeczywiście chyba nie było ze mną najlepiej - wspomina pan Ryszard. - Czułem się jakbym latał i miał bardzo mało powietrza.
Nowatorską metodę leczenia zaproponował prof. Jarosław Drożdż, szef Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego przy ul. Sterlinga. - Przewód Botalla można zatykać specjalnym urządzeniem przypominającym korek. Największą zaletą tej metody jest, że unika się operacji kardiochirurgicznej. Postanowiliśmy spróbować.
Kardiolodzy z ul. Sterlinga załatwili tzw. okluder, czyli korek do naczynia między aorta i tętnica płucną. Z Instytutu Kardiologii w Warszawie ściągnęli najbardziej doświadczonego w Polsce specjalistę od tego typu zabiegów - prof. Marcina Demkow. W sobotę przeprowadzili unikatowy zabieg.
Sami. Prof. Demkow tylko czuwał, by wszystko przebiegało prawidłowo. - Nie było łatwo - przyznaje dr Maciej Kośmider. - Do żyły udowej wprowadziliśmy rodzaj specjalnej rurki - tzw. cewnik. Dotarliśmy nim do tętnicy płucnej i z niej do aorty. W cewniku był złożony okluder - miał około trzech milimetrów średnicy. Musieliśmy go precyzyjnie umieścić w przewodzie Botalla i rozłożyć. To wszystko wymagało wielkiej zręczności. Chirurdzy mają łatwiej, bo mogą zajrzeć w każdy zakamarek i dotknąć każdego naczynia. My mamy metrową rurkę i monitory, na których dużo widać, ale nie jednak nie wszystko.
Lekarze liczyli się, że w każdej chwili trzeba będzie przerwać zabiegi i oddać pana Ryszarda w ręce kardiochirurgów. Dlatego zabieg przeprowadzili w nowej - jednej z niewielu w Polsce kardiologicznej pracowni hybrydowej. To pomieszczenie będące połączeniem kardiochirurgicznej sali operacyjnej, w której są aparaty do znieczulenia i krążenia pozaustrojowego z pracownią kardiologii inwazyjnej z angografem, ultrasonografem. Wszystko poszło zgodnie z planem i choć przy pacjencie byli kardiochirurdzy, okazało się, że nie mają nic do roboty.
- Któregoś dnia po pracy, zrobiło mi się słabo, nie mogłem złapać tchu - wspomina pan Ryszard.
Rodzina wezwała do niego karetkę i na sygnale wylądował w szpitalu im. Kopernika.
Tam kardiolodzy ustalili przyczynę dolegliwości. Byli zdziwieni, że nikt przez kilkadziesiąt lat nie odkrył poważnej wady serca, którą dziś leczy się u dzieci.. Wyglądało na to, że pacjenta czeka operacja kardiochirurgiczna. Ciężka i bardzo ryzykowna, bo chirurgom trudno się dostać w miejsce, które trzeba zoperować. Przewód Botalla, który trzeba by zaszyć u pana Ryszarda był bardzo nietypowy - krótki i szeroki, tymczasem zwykle jest długi i wąski. Ale najgorsze, że stan pacjenta był już tak ciężki, że nawet znieczulenie do zabiegu było bardzo ryzykowne. - Rzeczywiście chyba nie było ze mną najlepiej - wspomina pan Ryszard. - Czułem się jakbym latał i miał bardzo mało powietrza.
Nowatorską metodę leczenia zaproponował prof. Jarosław Drożdż, szef Kliniki Kardiologii Uniwersytetu Medycznego przy ul. Sterlinga. - Przewód Botalla można zatykać specjalnym urządzeniem przypominającym korek. Największą zaletą tej metody jest, że unika się operacji kardiochirurgicznej. Postanowiliśmy spróbować.
Kardiolodzy z ul. Sterlinga załatwili tzw. okluder, czyli korek do naczynia między aorta i tętnica płucną. Z Instytutu Kardiologii w Warszawie ściągnęli najbardziej doświadczonego w Polsce specjalistę od tego typu zabiegów - prof. Marcina Demkow. W sobotę przeprowadzili unikatowy zabieg.
Sami. Prof. Demkow tylko czuwał, by wszystko przebiegało prawidłowo. - Nie było łatwo - przyznaje dr Maciej Kośmider. - Do żyły udowej wprowadziliśmy rodzaj specjalnej rurki - tzw. cewnik. Dotarliśmy nim do tętnicy płucnej i z niej do aorty. W cewniku był złożony okluder - miał około trzech milimetrów średnicy. Musieliśmy go precyzyjnie umieścić w przewodzie Botalla i rozłożyć. To wszystko wymagało wielkiej zręczności. Chirurdzy mają łatwiej, bo mogą zajrzeć w każdy zakamarek i dotknąć każdego naczynia. My mamy metrową rurkę i monitory, na których dużo widać, ale nie jednak nie wszystko.
Lekarze liczyli się, że w każdej chwili trzeba będzie przerwać zabiegi i oddać pana Ryszarda w ręce kardiochirurgów. Dlatego zabieg przeprowadzili w nowej - jednej z niewielu w Polsce kardiologicznej pracowni hybrydowej. To pomieszczenie będące połączeniem kardiochirurgicznej sali operacyjnej, w której są aparaty do znieczulenia i krążenia pozaustrojowego z pracownią kardiologii inwazyjnej z angografem, ultrasonografem. Wszystko poszło zgodnie z planem i choć przy pacjencie byli kardiochirurdzy, okazało się, że nie mają nic do roboty.
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




