Ciąg dalszy sprawy śmierci w karetce. Jaka jest prawda?
2010-08-11
, aktualizacja: 11.08.2010 12:52
Rodzina mężczyzny, który umarł, kiedy był przewożony na badania ze Szpitala im. Madurowicza do Pirogowa, twierdzi, że szpital inaczej przedstawił jej okoliczności śmierci taty. - O tym, jak to wyglądało, dowiedziałam się z "Gazety" - mówi córka.
ZOBACZ TAKŻE
- Samowolka i bałagan - NIK skontrolowała szpitale (14-09-10, 14:05)
- Do szpitala za granicę? To jest możliwe i płaci NFZ (21-08-10, 10:00)
- Światowa nagroda dla profesora Uniwersytetu Medycznego (10-08-10, 19:36)
- Nowy śmigłowiec Eurocopter startuje do chorych. Zdjęcia (26-07-10, 21:59)
- Łódzki NFZ bez szefa, nerwowo w szpitalach (25-07-10, 20:37)
- Szpital Sterlinga: jak kardiolodzy zlikwidowali kolejkę (23-07-10, 19:58)
- 22-latek poszedł na operację plastyczną, nie żyje (23-07-10, 16:35)
Dziś przedstawiamy wersję zdarzeń, którą szpital przedstawił rodzinie zmarłego w karetce pacjenta. Jest inna od przedstawionej nam przez władze szpitala. Zobacz: Pacjent zmarł w karetce w drodze na badanie
Tragiczne zdarzenie opisaliśmy w ubiegłym tygodniu. Po naszym artykule sprawą zajęła się prokuratura, która sprawdza, czy w nieumyślny sposób nie doprowadzono do śmierci człowieka. [Przeczytaj: Pacjent zmarł w karetce, sprawą zajęłą się prokuratura]
Przypomnijmy, w Szpitalu im. Madurowicza zepsuł się rentgen. Dyrekcja tłumaczy, że nie może go naprawić z dnia na dzień, bo na usunięcie usterki potrzeba 111 tys. zł. Szpital nie może wydać takich pieniędzy bez załatwienia uciążliwych formalności. Bez rentgena szpital nie mógłby działać, dlatego zorganizowano badania w pobliskim Szpitalu im. Pirogowa.
Zorganizowano to tak: codziennie w "Madurowiczu" lekarze decydowali, którzy pacjenci potrzebują badań. Pod szpital podjeżdżała karetka. Wsiadało do niej po kilka osób i jak autobusem - bo bez obstawy lekarskiej - jechali na ul. Wólczańską.
Jedna z takich eskapad zakończyła się tragicznie. W upalny dzień do karetki zapakowano trzech pacjentów ze Szpitala im. Madurowicza. Wszyscy wsiedli o własnych siłach.
Jeden z pasażerów - 71-letni mężczyzna - zasłabł przed "Pirogowem". Okazało się, że zatrzymało się jego serce. W karetce nie miał kto udzielić mu pomocy, bo pacjenci jechali bez obstawy lekarskiej. Kierowca podjechał pod izbę przyjęć i poprosił o pomoc. Reanimacja nie powiodła się, człowiek zmarł.
Według lekarzy z "Madurowicza" zmarły był w wystarczająco dobrym stanie, by jechać bez lekarza. Tak wydarzenia przedstawili "Gazecie" m.in. dyrektor medyczny Szpitala im. Madurowicza i szef firmy, która prowadzi dla szpitala transport medyczny.
Rodzina poznała nieco inną wersję. - Telefon z informacją o śmierci taty zadzwonił chwilę po godz. 9 - wspomina Dorota Czarnecka, córka zmarłego. - Pojechałyśmy z mamą do "Madurowicza". O tym, jak to wyglądało, opowiadała nam lekarka z oddziału na drugim piętrze, gdzie dzień wcześniej położył się tata. Z tego, co mówiła pani doktor, wynikało, że tata na badanie jechał sam, bez żadnych pacjentów. Była mowa o karetce pogotowia z lekarzem. Usłyszałyśmy również, że reanimacja rozpoczęła się już w karetce. O tym, że było inaczej, dowiedziałam się z "Gazety". Nie rozumiem, dlaczego szpital udzielił mi zupełnie innych informacji.
- Jak to dlaczego? Gdyby była karetka z lekarzem, wszystko byłoby inaczej - mówi Lucyna Zaremba.
Rodzina, która najpierw pogodziła się ze stratą bliskiego, teraz podejrzewa, że próbowano uśpić jej czujność, by uniknąć kłopotów, i spekuluje, że być może popełniono więcej błędów.
- W szpitalu powiedzieli nam, że mąż miał EKG przed wyjazdem do "Pirogowa" - opowiada żona zmarłego. - Nie wiem, czy w to wierzyć. Skoro mąż zmarł około godz. 9, to do karetki musiał schodzić tuż po godz. 8 rano. Kiedy mieli go zbadać, jak o tej porze nie ma nawet obchodów? Dlaczego o tym mówię? Bo wierzę, że w EKG ktoś by zauważył kłopoty z sercem. Rok temu mąż leżał w tym samym szpitalu i też był zepsuty rentgen. Też miał jechać do Szpitala im. Pirogowa, ale w ostatniej chwili zrobili mu EKG. Już go nie puścili na badania, tylko od razu położyli na intensywnej terapii.
Wiesław Tyliński, dyrektor medyczny "Madurowicza": - Nie będę nic komentował.
Prokuratura Łódź-Polesie poprosiła szpital o przesłanie dokumentacji medycznej i będzie przesłuchiwać świadków zdarzenia. Prawdopodobnie poprosi o opinię biegłych z Instytutu Medycyny Sądowej. Od ich oceny zależy, czy dalsze postępowanie będzie prowadzone "w sprawie", czy jakaś osoba usłyszy zarzuty.
adam.czerwinski@lodz.agora.pl
- 13 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Re: Ciąg dalszy sprawy śmierci w karetce. Jaka je
winyl
11.08.10, 19:13
Ty prymus ty jestes organiczony umysłowo skoro uważasz ze to wina obsługi szpitala. Rentgen się zepsuł a szpital nie ma na naprawę. Ty Polaku myślisz że to jest jakis ewenememt na skale »




