Studia: byli na liście przyjętych, indeksów nie dostaną
2010-08-09
, aktualizacja: 09.08.2010 21:00
W lipcu zdobyli wystarczająco punktów, by studiować na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Teraz dowiadują się, że źle zrozumieli uczelnię i indeksy im się nie należą. A jeśli będą uparci, to i tak wylecą po roku
ZOBACZ TAKŻE
- Bez karty jednego z banków do szkoły nie wejdziesz (01-09-10, 11:00)
- Akademik się buduje, studenci zamieszkają w hotelu (25-08-10, 20:08)
- Skończyłeś studia? Bierz pieniądze i zakładaj firmę (22-08-10, 21:22)
- Zielone indeksy odejdą do lamusa. Najpierw na PŁ (18-08-10, 09:55)
- Uniwersytet Medyczny przyjmie jednak więcej studentów (11-08-10, 21:26)
- Rząd daje kasę na strategiczne kierunki. Studenci biorą (08-08-10, 21:37)
- AHE się kurczy i nie płaci pracownikom w terminie (21-07-10, 21:44)
- Rekrutacja na studia: w Łodzi będzie więcej inżynierów (20-07-10, 09:00)
- Dylemat maturzysty: studiować w stolicy czy w Anglii? (22-06-10, 07:00)
- Centrum Kultury UŁ powstanie w dawnym "Prexerze" (16-06-10, 19:42)
Dorota* już w połowie liceum postanowiła studiować medycynę. Dwa lata temu zabrakło jej kilku punktów. Rok temu pech się powtórzył. Dlatego w maju ponownie zgłosiła się na maturę, by poprawić wyniki z biologii i chemii. Od kilku lat egzamin dojrzałości jest przepustką na studia, a poprawiać można także zdane egzaminy.
Dorota podciągnęła się w sumie o kilkanaście procent (dostaje się je zamiast tradycyjnych ocen, a uczelnie przeliczają na punkty). - 7 lipca na stronie uniwersytetu ukazało się moje imię i nazwisko, ile zdobyłam punktów oraz informacja, że zostałam zakwalifikowana na Wydział Lekarski - opowiada z dumą. Dostała się także na dwie inne uczelnie medyczne, ale wybrała Łódź.
Pięć dni później złożyła w UM świadectwo maturalne, kopię dowodu osobistego, zdjęcia. Uczelnia przyjęła dokumenty. To ważne, bo wielu kandydatów dostaje się na więcej niż jedną uczelnię - jak Dorota - i muszą wybrać, gdzie studiować. Dla uczelni dowodem, że kandydat wybrał właśnie ją, jest złożenie papierów. M.in. dlatego świeżo upieczeni studenci muszą to zrobić zaraz po ogłoszeniu wyników rekrutacji.
- Pani, która odebrała ode mnie dokumenty, powiedziała, gdzie i kiedy mam się zgłosić po indeks i plan zajęć. Byłam szczęśliwa - wspomina Dorota.
W zeszłym tygodniu odebrała telefon. Dzwonił pracownik Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Tłumaczył, że na Wydział Lekarski uczelnia przyjęła zbyt wiele osób, dlatego Dorota zostanie przeniesiona na Wydział Wojskowo-Lekarski. I przekonywał, że to dla niej nawet lepiej, bo tam jest mniej studentów i lepszy kontakt z wykładowcami. - Byłam zdumiona - mówi Dorota. - Chciałam studiować na Wydziale Lekarskim, bo ma lepszą opinię. Poza tym nie wiążę przyszłości z wojskiem.
Sama zadzwoniła więc do działu rekrutacji. Odebrał ktoś inny. - Mówił to samo, ale dodał, że w podobnej sytuacji jest wiele osób, i radził się przenieść. "Bo na Wydziale Lekarskim po pierwszym roku jest duży odsiew i osoby, które się uprą, mogą być wtedy usunięte z uczelni" - cytuje Dorota.
Jeszcze dalej idzie Przemysław Andrzejak, rzecznik UM w Łodzi. Twierdzi, że kandydatka na lekarza błędnie zinterpretowała komunikat uczelni i... w ogóle nie została na nią przyjęta. Jak to możliwie?
Komisja rekrutacyjna UM ustaliła, że kandydaci na Wydział Lekarski muszą zdobyć minimum 464 punkty. Próg pokonało około 320. Każdy z nich 7 lipca dowiedział się ze strony internetowej uczelni, że został zakwalifikowany na Wydział Lekarski - jak Dorota. Ale kilka dni później minister zdrowia dał pieniądze na kształcenie tylko 260 nowych lekarzy na tym wydziale. Około 60 osób - mimo spełnienia kryterium punktowego - zostało bez indeksów.
Andrzejak twierdzi, że 7 lipca uczelnia nie ogłosiła żadnych wyników rekrutacji, a jedynie "wstępne tabele". - Z zastrzeżeniem, że są nieostateczne i liczba wymaganych punktów może ulec zmianie - podkreśla.
- W ubiegłych latach progi też się zmieniały, ale zawsze szły w dół. Część przyjętych rezygnowała, wybierając inne uczelnie, i na ich miejsce wchodzili kandydaci z mniejszą liczbą punktów - Dorota tłumaczy, dlaczego to zastrzeżenie w ogóle jej nie zaniepokoiło.
Ale ten rok jest wyjątkowy. - Na Wydział Lekarski mieliśmy ponad trzy tysiące kandydatów, dwa razy więcej niż dotychczas. Dużo więcej osób pokonało próg, a w dodatku prawie nikt nie zrezygnował ze studiów na naszej uczelni - mówi rzecznik UM.
Doroty to nie przekonuje: - Gdybym wiedziała, że moja sytuacja w Łodzi jest niepewna, złożyłabym dokumenty w Warszawie, gdzie też się dostałam. Ale uczelnia nie dała mi żadnej informacji. Tam terminy minęły i jaki mam wybór? Wydział wojskowy łódzkiej uczelni albo żaden.
marcin.markowski@lodz.agora.pl
* Imię dziewczyny zostało zmienione
KOMENTARZ
Po diabła uczelnia publikowała wyniki rekrutacji - choćby wstępne - nie wiedząc, na ilu studentów minister da pieniądze? Dlaczego przyjmowała dokumenty od tych, którzy - jak teraz twierdzi - w ogóle nie dostali się na studia? Po co aż tylu kandydatom dała nadzieję, ryzykując, że nie każdemu będzie mogła dać wymarzony indeks?
Wygląda na to, że łódzka uczelnia postawiła własny interes nad dobrem studentów, czyli zrobiła wszystko, by ci najlepsi z nieprzyjętych nie uciekli na wydziały lekarskie do konkurencji.
Marcin Markowski
Dorota podciągnęła się w sumie o kilkanaście procent (dostaje się je zamiast tradycyjnych ocen, a uczelnie przeliczają na punkty). - 7 lipca na stronie uniwersytetu ukazało się moje imię i nazwisko, ile zdobyłam punktów oraz informacja, że zostałam zakwalifikowana na Wydział Lekarski - opowiada z dumą. Dostała się także na dwie inne uczelnie medyczne, ale wybrała Łódź.
Pięć dni później złożyła w UM świadectwo maturalne, kopię dowodu osobistego, zdjęcia. Uczelnia przyjęła dokumenty. To ważne, bo wielu kandydatów dostaje się na więcej niż jedną uczelnię - jak Dorota - i muszą wybrać, gdzie studiować. Dla uczelni dowodem, że kandydat wybrał właśnie ją, jest złożenie papierów. M.in. dlatego świeżo upieczeni studenci muszą to zrobić zaraz po ogłoszeniu wyników rekrutacji.
- Pani, która odebrała ode mnie dokumenty, powiedziała, gdzie i kiedy mam się zgłosić po indeks i plan zajęć. Byłam szczęśliwa - wspomina Dorota.
W zeszłym tygodniu odebrała telefon. Dzwonił pracownik Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Tłumaczył, że na Wydział Lekarski uczelnia przyjęła zbyt wiele osób, dlatego Dorota zostanie przeniesiona na Wydział Wojskowo-Lekarski. I przekonywał, że to dla niej nawet lepiej, bo tam jest mniej studentów i lepszy kontakt z wykładowcami. - Byłam zdumiona - mówi Dorota. - Chciałam studiować na Wydziale Lekarskim, bo ma lepszą opinię. Poza tym nie wiążę przyszłości z wojskiem.
Sama zadzwoniła więc do działu rekrutacji. Odebrał ktoś inny. - Mówił to samo, ale dodał, że w podobnej sytuacji jest wiele osób, i radził się przenieść. "Bo na Wydziale Lekarskim po pierwszym roku jest duży odsiew i osoby, które się uprą, mogą być wtedy usunięte z uczelni" - cytuje Dorota.
Jeszcze dalej idzie Przemysław Andrzejak, rzecznik UM w Łodzi. Twierdzi, że kandydatka na lekarza błędnie zinterpretowała komunikat uczelni i... w ogóle nie została na nią przyjęta. Jak to możliwie?
Komisja rekrutacyjna UM ustaliła, że kandydaci na Wydział Lekarski muszą zdobyć minimum 464 punkty. Próg pokonało około 320. Każdy z nich 7 lipca dowiedział się ze strony internetowej uczelni, że został zakwalifikowany na Wydział Lekarski - jak Dorota. Ale kilka dni później minister zdrowia dał pieniądze na kształcenie tylko 260 nowych lekarzy na tym wydziale. Około 60 osób - mimo spełnienia kryterium punktowego - zostało bez indeksów.
Andrzejak twierdzi, że 7 lipca uczelnia nie ogłosiła żadnych wyników rekrutacji, a jedynie "wstępne tabele". - Z zastrzeżeniem, że są nieostateczne i liczba wymaganych punktów może ulec zmianie - podkreśla.
- W ubiegłych latach progi też się zmieniały, ale zawsze szły w dół. Część przyjętych rezygnowała, wybierając inne uczelnie, i na ich miejsce wchodzili kandydaci z mniejszą liczbą punktów - Dorota tłumaczy, dlaczego to zastrzeżenie w ogóle jej nie zaniepokoiło.
Ale ten rok jest wyjątkowy. - Na Wydział Lekarski mieliśmy ponad trzy tysiące kandydatów, dwa razy więcej niż dotychczas. Dużo więcej osób pokonało próg, a w dodatku prawie nikt nie zrezygnował ze studiów na naszej uczelni - mówi rzecznik UM.
Doroty to nie przekonuje: - Gdybym wiedziała, że moja sytuacja w Łodzi jest niepewna, złożyłabym dokumenty w Warszawie, gdzie też się dostałam. Ale uczelnia nie dała mi żadnej informacji. Tam terminy minęły i jaki mam wybór? Wydział wojskowy łódzkiej uczelni albo żaden.
marcin.markowski@lodz.agora.pl
* Imię dziewczyny zostało zmienione
KOMENTARZ
Po diabła uczelnia publikowała wyniki rekrutacji - choćby wstępne - nie wiedząc, na ilu studentów minister da pieniądze? Dlaczego przyjmowała dokumenty od tych, którzy - jak teraz twierdzi - w ogóle nie dostali się na studia? Po co aż tylu kandydatom dała nadzieję, ryzykując, że nie każdemu będzie mogła dać wymarzony indeks?
Wygląda na to, że łódzka uczelnia postawiła własny interes nad dobrem studentów, czyli zrobiła wszystko, by ci najlepsi z nieprzyjętych nie uciekli na wydziały lekarskie do konkurencji.
Marcin Markowski
- 29 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
41 głosów
-
Jesteście wszyscy chorzy z tą waszą obsesją
lds23
10.08.10, 13:35
korupcyjną, klikową itd.! Co sugerujecie? Że co roku rektor dostaje 260kopert? Czy, że ma 260 dzieci znajomych co roku do przyjęcia? Dlaczego taktrudno jest ludziom pogodzić się ze swoją »




