NIK: podróże lekarzy są zbyt hojnie sponsorowane
2010-07-30
, aktualizacja: 29.07.2010 19:23
Lekarze ze szpitala im. Barlickiego bardzo często wyjeżdżali na zagraniczne konferencje i szkolenia sponsorowane przez producentów leków, aparatury, sprzętu medycznego - informuje Najwyższa Izba Kontroli. A dyrektor szpitala nie wiedział nawet, że lekarzy nie ma w pracy
ZOBACZ TAKŻE
- Korek zamiast operacji - sukces łódzkich kardiologów (23-09-10, 08:00)
- Ma 24 lata i przeżyła udar. Pomogli jej kardiolodzy (05-08-10, 19:43)
- NIK krytykuje władze Tomaszowa za niegospodarność (04-08-10, 15:54)
- Pacjent zmarł w karetce w drodze na badanie (02-08-10, 17:57)
- Minister broni łódzkiego lekarza oskarżonego przez NFZ (01-08-10, 20:54)
- Smutna jakaś ta uroczystość, czyli 587. rocznica Łodzi (29-07-10, 19:28)
NIK ogłosił właśnie wyniki wielkiej kontroli przeprowadzonej w najważniejszych szpitalach klinicznych w Polsce. Inspektorów izby interesowały relacje między dostawcami leków i sprzętu medycznego a szpitalami. Sprawdzali, czy zakupom nie towarzyszą mechanizmy korupcjogenne, na przykład finansowanie wyjazdów pracowników przez producentów leków.
W Łodzi NIK wziął pod lupę szpital im. Barlickiego. Kontrolerzy ustalili, że lekarze z tego szpitala na potęgę jeździli na zagraniczne szkolenia. Za pieniądze sponsorów.
"319 pracowników szpitala w latach 2006-2008 wzięło udział w 266 wyjazdach zagranicznych" - czytamy w raporcie. "Wg wyjaśnień lekarzy uczestniczących w tych wyjazdach finansowały je głównie firmy produkujące leki, aparaturę, sprzęt medyczny, odczynniki, a także zajmujące się organizacją badań klinicznych".
NIK zarzuca dyrekcji szpitala, że nie określiła zasad normujących udział pracowników w sponsorowanych konferencjach i szkoleniach zagranicznych, gdyż - jak czytamy w raporcie - dyrektor szpitala twierdził, że na przestrzeni 2006-2008 były to dwa wyjazdy zagraniczne.
Prof. Piotr Kuna, dyrektor "Barlickiego", do dziś trzyma się tej wersji. I tłumaczy, że pozostałe kilkaset osób to pracownicy Uniwersytetu Medycznego, a nie jego. Rzeczywiście, wielu lekarzy w "Barlickim" jest na uczelnianym etacie. Ale podobnie jak pracownicy szpitalni chodzą na obchody, badają pacjentów, wypisują recepty.
NIK największe pretensje ma do szpitala o to, że lekarze stawiali się w pracy. "W przypadku 42 wyjazdów w 2006 r., 43 wyjazdów w 2007 r. i 37 wyjazdów w 2008 r. pracownicy nie mieli wystawionych kart urlopowych i nie odnotowano ich nieobecności w Szpitalu. (...) Długotrwała nieobecność w pracy (...) może negatywnie wpływać na wywiązywanie się z obowiązków na rzecz szpitala" - czytamy w raporcie.
Prof. Kuna uważa, że niekoniecznie musi tak być. - W moim szpitalu obowiązuje tzw. równoważny system pracy. Tzn. że ktoś może pracować tydzień, a później nie przychodzić przez trzy tygodnie.
Trzeba przyznać, że "Barlicki" i tak dobrze wypadł na tle innych kontrolowanych szpitali, bo zdarzało się w nich, że lekarz, który jechał na sponsorowany wyjazd, zasiadał w komisji przetargowej, która decydowała, czy kupić produkt fundatora wyjazdu. Dlatego NIK w raporcie sugeruje, że takie wyjazdy mogą prowadzić do korupcyjnych zależności. Prof. Kuna przekonuje jednak, że w wyjazdach jego podwładnych nie ma nic złego. - Niepokój może budzić, jeśli na zagraniczną konferencję jedzie lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. Można podejrzewać, że będzie chciał się odwdzięczyć sponsorowi, wypisując recepty na jego leki. Co innego z profesorami. Oni jeżdżą służbowo, na imprezy związane z ich pracą naukową.
Grażyna Kopińska z Programu Przeciw Korupcji Fundacji Batorego widzi sprawę inaczej. - Takie wyjazdy kojarzą mi się z szarą strefą - mówi. - Z jednej strony publicznych instytucji nie stać, by wysyłać swoich pracowników na wartościowe szkolenia. Wyręczają je sponsorzy, ale nigdy nie wiemy, czy wysyłają lekarza na konferencję, czy atrakcyjną wycieczkę z kilkoma symbolicznymi wykładami. Nie ma przejrzystych zasad rozdzielania zaproszeń i nie wiemy, czy ci, którzy je dostają, nie będą chcieli się odwdzięczyć sponsorom.
- Proszę pamiętać, że jeśli ktoś pełni w szpitalu funkcje kierownicze, czyli jest ordynatorem, będzie decydował o zakupie np. leków - podkreśla Paweł Biedziak, rzecznik NIK.
W raporcie czytamy, że dyrektor Kuna zobowiązał się do wprowadzenia, w porozumieniu z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, rozwiązań systemowych, które mają wyeliminować nieprawidłowości stwierdzone w wyniku kontroli. Na czym mają one polegać, jeszcze nie wiadomo.
adam.czerwinski@lodz.agora.pl
W Łodzi NIK wziął pod lupę szpital im. Barlickiego. Kontrolerzy ustalili, że lekarze z tego szpitala na potęgę jeździli na zagraniczne szkolenia. Za pieniądze sponsorów.
"319 pracowników szpitala w latach 2006-2008 wzięło udział w 266 wyjazdach zagranicznych" - czytamy w raporcie. "Wg wyjaśnień lekarzy uczestniczących w tych wyjazdach finansowały je głównie firmy produkujące leki, aparaturę, sprzęt medyczny, odczynniki, a także zajmujące się organizacją badań klinicznych".
NIK zarzuca dyrekcji szpitala, że nie określiła zasad normujących udział pracowników w sponsorowanych konferencjach i szkoleniach zagranicznych, gdyż - jak czytamy w raporcie - dyrektor szpitala twierdził, że na przestrzeni 2006-2008 były to dwa wyjazdy zagraniczne.
Prof. Piotr Kuna, dyrektor "Barlickiego", do dziś trzyma się tej wersji. I tłumaczy, że pozostałe kilkaset osób to pracownicy Uniwersytetu Medycznego, a nie jego. Rzeczywiście, wielu lekarzy w "Barlickim" jest na uczelnianym etacie. Ale podobnie jak pracownicy szpitalni chodzą na obchody, badają pacjentów, wypisują recepty.
NIK największe pretensje ma do szpitala o to, że lekarze stawiali się w pracy. "W przypadku 42 wyjazdów w 2006 r., 43 wyjazdów w 2007 r. i 37 wyjazdów w 2008 r. pracownicy nie mieli wystawionych kart urlopowych i nie odnotowano ich nieobecności w Szpitalu. (...) Długotrwała nieobecność w pracy (...) może negatywnie wpływać na wywiązywanie się z obowiązków na rzecz szpitala" - czytamy w raporcie.
Prof. Kuna uważa, że niekoniecznie musi tak być. - W moim szpitalu obowiązuje tzw. równoważny system pracy. Tzn. że ktoś może pracować tydzień, a później nie przychodzić przez trzy tygodnie.
Trzeba przyznać, że "Barlicki" i tak dobrze wypadł na tle innych kontrolowanych szpitali, bo zdarzało się w nich, że lekarz, który jechał na sponsorowany wyjazd, zasiadał w komisji przetargowej, która decydowała, czy kupić produkt fundatora wyjazdu. Dlatego NIK w raporcie sugeruje, że takie wyjazdy mogą prowadzić do korupcyjnych zależności. Prof. Kuna przekonuje jednak, że w wyjazdach jego podwładnych nie ma nic złego. - Niepokój może budzić, jeśli na zagraniczną konferencję jedzie lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. Można podejrzewać, że będzie chciał się odwdzięczyć sponsorowi, wypisując recepty na jego leki. Co innego z profesorami. Oni jeżdżą służbowo, na imprezy związane z ich pracą naukową.
Grażyna Kopińska z Programu Przeciw Korupcji Fundacji Batorego widzi sprawę inaczej. - Takie wyjazdy kojarzą mi się z szarą strefą - mówi. - Z jednej strony publicznych instytucji nie stać, by wysyłać swoich pracowników na wartościowe szkolenia. Wyręczają je sponsorzy, ale nigdy nie wiemy, czy wysyłają lekarza na konferencję, czy atrakcyjną wycieczkę z kilkoma symbolicznymi wykładami. Nie ma przejrzystych zasad rozdzielania zaproszeń i nie wiemy, czy ci, którzy je dostają, nie będą chcieli się odwdzięczyć sponsorom.
- Proszę pamiętać, że jeśli ktoś pełni w szpitalu funkcje kierownicze, czyli jest ordynatorem, będzie decydował o zakupie np. leków - podkreśla Paweł Biedziak, rzecznik NIK.
W raporcie czytamy, że dyrektor Kuna zobowiązał się do wprowadzenia, w porozumieniu z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, rozwiązań systemowych, które mają wyeliminować nieprawidłowości stwierdzone w wyniku kontroli. Na czym mają one polegać, jeszcze nie wiadomo.
adam.czerwinski@lodz.agora.pl
- 20 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień





