Niszczejące kamienice. Zróbmy z tym coś wreszcie!

Joanna Blewąska i Agnieszka Urazińska
2010-07-19 , aktualizacja: 18.07.2010 19:06
A A A Drukuj
Kamienica przy ul. Ogrodowej, obok Manufaktury Fot. Marcin Stępien / AG Kamienica przy ul. Ogrodowej, obok Manufaktury
Łódzka norma - rozpadające się kamienice, lokatorzy, którzy narzekają na tragiczne warunki, i turyści przestraszeni, że coś im może spaść na głowę. Dlaczego przez dekady nikt nie potrafił/nie chciał rozwiązać problemu?
Że jest tragicznie - nikogo nie trzeba przekonywać. Przez ostatnie tygodnie naoglądałyśmy się zagrzybionych ścian, zapadających się sufitów podpartych kołkami. Wysłuchiwałyśmy żalów - a to od lokatora dłużnika, któremu prywatny właściciel z desperacji zamurował toaletę, a to od samotnej matki, która czynsz płaci regularnie i nie rozumie, dlaczego musi mieszkać w budynku, który grozi zawaleniem. No i wreszcie od prywatnych właścicieli kamienic - że lokatorzy oporni, a urzędnicy niechętni do współpracy. Urzędnicy też się żalili - a jakże - i na lokatorów, i na prywatnych właścicieli.

Przyznajemy, że mamy już dość. Materiałów na kolejne teksty o sypiących się kamienicach dostałyśmy aż za dużo, a ciągle napływają nowe. Tylko ile można opisywać kolejne łódzkie ruiny?! To nie poprawi sytuacji lokatorów ani wyglądu miasta.

Jak problem rozwiązać? Ze wszystkich stron słyszymy "nie wiadomo". I tego też mamy już dość. To niemożliwe, żeby w dużym mieście pełnym mądrych ludzi nikt przez dekady nie potrafił znaleźć sposobu na kamienice. Postanowiłyśmy więc zmobilizować polityków do pierwszej od lat konstruktywnej dyskusji na tematy mieszkaniowe. "Gazeta" organizuje debatę. Spotkamy się dziś z politykami z różnych opcji - rządzącymi Łodzią i tymi, którzy chcą miastem kierować po jesiennych wyborach. Będziemy razem szukać recepty na ładniejszą Łódź. Żeby było łatwiej, przygotowałyśmy listę najważniejszych problemów i rozwiązań, które sprawdziły się gdzie indziej.

Sprzedać czy remontować?

W Łodzi większość kamienic ma skomplikowaną sytuację własnościową - część budynku należy do gminy, część do osoby lub osób prywatnych, czasem nieustalonych. Do remontu potrzebna jest zgoda - a wskazana jest także partycypacja - wszystkich właścicieli. Jeśli współdziałania nie ma, kończy się tak, jak choćby przy ul. 1 Maja 39, gdzie budynek popada w ruinę. Prywatna właścicielka chce kamienicę odnowić i sprzedać mieszkania na wolnym rynku. Jest gotowa wydać na to duże pieniądze. Ale nie ma ochoty dzielić własności z gminą - proponuje więc, że odkupi jej udziały. A na to nie zgadza się miasto. Dlaczego? Bo chce mieć kamienice i czerpać z niej zyski. Problem w tym, że już niedługo nikt nie będzie na tym budynku zarabiał, bo nieremontowany w końcu runie.

I tu mamy pierwsze pytanie - co zrobić, aby miasto porozumiało się z prywatnymi właścicielami?



Remonty - kto powinien je robić?

Zdaniem jednego z naszych rozmówców - prywatnego właściciela, który wyremontował kamienicę przy ul. Więckowskiego, a teraz sprzedaje mieszkania na wolnym rynku - miasto to kiepski inwestor. Do wykonania poszczególnych etapów prac potrzebuje przetargów i skomplikowanych procedur, które znacznie wydłużają i utrudniają osiągnięcie celu (a cel to odnowiona kamienica).

Szczecin rozwiązał ten problem tak: stworzył specjalną spółkę, która zajmuje się remontowaniem gminnych budynków. Najpierw, jeśli są inni właściciele - skupuje ich udziały. Później szuka lokali zastępczych dla lokatorów. A to wysiedlenie często wygląda raczej jak przywilej: mieszkaniec rozpadającego się budynku trafia do nowego mieszkania w TBS-ie. Spółka płaci za niego tzw. partycypację (to ok. 30 proc. wartości mieszkania, konieczna wpłata, aby stać się najemcą mieszkania w TBS-ie) i wyrównuje różnicę między dotychczas płaconym czynszem a nowym, który zazwyczaj jest wyższy.

Gdy budynek jest już pusty, spółka stosuje jedno z dwóch rozwiązań: albo remontuje kamienicę i mieszkania sprzedaje z zyskiem na wolnym rynku, albo szuka prywatnego inwestora, który zobowiązuje się w określonym czasie wykonać ustalone prace remontowe. A później robi z budynkiem co chce. Ale pamiętajmy, że jest to już budynek odnowiony, bezpieczny i estetyczny.

Może jest szansa, żeby to rozwiązanie wprowadzić także u nas?

Lokatorzy

I tu jest największy chyba problem. W Łodzi dramatycznie brakuje lokali socjalnych (czyli tych, do których trafiają notoryczni mieszkaniowi dłużnicy albo osoby, które na większe opłaty pozwolić sobie nie mogą). Na takie mieszkanie trzeba czekać nawet sześć lat! Są też problemy z lokalami zastępczymi - dla mieszkańców, którzy długów nie mają, ale trzeba ich przenieść gdzie indziej, na przykład na czas remontu. Ale dokąd, skoro lokali gminnych nie przybywa, tylko ubywa, bo z powodu złego stanu technicznego wciąż kolejne wyłączane są z użytkowania?

To może baraki? Tak rozwiązał problem Poznań. Każdy z nich kosztuje 22 tys. zł. Dłużnik ma zapewnione warunki do życia - bez luksusów.

Łagodniejszy wariant stosuje Aleksandrów Łódzki. Dwa lata temu powstało tam osiedle socjalne. To domy o lekkiej konstrukcji i niedrogie. Jest tam miejsce dla 29 rodzin - każda ma ok. 15 m kw. powierzchni do dyspozycji. Kuchnia i toaleta jest wspólna na dwie rodziny. Do tego mieszkańcy są objęci pomocą psychologa i aktywizowani zawodowo. Bardzo im się osiedle podoba. Ale jest problem - w ciągu dwóch lat nikt się z osiedla nie wyrwał (a zamysł był taki, aby mieszkanie na tym osiedlu było rozwiązaniem tymczasowym). Może warunki są tam zbyt dobre i to rozleniwia mieszkańców?

O tych problemach będziemy dziś rozmawiać. Czy debata poprawi sytuację? Mamy nadzieję, że będzie początkiem ważnych zmian. Nawet jeśli wymagałyby one podejmowania trudnych i kontrowersyjnych decyzji. Bo na zamiatanie problemu pod dywan już nas nie stać.

joanna.blewaska@lodz.agora.pl

agnieszka.urazinska@lodz.agora.pl

Podziel się

  • 34 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład