Wysiedlać dłużników z centrum? Tak, ale nie na bruk
2010-07-14
, aktualizacja: 13.07.2010 18:58
Kamienice rudery i handel z pudeł po bananach: to największe bolączki centrum Łodzi. Żadne władze miasta nie miały pomysłu, co z tymi problemem zrobić. Co więcej, nawet nie próbowały
ZOBACZ TAKŻE
- Plan na zrujnowane kamienice? Odpytaliśmy polityków (21-07-10, 10:00)
- Niszczejące kamienice. Zróbmy z tym coś wreszcie! (19-07-10, 10:00)
- Piękne kamienice w centrum Łodzi - czy to możliwe? (24-09-10, 06:00)
- Duzi inwestorzy wolą Manufakturę od Piotrkowskiej (16-07-10, 19:55)
- Budują nowe Miasto Tkaczy. Chcą przyciągnąć turystów (13-07-10, 09:00)
- Młodzi socjaliści: Jeśli nie osiedle socjalne, to co? (12-07-10, 16:04)
- Kamienice - Łódź bezradna, Szczecin działa (07-07-10, 20:58)
- Pomysł na dłużników - baraki. Wcale nie takie straszne (06-07-10, 22:28)
- Łódź pójdzie śladem Poznania? Dłużnicy do baraków (05-07-10, 19:06)
- Kolejna kamienica w centrum się sypie. A urzędnicy i właściciel się spierają (02-07-10, 21:44)
Łódź się zmienia. Powstają centra rozrywkowe, przychodzą zagraniczne koncerny. Ale dwie rzeczy są takie same od lat - sypiące się kamienice w samym centrum miasta (z roku na rok jeszcze bardziej zniszczone) oraz handel z pudeł lub rozkładanych łóżek polowych przy reprezentacyjnych ulicach miasta.
Rozmowa z prof. Tadeuszem Markowskim*
Joanna Blewąska: Dlaczego władze nie rozwiązują tych problemów?
Prof. Tadeusz Markowski: Bo to wymagałoby przyjęcia jednoznacznej strategii dla miasta. Gdy taki plan jest, należy go konsekwentnie realizować. Wtedy jasne jest, że część kamienic trzeba wysiedlić, mimo uporu lokatorów. Podobnie z handlem. Należy określić, gdzie się na niego zgadzamy, a komu definitywnie odmawiamy. I wtedy nie można już balansować, działając doraźnie: wszystkim, którzy przyjdą pod urząd i pokrzyczą, coś damy, byleby ich uciszyć.
Miasto remontuje dach hali na Górniaku. Wiceprezydent Łukasz Magin zwołał konferencję i mówił, że będzie ładniej i estetyczniej. Ale zaraz potem rozmawiał ze zdenerwowaną handlarką, która na czas remontu musiała zmienić lokalizację swojego straganu. Obiecał jej, że natychmiast po remoncie wróci na front rynku ze swym rozkładanym stolikiem. I tyle o estetyce...
- Polityka w czystej formie.
A jak powinno być? Zacznijmy od handlu.
- Nie można zezwalać na przestrzenny chaos. Miasto musi określić, gdzie będą centra, a gdzie mniejsze targowiska. Handel obwoźny też jest ważny i powinno się go wprowadzać, na przykład na osiedlach. Bo on aktywizuje ludzi, ożywia pusty plac między blokami. Nie chcemy przecież, by łodzianie po świeże truskawki musieli jeździć do hipermarketów. Niech kupią je na osiedlu. Handel pod gołym niebem też jest akceptowalny - ale tylko w wyznaczonych miejscach i w zaplanowanej formie. Na pewno nie powinno być zgody na rozstawianie pudeł czy skrzynek na rogach Piłsudskiego i Kościuszki.
Co powiedziałby Pan dziś handlującym w brudnawych namiotach w sercu miasta?
- Nie oznajmiłbym: "od jutra nie wolno tu handlować". Wyjaśniłbym, że w ciągu trzech miesięcy powstanie program drobnego handlu. Wytyczone zostaną punkty, w których taki handel będzie dozwolony. Ale potem nie będzie już od tego odstępstw, handlujący będą się musieli dostosować.
Ważna będzie konsekwencja.
- Politycznie trudne. Ale nie podejmowanie takich decyzji jest najgorszą rzeczą. Przyzwyczaja ludzi do myślenia, że wszystko można wywalczyć krzykami pod urzędem miasta. Niestety, taka opinia się u nas utrwala. To problem ogólnopolski, ale w Łodzi mocno widoczny.
A co zrobić z kamienicami? W konfliktach prywatni właściciele - lokatorzy dłużnicy też trzeba na kogoś postawić?
- Na prywatnych właścicieli. Ciągle mamy piętno błędnego myślenia, że prywatny jest gorszy niż komunalny. Urzędnicy wolą mieć kontakt z nędznym zakładem budżetowym niż z przedsiębiorcą. I to jest złe.
Miasto nie ma pieniędzy na wielkie remonty - można to zrozumieć. Ale niech nie utrudnia tym, którzy chcą zmieniać wygląd miasta, podnosić jego prestiż. Biorąc przy tym na siebie ryzyko. Bo przecież to oni wyłożą na remont, a za ile potem wynajmą czy sprzedadzą lokale? Nie wiem. Ponoszą ryzyko, z którego zwolniona jest gmina.
Trzeba wysiedlić mieszkańców. Można to zrobić tuż przed wyborami samorządowymi?
- Tak. Choć oczywiście nie na bruk. Tu też kłania się brak strategii - mamy za mało mieszkań socjalnych i od lat nic się z tym nie robi. A może trzeba było stworzyć fundusz wszystkich prywatnych współwłaścicieli kamienic? Sądzę, że w ich interesie byłaby wspólna budowa tanich lokali, już nie w centrum miasta. Kamienice stałyby się wolne od dłużników. Niestety, ale jeśli marzymy o ożywieniu Śródmieścia, muszą chcieć w nim zamieszkać zamożniejsi, którzy pójdą do kina czy restauracji, wydadzą w tym centrum pieniądze.
Jak skłonić władze, by podejmowały trudne, ale ważne decyzje?
- Może to zrobić tylko wyborca. Politycy są roztropni, doskonale wyczuwają społeczny system wartości. Gdy my akceptujemy brud i chaos przestrzenny w Śródmieściu, budy i pudła, to politycy zezwalają na stawianie ruder w samym centrum. Tym bardziej, że jeśli się nie zgodzą, to ci niezadowoleni przyjdą pod urząd i narobią hałasu.
Ale może łodzianie są rozsądni i zrozumieją trudne decyzje?
- Problem w tym, że do władzy dociera zniekształcona informacja. Zakłócona przez akcje, szumy, które tworzą ci niezadowoleni protestujący. Grupa, która poparłaby trudne, ale dalekowzroczne i konsekwentne plany miasta jest mniej widoczna. Ale można do niej dotrzeć.
Jak?
- Mamy świetny mechanizm zupełnie w Polsce nie wykorzystywany. Podczas wyborów samorządowych można przeprowadzać referenda. I pytać o kamienice, handel. Ale u nas, wiadomo: odchodzące władze nie chcą dawać ściągawki nowym kandydatom, a ci z kolei boją się takich pytań, bo potem mogą być z nich na koniec kadencji rozliczeni. I po co im to?
Kiedy można wprowadzać ostre reguły gry? Powinny to robić obecne władze z komisarzem Łodzi na czele? Czy czekać do wyborów?
- Teraz byłoby najlepiej. Czasu do wyborów nie ma wiele, ale gdyby udało się coś wypracować, to byłoby już cenne oczyszczanie przedpola dla następcy. Zwycięzca wyborów mógłby od razu zabrać się do pracy. I jeśli w dodatku będzie to ktoś, kto nie ulegnie populistom, tylko będzie wyprzedzał myślenie grup społecznych, w rozwoju Łodzi nastąpi duże przyspieszenie.
* Tadeusz Markowski jest szefem katedry zarządzania miastem i regionem Uniwersytetu Łódzkiego
Rozmowa z prof. Tadeuszem Markowskim*
Joanna Blewąska: Dlaczego władze nie rozwiązują tych problemów?
Prof. Tadeusz Markowski: Bo to wymagałoby przyjęcia jednoznacznej strategii dla miasta. Gdy taki plan jest, należy go konsekwentnie realizować. Wtedy jasne jest, że część kamienic trzeba wysiedlić, mimo uporu lokatorów. Podobnie z handlem. Należy określić, gdzie się na niego zgadzamy, a komu definitywnie odmawiamy. I wtedy nie można już balansować, działając doraźnie: wszystkim, którzy przyjdą pod urząd i pokrzyczą, coś damy, byleby ich uciszyć.
Miasto remontuje dach hali na Górniaku. Wiceprezydent Łukasz Magin zwołał konferencję i mówił, że będzie ładniej i estetyczniej. Ale zaraz potem rozmawiał ze zdenerwowaną handlarką, która na czas remontu musiała zmienić lokalizację swojego straganu. Obiecał jej, że natychmiast po remoncie wróci na front rynku ze swym rozkładanym stolikiem. I tyle o estetyce...
- Polityka w czystej formie.
A jak powinno być? Zacznijmy od handlu.
- Nie można zezwalać na przestrzenny chaos. Miasto musi określić, gdzie będą centra, a gdzie mniejsze targowiska. Handel obwoźny też jest ważny i powinno się go wprowadzać, na przykład na osiedlach. Bo on aktywizuje ludzi, ożywia pusty plac między blokami. Nie chcemy przecież, by łodzianie po świeże truskawki musieli jeździć do hipermarketów. Niech kupią je na osiedlu. Handel pod gołym niebem też jest akceptowalny - ale tylko w wyznaczonych miejscach i w zaplanowanej formie. Na pewno nie powinno być zgody na rozstawianie pudeł czy skrzynek na rogach Piłsudskiego i Kościuszki.
Co powiedziałby Pan dziś handlującym w brudnawych namiotach w sercu miasta?
- Nie oznajmiłbym: "od jutra nie wolno tu handlować". Wyjaśniłbym, że w ciągu trzech miesięcy powstanie program drobnego handlu. Wytyczone zostaną punkty, w których taki handel będzie dozwolony. Ale potem nie będzie już od tego odstępstw, handlujący będą się musieli dostosować.
Ważna będzie konsekwencja.
- Politycznie trudne. Ale nie podejmowanie takich decyzji jest najgorszą rzeczą. Przyzwyczaja ludzi do myślenia, że wszystko można wywalczyć krzykami pod urzędem miasta. Niestety, taka opinia się u nas utrwala. To problem ogólnopolski, ale w Łodzi mocno widoczny.
A co zrobić z kamienicami? W konfliktach prywatni właściciele - lokatorzy dłużnicy też trzeba na kogoś postawić?
- Na prywatnych właścicieli. Ciągle mamy piętno błędnego myślenia, że prywatny jest gorszy niż komunalny. Urzędnicy wolą mieć kontakt z nędznym zakładem budżetowym niż z przedsiębiorcą. I to jest złe.
Miasto nie ma pieniędzy na wielkie remonty - można to zrozumieć. Ale niech nie utrudnia tym, którzy chcą zmieniać wygląd miasta, podnosić jego prestiż. Biorąc przy tym na siebie ryzyko. Bo przecież to oni wyłożą na remont, a za ile potem wynajmą czy sprzedadzą lokale? Nie wiem. Ponoszą ryzyko, z którego zwolniona jest gmina.
Trzeba wysiedlić mieszkańców. Można to zrobić tuż przed wyborami samorządowymi?
- Tak. Choć oczywiście nie na bruk. Tu też kłania się brak strategii - mamy za mało mieszkań socjalnych i od lat nic się z tym nie robi. A może trzeba było stworzyć fundusz wszystkich prywatnych współwłaścicieli kamienic? Sądzę, że w ich interesie byłaby wspólna budowa tanich lokali, już nie w centrum miasta. Kamienice stałyby się wolne od dłużników. Niestety, ale jeśli marzymy o ożywieniu Śródmieścia, muszą chcieć w nim zamieszkać zamożniejsi, którzy pójdą do kina czy restauracji, wydadzą w tym centrum pieniądze.
Jak skłonić władze, by podejmowały trudne, ale ważne decyzje?
- Może to zrobić tylko wyborca. Politycy są roztropni, doskonale wyczuwają społeczny system wartości. Gdy my akceptujemy brud i chaos przestrzenny w Śródmieściu, budy i pudła, to politycy zezwalają na stawianie ruder w samym centrum. Tym bardziej, że jeśli się nie zgodzą, to ci niezadowoleni przyjdą pod urząd i narobią hałasu.
Ale może łodzianie są rozsądni i zrozumieją trudne decyzje?
- Problem w tym, że do władzy dociera zniekształcona informacja. Zakłócona przez akcje, szumy, które tworzą ci niezadowoleni protestujący. Grupa, która poparłaby trudne, ale dalekowzroczne i konsekwentne plany miasta jest mniej widoczna. Ale można do niej dotrzeć.
Jak?
- Mamy świetny mechanizm zupełnie w Polsce nie wykorzystywany. Podczas wyborów samorządowych można przeprowadzać referenda. I pytać o kamienice, handel. Ale u nas, wiadomo: odchodzące władze nie chcą dawać ściągawki nowym kandydatom, a ci z kolei boją się takich pytań, bo potem mogą być z nich na koniec kadencji rozliczeni. I po co im to?
Kiedy można wprowadzać ostre reguły gry? Powinny to robić obecne władze z komisarzem Łodzi na czele? Czy czekać do wyborów?
- Teraz byłoby najlepiej. Czasu do wyborów nie ma wiele, ale gdyby udało się coś wypracować, to byłoby już cenne oczyszczanie przedpola dla następcy. Zwycięzca wyborów mógłby od razu zabrać się do pracy. I jeśli w dodatku będzie to ktoś, kto nie ulegnie populistom, tylko będzie wyprzedzał myślenie grup społecznych, w rozwoju Łodzi nastąpi duże przyspieszenie.
* Tadeusz Markowski jest szefem katedry zarządzania miastem i regionem Uniwersytetu Łódzkiego
- 71 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
15 głosów
-
'katedry zarządzania miastem i regionem'
garnek_z_neolitu
15.07.10, 12:27
No! To mamy dowod ze Polska rzadzi kosciol! Nawet w bastionem SLD zarzadza katedra!»




