"Zdarzyło się w Łodzi": Mordował gejów na Fabrycznym
2010-05-31
, aktualizacja: 31.05.2010 14:03
W ciągu pięciu lat w Łodzi zabito siedmiu homoseksualistów. Czy po 17 latach od ostatniego morderstwa policjantom z łódzkiego "Archiwum X" uda się złapać zabójcę?
ZOBACZ TAKŻE
- Mężczyźni pobici przez chuliganów. Wracali z pracy (31-05-10, 16:03)
- Jerzy Bossak - mistrz dokumentu, współtwórca Filmówki (06-08-10, 11:44)
- Utonęły 22 harcerki. Reportaż o tragedii sprzed lat (23-07-10, 12:52)
- Rewolucyjni Mściciele. Zapomniana łódzka historia (20-01-11, 09:00)
- Sprawdź, kto chce schować dworzec Fabryczny pod ziemię (04-11-10, 09:10)
- Zdarzyło się w Łodzi. Dziennik Jehudy Lubińskiego (09-07-10, 10:57)
- Zdarzyło się w Łodzi: tragiczne juwenalia na Lumumbowie (28-06-10, 14:00)
- Kim była włókniarka, która rządziła Łodzią w PRL-u? (11-06-10, 12:08)
- Zdarzyło się w Łodzi: 1971 r. - Katedra w morzu ognia (17-05-10, 14:45)
- Legenda Ślepego Maksa - herszta i łódzkiego Janosika (03-05-10, 13:00)
- Dziewczyna z kwiatem (26-02-10, 11:23)
RAPORTY
Krzysztof Mecwaldowski pracował przed laty jako naczelnik wydziału kryminalnego w łódzkiej komendzie. Andrzej Szczepański był naczelnikiem wydziału dochodzeniowo-śledczego. Obaj próbowali rozwikłać sprawę tajemniczej serii zabójstw homoseksualistów. Bez skutku. Teraz, jako emeryci, pracują w "Archiwum X" łódzkiej komendy wojewódzkiej policji. Zajmują się rozpracowywaniem niewyjaśnionych zbrodni sprzed lat. Zabójstwa w środowisku homoseksualistów są na szczycie listy.
Wrzesień 1988 roku
Stefan W. mieszkał samotnie w starej kamienicy przy ul. Grabowej. Miał 37 lat. Jego zmasakrowane ciało znalazła sąsiadka.
- Leżał przygnieciony meblościanką. Miał związane nogi. Zginął od ciosów nożem - mówi Mecwaldowski.
Zwłoki były ubrane. Z domu znika magnetowid, aparat fotograficzny i dwa sygnety. - Czyli to, co dało się w tamtych czasach łatwo sprzedać na Górniaku - podsumowują policjanci z "Archiwum X".
Stefan W. to rencista. Utrzymuje się z drobnego handlu na Węgrzech. Wkrótce okazuje się, że W., choć samotny i bez rodziny, był bardzo towarzyski. W swoim domu przyjmował tabuny gości. Głównie tej samej płci.
Mecwaldowski: - Prześwietliliśmy krąg znajomych i od nich dowiedzieliśmy się, że miał skłonności homoseksualne i był częstym bywalcem "pikiety homoseksualnej" przy Dworcu Fabrycznym.
- Wtedy były w Łodzi dwa popularne miejsca spotkań homoseksualistów. Park Poniatowskiego w pobliżu kortów tenisowych i rejon szaletów w parku przy Dworcu Fabrycznym - opowiada Szczepański. - Tam ludzie z tego środowiska spotykali się i nawiązywali znajomości. Nawet w periodykach dla gejów można było znaleźć informację: "Jeśli jesteś w Łodzi i chcesz poznać kogoś ciekawego, przyjdź na pikietę przy Fabrycznym". Teraz są kluby i puby zorientowane na konkretnego klienta. Wtedy były pikiety.
Milicjanci byli pewni, że motyw zabójstwa Stefana W. nie był rabunkowy. Zabójca najpierw zawarł z mężczyzną znajomość, a dopiero po morderstwie postanowił wynieść z domu cenniejsze przedmioty. Funkcjonariusze sądzili, że jeśli poszukują w środowisku, które dobrze się zna, błyskawicznie trafią na trop. - Zakładaliśmy dobrą wolę i chęć współpracy łódzkich homoseksualistów. Byliśmy w błędzie - ocenia po latach Szczepański. - Śledztwo pokazało, jaka to była hermetyczna grupa. Stosunek gejów do organów ścigania był skrajnie nieufny. Oni nie byli zainteresowani współpracą, przekazywaniem nam jakichkolwiek informacji. Jeśli sami padali ofiarą rozboju, woleli to zataić, niż prosić o pomoc milicję.
W sprawie Stefana W. przesłuchano 136 osób. Bez skutku.
Sierpień 1989
Mieszkańcy bloku przy ul. Ernsta Thalmanna (obecna al. Kardynała Stefana Wyszyńskiego) czują, że z jednego z mieszkań wydobywa się trudny do zniesienia fetor. Na parapecie znajdują porzucone klucze. Otwierają drzwi. W środku znajdują rozkładające się zwłoki właściciela mieszkania - 40-letniego Jacka C. Mężczyzna jest ubrany tylko w majtki i podkoszulkę. Ręce ma związane pętlą ze sznurka pakowego, a nogi skrępowane paskiem od spodni. W czasie sekcji wychodzi na jaw, że udusił się, bo połknął knebel, czyli ścierkę kuchenną, którą ktoś zatkał mu usta. Z mieszkania ginie 14-calowy telewizor Junost i spora suma pieniędzy.
Jacek C. był geografem, przewodnikiem PTTK. Nie miał rodziny. Mieszkał sam. Był homoseksualistą.
Milicjantom nie pomagają odciski palców na kluczach, którymi prawdopodobny zabójca zamknął drzwi do mieszkania ofiary - dotykało je zbyt wielu sąsiadów.
Mecwaldowski: - Staraliśmy się odtworzyć, kto bywał w mieszkaniu Jacka C. I podobnie jak w przypadku pierwszego zabójstwa okazało się, że odwiedzały je tłumy, ruch był jak w tramwaju.
Milicjanci pytają o zamordowanego na pikiecie przy Fabrycznym. Wielu z nich znało i Stefana W., i Jacka C., w końcu obaj bywali w przydworcowym miejscu spotkań.
Milicjanci znów napotykają w środowisku homoseksualistów mur nie do przebicia.
Listopad 1989
Bogdan J. to 50-letni aktor, pracownik łódzkiej Estrady, zajmuje się prowadzeniem konferansjerki. Mieszka w wieżowcu na Teofilowie. Alarm wszczyna znajomy, który bezskutecznie próbuje skontaktować się telefonicznie z Bogdanem J. W końcu zawiadamia rodzinę, ta otwiera drzwi mieszkania. J. leży na wznak w poprzek tapczanu, wśród zakrwawionej pościeli. Ubrany w samą koszulę podciągniętą do góry. Na ciele ślady pokłuć nożem. Milicjanci ustalają później, że atak nastąpił najprawdopodobniej w czasie aktu seksualnego.
Z mieszkania ginie wiele cennych przedmiotów - w tym magnetowid Fisher, kasety, lornetka, książeczki oszczędnościowe, złoty sygnet.
Wrzesień 1988 roku
Stefan W. mieszkał samotnie w starej kamienicy przy ul. Grabowej. Miał 37 lat. Jego zmasakrowane ciało znalazła sąsiadka.
- Leżał przygnieciony meblościanką. Miał związane nogi. Zginął od ciosów nożem - mówi Mecwaldowski.
Zwłoki były ubrane. Z domu znika magnetowid, aparat fotograficzny i dwa sygnety. - Czyli to, co dało się w tamtych czasach łatwo sprzedać na Górniaku - podsumowują policjanci z "Archiwum X".
Stefan W. to rencista. Utrzymuje się z drobnego handlu na Węgrzech. Wkrótce okazuje się, że W., choć samotny i bez rodziny, był bardzo towarzyski. W swoim domu przyjmował tabuny gości. Głównie tej samej płci.
Mecwaldowski: - Prześwietliliśmy krąg znajomych i od nich dowiedzieliśmy się, że miał skłonności homoseksualne i był częstym bywalcem "pikiety homoseksualnej" przy Dworcu Fabrycznym.
- Wtedy były w Łodzi dwa popularne miejsca spotkań homoseksualistów. Park Poniatowskiego w pobliżu kortów tenisowych i rejon szaletów w parku przy Dworcu Fabrycznym - opowiada Szczepański. - Tam ludzie z tego środowiska spotykali się i nawiązywali znajomości. Nawet w periodykach dla gejów można było znaleźć informację: "Jeśli jesteś w Łodzi i chcesz poznać kogoś ciekawego, przyjdź na pikietę przy Fabrycznym". Teraz są kluby i puby zorientowane na konkretnego klienta. Wtedy były pikiety.
Milicjanci byli pewni, że motyw zabójstwa Stefana W. nie był rabunkowy. Zabójca najpierw zawarł z mężczyzną znajomość, a dopiero po morderstwie postanowił wynieść z domu cenniejsze przedmioty. Funkcjonariusze sądzili, że jeśli poszukują w środowisku, które dobrze się zna, błyskawicznie trafią na trop. - Zakładaliśmy dobrą wolę i chęć współpracy łódzkich homoseksualistów. Byliśmy w błędzie - ocenia po latach Szczepański. - Śledztwo pokazało, jaka to była hermetyczna grupa. Stosunek gejów do organów ścigania był skrajnie nieufny. Oni nie byli zainteresowani współpracą, przekazywaniem nam jakichkolwiek informacji. Jeśli sami padali ofiarą rozboju, woleli to zataić, niż prosić o pomoc milicję.
W sprawie Stefana W. przesłuchano 136 osób. Bez skutku.
Sierpień 1989
Mieszkańcy bloku przy ul. Ernsta Thalmanna (obecna al. Kardynała Stefana Wyszyńskiego) czują, że z jednego z mieszkań wydobywa się trudny do zniesienia fetor. Na parapecie znajdują porzucone klucze. Otwierają drzwi. W środku znajdują rozkładające się zwłoki właściciela mieszkania - 40-letniego Jacka C. Mężczyzna jest ubrany tylko w majtki i podkoszulkę. Ręce ma związane pętlą ze sznurka pakowego, a nogi skrępowane paskiem od spodni. W czasie sekcji wychodzi na jaw, że udusił się, bo połknął knebel, czyli ścierkę kuchenną, którą ktoś zatkał mu usta. Z mieszkania ginie 14-calowy telewizor Junost i spora suma pieniędzy.
Jacek C. był geografem, przewodnikiem PTTK. Nie miał rodziny. Mieszkał sam. Był homoseksualistą.
Milicjantom nie pomagają odciski palców na kluczach, którymi prawdopodobny zabójca zamknął drzwi do mieszkania ofiary - dotykało je zbyt wielu sąsiadów.
Mecwaldowski: - Staraliśmy się odtworzyć, kto bywał w mieszkaniu Jacka C. I podobnie jak w przypadku pierwszego zabójstwa okazało się, że odwiedzały je tłumy, ruch był jak w tramwaju.
Milicjanci pytają o zamordowanego na pikiecie przy Fabrycznym. Wielu z nich znało i Stefana W., i Jacka C., w końcu obaj bywali w przydworcowym miejscu spotkań.
Milicjanci znów napotykają w środowisku homoseksualistów mur nie do przebicia.
Listopad 1989
Bogdan J. to 50-letni aktor, pracownik łódzkiej Estrady, zajmuje się prowadzeniem konferansjerki. Mieszka w wieżowcu na Teofilowie. Alarm wszczyna znajomy, który bezskutecznie próbuje skontaktować się telefonicznie z Bogdanem J. W końcu zawiadamia rodzinę, ta otwiera drzwi mieszkania. J. leży na wznak w poprzek tapczanu, wśród zakrwawionej pościeli. Ubrany w samą koszulę podciągniętą do góry. Na ciele ślady pokłuć nożem. Milicjanci ustalają później, że atak nastąpił najprawdopodobniej w czasie aktu seksualnego.
Z mieszkania ginie wiele cennych przedmiotów - w tym magnetowid Fisher, kasety, lornetka, książeczki oszczędnościowe, złoty sygnet.
Gdy okazuje się, że Bogdan J. był homoseksualistą, milicjanci znów trafiają w okolice Dworca Fabrycznego. Tym razem mają więcej szczęścia, bo jeden z bywalców pikiety w wieczór zabójstwa widział Bogdana J. w towarzystwie nowo poznanego partnera.
Mecwaldowski: - Nasz świadek był wtedy z J. na imprezie. Gdy wracali, na przystanku autobusowym spotkali młodego mężczyznę, który Bogdanowi J. wpadł w oko. Był to młodzieniec o wyglądzie cherubinka. Taki blondynek z loczkami. Bogdan J. zagaił rozmowę, wkrótce zabrał "cherubinka" ze sobą i odjechał nocnym autobusem, najprawdopodobniej do swojego mieszkania. Wtedy świadek po raz ostatni widział go żywego.
Milicjanci przesłuchują 71 osób, głównie ze środowiska homoseksualnego. Nie udaje się natrafić na ślad "cherubinka".
Marzec 1990
Ulica Gładka na Chojnach. Z mieszkania wydobywa się nieprzyjemna woń. Zaniepokojona sąsiadka naciska na klamkę. Drzwi nie są zamknięte. Na podłodze w pokoju leżą nagie zwłoki w stanie rozkładu. To 41-letni Andrzeja S. Na ciele ma liczne rany od ciosów zadanych nożem kuchennym. Narzędzie zbrodni leży obok.
Szczepański: - To wskazuje, że zabójca nie przyszedł w odwiedziny z zamiarem popełnienia zbrodni, nie przygotowywał się do tego. W chwili wzburzenia złapał to, co było pod ręką, czyli właśnie kuchenny nóż.
Z mieszkania znika telewizor marki Royal, trzy męskie koszule, polskie pieniądze i dziesięć funtów.
Andrzej S. to rencista, stały bywalec pikiety przy Fabrycznym. Stróże prawa znajdują w mieszkaniu denata notes z telefonami i adresami do dziesiątek mężczyzn. - To była mrówcza praca. Do wszystkich tych ludzi musieliśmy dotrzeć i próbować wydobyć informacje o związkach z zamordowanym - mówi Szczepański. - Pytaliśmy, z kim się spotykał, jakie miał zwyczaje, jakie znajomości nawiązał w ostatnich tygodniach życia.
Wielu świadków milicjanci znają już ze spraw poprzednich zabójstw. Znów nikt ze znajomych nie potrafi lub nie chce pomóc im w dotarciu do zabójcy.
Mecwaldowski: - Najpierw musieliśmy długo przekonywać, żeby w ogóle zechcieli powiedzieć nam cokolwiek. Później mówili: znałem, bywałem, zmarły znał jeszcze "iksa" i "igreka". Tyle. Byli szalenie powściągliwi i zdystansowani, starali się jak najmniej opowiadać o sobie.
Funkcjonariusze przesłuchują 269 osób. W odkryciu sprawcy zabójstwa nie posuwają się ani krok do przodu.
Lipiec 1990
41-letni rolnik rozwiódł się i dzieli dom pod Łodzią z rodzicami. Ma oddzielne wejście. Odgłosy jego spotkania z zabójcą słyszy matka przebywająca tego wieczoru w domu. Policjantom powie później, że słyszała hałas imprezy. Takiej, jakie mężczyzna organizował dość często z gośćmi, którzy przyjeżdżali do niego (albo sam ich przywoził) z pikiety przy Fabrycznym w Łodzi.
W dniu śmierci Jakub M. jest widziany w swoim samochodzie dostawczym. Autostopowicz, którego zabiera do Łodzi, pamięta, że kierowca jechał na Dworzec Fabryczny. Jakub M. przywozi stamtąd do domu partnera. Po wspólnej nocy M. odwozi swego towarzysza, prawdopodobnie na dworzec. Samochód zostaje odnaleziony w lasku w pobliżu jego domu. On sam też - martwy, nagi, przykryty ściółką. Zmarł wskutek uduszenia. Prawdopodobnie zabójca przykrywał mu dłonią usta i nos tak długo, aż Jakub M. przestał oddychać.
- Sytuacja była niezwykła, bo matka zamordowanego słyszała zabójcę swego syna, ale go nie widziała - mówi Mecwaldowski. - Mieliśmy nadzieję, że ślady, jakie zostały po libacji, pomogą nam znaleźć właściwy trop. Nic z tego. Matka Jakuba M. wstała rano i posprzątała pokój syna. Straciliśmy bezcenne źródło informacji.
Funkcjonariusze docierają do kilkudziesięciu osób, które znały zamordowanego. Tak - bywał na pikiecie. Nie - nikt nie widział, z kim odjeżdżał do domu w ostatni wieczór swego życia.
W ubiegłym roku przedstawiciele "Archiwum X" odwiedzili dom Jakuba M. Choć od jego śmierci mija 20 lat, jego brat żyje nadzieją, że zabójca zostanie odnaleziony i ukarany. - Ten człowiek przechowuje wycinki z gazet na temat tamtych zbrodni, prowadził nawet na własną rękę śledztwo- opowiada Szczepański. - Nie udało mu się dotrzeć dalej niż nam. A my na ślad zabójcy nie trafiliśmy.
Mecwaldowski: - W ubiegłym roku zaapelowaliśmy za pośrednictwem mediów, aby zgłaszali się świadkowie tamtych zdarzeń. I zgłosił się tylko brat Jakuba M.
Luty 1992 rok
48-letni Jan D. prowadzi niedużą smażalnię przy ulicy Kilińskiego. Mieszka w domu w Łagiewnikach i wynajmuje pokoje pracownikom, których zatrudnia. To głównie młodzi mężczyźni.
Mecwaldowski: - Nasz świadek był wtedy z J. na imprezie. Gdy wracali, na przystanku autobusowym spotkali młodego mężczyznę, który Bogdanowi J. wpadł w oko. Był to młodzieniec o wyglądzie cherubinka. Taki blondynek z loczkami. Bogdan J. zagaił rozmowę, wkrótce zabrał "cherubinka" ze sobą i odjechał nocnym autobusem, najprawdopodobniej do swojego mieszkania. Wtedy świadek po raz ostatni widział go żywego.
Milicjanci przesłuchują 71 osób, głównie ze środowiska homoseksualnego. Nie udaje się natrafić na ślad "cherubinka".
Marzec 1990
Ulica Gładka na Chojnach. Z mieszkania wydobywa się nieprzyjemna woń. Zaniepokojona sąsiadka naciska na klamkę. Drzwi nie są zamknięte. Na podłodze w pokoju leżą nagie zwłoki w stanie rozkładu. To 41-letni Andrzeja S. Na ciele ma liczne rany od ciosów zadanych nożem kuchennym. Narzędzie zbrodni leży obok.
Szczepański: - To wskazuje, że zabójca nie przyszedł w odwiedziny z zamiarem popełnienia zbrodni, nie przygotowywał się do tego. W chwili wzburzenia złapał to, co było pod ręką, czyli właśnie kuchenny nóż.
Z mieszkania znika telewizor marki Royal, trzy męskie koszule, polskie pieniądze i dziesięć funtów.
Andrzej S. to rencista, stały bywalec pikiety przy Fabrycznym. Stróże prawa znajdują w mieszkaniu denata notes z telefonami i adresami do dziesiątek mężczyzn. - To była mrówcza praca. Do wszystkich tych ludzi musieliśmy dotrzeć i próbować wydobyć informacje o związkach z zamordowanym - mówi Szczepański. - Pytaliśmy, z kim się spotykał, jakie miał zwyczaje, jakie znajomości nawiązał w ostatnich tygodniach życia.
Wielu świadków milicjanci znają już ze spraw poprzednich zabójstw. Znów nikt ze znajomych nie potrafi lub nie chce pomóc im w dotarciu do zabójcy.
Mecwaldowski: - Najpierw musieliśmy długo przekonywać, żeby w ogóle zechcieli powiedzieć nam cokolwiek. Później mówili: znałem, bywałem, zmarły znał jeszcze "iksa" i "igreka". Tyle. Byli szalenie powściągliwi i zdystansowani, starali się jak najmniej opowiadać o sobie.
Funkcjonariusze przesłuchują 269 osób. W odkryciu sprawcy zabójstwa nie posuwają się ani krok do przodu.
Lipiec 1990
41-letni rolnik rozwiódł się i dzieli dom pod Łodzią z rodzicami. Ma oddzielne wejście. Odgłosy jego spotkania z zabójcą słyszy matka przebywająca tego wieczoru w domu. Policjantom powie później, że słyszała hałas imprezy. Takiej, jakie mężczyzna organizował dość często z gośćmi, którzy przyjeżdżali do niego (albo sam ich przywoził) z pikiety przy Fabrycznym w Łodzi.
W dniu śmierci Jakub M. jest widziany w swoim samochodzie dostawczym. Autostopowicz, którego zabiera do Łodzi, pamięta, że kierowca jechał na Dworzec Fabryczny. Jakub M. przywozi stamtąd do domu partnera. Po wspólnej nocy M. odwozi swego towarzysza, prawdopodobnie na dworzec. Samochód zostaje odnaleziony w lasku w pobliżu jego domu. On sam też - martwy, nagi, przykryty ściółką. Zmarł wskutek uduszenia. Prawdopodobnie zabójca przykrywał mu dłonią usta i nos tak długo, aż Jakub M. przestał oddychać.
- Sytuacja była niezwykła, bo matka zamordowanego słyszała zabójcę swego syna, ale go nie widziała - mówi Mecwaldowski. - Mieliśmy nadzieję, że ślady, jakie zostały po libacji, pomogą nam znaleźć właściwy trop. Nic z tego. Matka Jakuba M. wstała rano i posprzątała pokój syna. Straciliśmy bezcenne źródło informacji.
Funkcjonariusze docierają do kilkudziesięciu osób, które znały zamordowanego. Tak - bywał na pikiecie. Nie - nikt nie widział, z kim odjeżdżał do domu w ostatni wieczór swego życia.
W ubiegłym roku przedstawiciele "Archiwum X" odwiedzili dom Jakuba M. Choć od jego śmierci mija 20 lat, jego brat żyje nadzieją, że zabójca zostanie odnaleziony i ukarany. - Ten człowiek przechowuje wycinki z gazet na temat tamtych zbrodni, prowadził nawet na własną rękę śledztwo- opowiada Szczepański. - Nie udało mu się dotrzeć dalej niż nam. A my na ślad zabójcy nie trafiliśmy.
Mecwaldowski: - W ubiegłym roku zaapelowaliśmy za pośrednictwem mediów, aby zgłaszali się świadkowie tamtych zdarzeń. I zgłosił się tylko brat Jakuba M.
Luty 1992 rok
48-letni Jan D. prowadzi niedużą smażalnię przy ulicy Kilińskiego. Mieszka w domu w Łagiewnikach i wynajmuje pokoje pracownikom, których zatrudnia. To głównie młodzi mężczyźni.
Właśnie jeden z nich znajduje martwego gospodarza. Mężczyzna leży na dywanie. Ma na sobie koszulkę i opuszczone do połowy ud kalesony. Głowę obwiązano mu przewodem elektrycznym. Jest zmasakrowany - ma połamany nos i rany tłuczone czaszki, które spowodowały zgon. Po śmierci przykryto go kołdrą i poduszkami. Zabójca próbował je podpalić, ale ogień się nie rozprzestrzenił i tylko trochę zniszczył pościel.
Z mieszkania ginie magnetowid Sanyo i notatnik, w którym Jan D. zapisywał adresy, telefony i terminy spotkań z przyjaciółmi. Byli to głównie mężczyźni.
Dzień przed śmiercią Jana D. sąsiadka widzi wychodzącego z jego mieszkania młodego mężczyznę o miłej powierzchowności - blondyna z pofalowanymi włosami, dobrze ubranego. Do dziś nie wiadomo, czy miał on coś wspólnego z zabójstwem. Opis tajemniczego młodzieńca przypomina policjantom postać "cherubinka". Tego, którego w listopadzie 1989 roku Bogdan J. poznaje na przystanku autobusowym i zaprasza do mieszkania. Na ostatnią, jak się później okazało, imprezę. Tożsamości mężczyzny nigdy nie udało się ustalić. Na ślad nie naprowadziły policjantów także rozmowy z bliższymi i dalszymi znajomymi Jana D., w tym także z gośćmi przydworcowej pikiety.
Lipiec 1993
Na pikiecie pojawia się biednie ubrany młodzieniec. Nowym szybko interesuje się homoseksualista w średnim wieku. Chłopak przedstawia się jako Roman. Mówi, że ma 26 lat, mieszka z matką przy ul. Rzgowskiej i pracuje w łódzkich zakładach przemysłu bawełnianego Eskimo.
Mężczyzna spędza z Romanem wieczór w swoim mieszkaniu (policjantom mówi później, że młodzieniec był obeznany z praktykami seksualnymi), a później odprowadza na przystanek autobusu nocnego. Policjanci podejrzewają, że zaskoczył Romana tym, iż nie zaproponował mu noclegu i najprawdopodobniej tylko dzięki temu uszedł z życiem. Roman wygląda na łodzianina, bo doskonale orientuje się w rozkładzie jazdy autobusów. Kierowca nocnego autobusu, do którego docierają później policjanci, pamięta, jak młody mężczyzna czule żegnał się ze starszym, a później wsiadł do autobusu i jechał aż do okolic Uniwersalu.
Mężczyźnie było z Romanem na tyle dobrze, że umówił się z nim następnego dnia na pikiecie. Zabrał go stamtąd do swego przyjaciela Kazimierza K.
Kazimierz K. ma 62 lata, jest emerytem i mieszka przy ul. Konstytucyjnej. Stamtąd idą na imieniny do znajomej. Oprócz nich w imprezie uczestniczą jeszcze cztery kobiety i mężczyzna. Panie opowiadają później policjantom, że Roman był mrukiem. Nieśmiały wobec kobiet, nie chciał tańczyć, był mało atrakcyjny towarzysko. Ale Kazimierzowi K. się spodobał. Gdy impreza imieninowa dobiega końca, Roman zaprasza go do swojego mieszkania.
Tam dochodzi do zbrodni. Kazimierz K. z tyłu głowy ma rany zadane tępym narzędziem, złamany nos, rozerwane nozdrza, naderwane ucho, otarcia, sińce. Lekarz sądowy stwierdza, że zginął przez uduszenie. Skradziono radiomagnetofon Osaka, skórzane kurtki - jedna brązowa, druga z granatowych łatek, a także nóż kuchenny. Ginie też słuch o Romanie.
Świadkowie bardzo dokładnie opisują młodzieńca, podają sporo znaków charakterystycznych. Wszyscy pamiętają, że Roman miał wytatuowaną kropkę na grdyce (w więziennym słowniku może to oznaczać "pijak") i drugą - w zewnętrznym kąciku oka (dla wtajemniczonych - "męska dziwka"). Mężczyzna to ciemny blondyn, wygląda na 27 lat, ma ok. 176-178 centymetrów wzrostu. Na lewej dłoni pozostał mu ślad po tatuażu, który ktoś nieumiejętnie próbował usunąć. Ma uszkodzony, trochę wykrzywiony mały palec prawej ręki.
Zapamiętano go jako biednie ubranego (mimo bardzo ładnej pogody miał zbyt ciepłe obuwie z cholewkami). Nie miał pieniędzy - pożyczał nawet na bilet i na papierosy.
Zabójca podany jak na tacy - myślą policjanci.
Szczepański: - Mieliśmy bardzo dużo informacji i portret pamięciowy. Widziało go sześć osób. Ale Roman zapadł się pod ziemię.
Policjanci ruszyli więc do Eskimo (gdzie Roman miał być zatrudniony). - Pracowało tam ponad 4 tysiące osób. Przejrzeliśmy tony dokumentów. Romanów odpowiadających wiekiem było kilkunastu - opowiada Szczepański. - Zakładaliśmy oczywiście, że mężczyzna podał nieprawdziwe imię, więc szukaliśmy też nie-Romanów, którzy byli w podobnym wieku. Takich pracowników Eskimo miało kilkudziesięciu. Ten trop doprowadził donikąd.
Wtedy policjanci wzięli się za zakłady poprawcze i zakłady karne, bo podejrzewali, że Roman mógł być podopiecznym któregoś z nich. Te działania także nie przyniosły skutków.
Nie pomogło też publikowanie w lokalnych i ogólnopolskich mediach oraz periodykach dla homoseksualistów portretu Romana.
Mecwaldowski: - Nikt się nie zgłosił z najdrobniejszą nawet informacją.
Ślad Romana pojawił się jeszcze tylko jeden raz. - Mniej więcej rok po zabójstwie Kazimierza K. widział go przyjaciel zamordowanego, ten sam, który przedstawił go Kazimierzowi - opowiada Mecwaldowski. - Roman siedział w samochodzie. Świadek nie zdążył nawet zapisać numerów rejestracyjnych.
Kim był zabójca?
W łódzkich gazetach próżno było szukać śladów informacji o brutalnych zabójstwach. Policja poprosiła o pomoc media dopiero po ostatnim, siódmym zabójstwie. Nie było nawet mowy o tym, by sugerować, że w Łodzi działał seryjny morderca homoseksualistów.
Z mieszkania ginie magnetowid Sanyo i notatnik, w którym Jan D. zapisywał adresy, telefony i terminy spotkań z przyjaciółmi. Byli to głównie mężczyźni.
Dzień przed śmiercią Jana D. sąsiadka widzi wychodzącego z jego mieszkania młodego mężczyznę o miłej powierzchowności - blondyna z pofalowanymi włosami, dobrze ubranego. Do dziś nie wiadomo, czy miał on coś wspólnego z zabójstwem. Opis tajemniczego młodzieńca przypomina policjantom postać "cherubinka". Tego, którego w listopadzie 1989 roku Bogdan J. poznaje na przystanku autobusowym i zaprasza do mieszkania. Na ostatnią, jak się później okazało, imprezę. Tożsamości mężczyzny nigdy nie udało się ustalić. Na ślad nie naprowadziły policjantów także rozmowy z bliższymi i dalszymi znajomymi Jana D., w tym także z gośćmi przydworcowej pikiety.
Lipiec 1993
Na pikiecie pojawia się biednie ubrany młodzieniec. Nowym szybko interesuje się homoseksualista w średnim wieku. Chłopak przedstawia się jako Roman. Mówi, że ma 26 lat, mieszka z matką przy ul. Rzgowskiej i pracuje w łódzkich zakładach przemysłu bawełnianego Eskimo.
Mężczyzna spędza z Romanem wieczór w swoim mieszkaniu (policjantom mówi później, że młodzieniec był obeznany z praktykami seksualnymi), a później odprowadza na przystanek autobusu nocnego. Policjanci podejrzewają, że zaskoczył Romana tym, iż nie zaproponował mu noclegu i najprawdopodobniej tylko dzięki temu uszedł z życiem. Roman wygląda na łodzianina, bo doskonale orientuje się w rozkładzie jazdy autobusów. Kierowca nocnego autobusu, do którego docierają później policjanci, pamięta, jak młody mężczyzna czule żegnał się ze starszym, a później wsiadł do autobusu i jechał aż do okolic Uniwersalu.
Mężczyźnie było z Romanem na tyle dobrze, że umówił się z nim następnego dnia na pikiecie. Zabrał go stamtąd do swego przyjaciela Kazimierza K.
Kazimierz K. ma 62 lata, jest emerytem i mieszka przy ul. Konstytucyjnej. Stamtąd idą na imieniny do znajomej. Oprócz nich w imprezie uczestniczą jeszcze cztery kobiety i mężczyzna. Panie opowiadają później policjantom, że Roman był mrukiem. Nieśmiały wobec kobiet, nie chciał tańczyć, był mało atrakcyjny towarzysko. Ale Kazimierzowi K. się spodobał. Gdy impreza imieninowa dobiega końca, Roman zaprasza go do swojego mieszkania.
Tam dochodzi do zbrodni. Kazimierz K. z tyłu głowy ma rany zadane tępym narzędziem, złamany nos, rozerwane nozdrza, naderwane ucho, otarcia, sińce. Lekarz sądowy stwierdza, że zginął przez uduszenie. Skradziono radiomagnetofon Osaka, skórzane kurtki - jedna brązowa, druga z granatowych łatek, a także nóż kuchenny. Ginie też słuch o Romanie.
Świadkowie bardzo dokładnie opisują młodzieńca, podają sporo znaków charakterystycznych. Wszyscy pamiętają, że Roman miał wytatuowaną kropkę na grdyce (w więziennym słowniku może to oznaczać "pijak") i drugą - w zewnętrznym kąciku oka (dla wtajemniczonych - "męska dziwka"). Mężczyzna to ciemny blondyn, wygląda na 27 lat, ma ok. 176-178 centymetrów wzrostu. Na lewej dłoni pozostał mu ślad po tatuażu, który ktoś nieumiejętnie próbował usunąć. Ma uszkodzony, trochę wykrzywiony mały palec prawej ręki.
Zapamiętano go jako biednie ubranego (mimo bardzo ładnej pogody miał zbyt ciepłe obuwie z cholewkami). Nie miał pieniędzy - pożyczał nawet na bilet i na papierosy.
Zabójca podany jak na tacy - myślą policjanci.
Szczepański: - Mieliśmy bardzo dużo informacji i portret pamięciowy. Widziało go sześć osób. Ale Roman zapadł się pod ziemię.
Policjanci ruszyli więc do Eskimo (gdzie Roman miał być zatrudniony). - Pracowało tam ponad 4 tysiące osób. Przejrzeliśmy tony dokumentów. Romanów odpowiadających wiekiem było kilkunastu - opowiada Szczepański. - Zakładaliśmy oczywiście, że mężczyzna podał nieprawdziwe imię, więc szukaliśmy też nie-Romanów, którzy byli w podobnym wieku. Takich pracowników Eskimo miało kilkudziesięciu. Ten trop doprowadził donikąd.
Wtedy policjanci wzięli się za zakłady poprawcze i zakłady karne, bo podejrzewali, że Roman mógł być podopiecznym któregoś z nich. Te działania także nie przyniosły skutków.
Nie pomogło też publikowanie w lokalnych i ogólnopolskich mediach oraz periodykach dla homoseksualistów portretu Romana.
Mecwaldowski: - Nikt się nie zgłosił z najdrobniejszą nawet informacją.
Ślad Romana pojawił się jeszcze tylko jeden raz. - Mniej więcej rok po zabójstwie Kazimierza K. widział go przyjaciel zamordowanego, ten sam, który przedstawił go Kazimierzowi - opowiada Mecwaldowski. - Roman siedział w samochodzie. Świadek nie zdążył nawet zapisać numerów rejestracyjnych.
Kim był zabójca?
W łódzkich gazetach próżno było szukać śladów informacji o brutalnych zabójstwach. Policja poprosiła o pomoc media dopiero po ostatnim, siódmym zabójstwie. Nie było nawet mowy o tym, by sugerować, że w Łodzi działał seryjny morderca homoseksualistów.
"Dziennik Łódzki" donosił 16 lipca 1993 roku: "W niedzielę, 11 lipca, w Łodzi przy ul. Konstytucyjnej 5 dokonano brutalnego zabójstwa. We własnym mieszkaniu został zamordowany mężczyzna. Na podstawie zeznań świadków sporządzono portret pamięciowy zabójcy. Osoby, które na podstawie rysopisu i zamieszczonego portretu pamięciowego mogą pomóc w identyfikacji sprawcy zabójstwa, proszone są o kontakt telefoniczny lub osobisty z komendą...".
Tego samego dnia na prośbę policji podobny komunikat z portretem pamięciowym drukuje "Express Ilustrowany".
Rysopis pokrywa się z tym, co policjantom powiedzieli świadkowie. Tak więc tajemniczy zabójca miał według policji mieć około 27 lat (dziś miałby więc 44-45). Był dość wysoki (178 cm), oczy piwne, ciemnoblond włosy czesane na bok. Miał też znaki charakterystyczne: przy lewym oku wytatuowaną niebieską kropkę noszącą ślady usuwania. Drugą niebieską kropkę miał wytatuowaną na krtani. I na palcach lewej dłoni jakieś fragmenty tatuażu, niewyraźne litery także noszące ślady usuwania. To wszystko, co o nim wiemy.
- Ta czarna seria nie miała precedensu. Owszem, w kraju zdarzały się morderstwa, w których ginęły osoby o homoseksualnej orientacji. Pojedyncze zabójstwa zdarzały się na przykład w Warszawie lub Olsztynie i zatrzymywano sprawców - wspomina Mecwaldowski. - Za każdym razem dokładnie sprawdzaliśmy, czy tamci zabójcy mieli coś wspólnego z łódzkimi morderstwami. I wychodziło na to, że nie, bo albo posiadali żelazne alibi, albo w chwili, gdy ginęli łodzianie, siedzieli w więzieniach.
Dlaczego zabijał?
Mecwaldowski i Szczepański przyznają, że nierozwikłana zagadka zabójstw homoseksualistów do dziś spędza im sen z powiek. Przesłuchano ponad 380 osób, sprawdzano zakłady poprawcze, przeszukano dom po domu i mieszkanie po mieszkaniu na ulicy, przy której wysiadł z nocnego autobusu Roman. Wreszcie sporządzono nowy, bardziej szczegółowy od poprzedniego portret pamięciowy. Świadkowie, którym go pokazano, stwierdzili zgodnie: tak właśnie wyglądał Roman. Ale mimo że portret na prośbę łódzkiej policji trafił do gazet w całej Polsce, nie udało się trafić na trop młodego mężczyzny.
- To była kolosalna praca wykonana przez milicję, a potem policję. I zero efektów - wzdycha Szczepański. - Nie wiemy nawet, czy we wszystkich tych przypadkach był to ten sam zabójca.
Dlaczego zabijał?
- Niewykluczone, że to była osoba, na którą bardzo źle działał alkohol - mówi Mecwaldowski. - Pozostałości po alkoholowych libacjach znajdowaliśmy po każdym morderstwie. Może zabójca robił się agresywny, gdy wypił za dużo? A może nienawidził homoseksualistów? W niektórych przypadkach do zabójstwa dochodziło tuż po stosunku.
To najbardziej prawdopodobna hipoteza. Przyjaciel ostatniego z zamordowanych (to on przyszedł z Romanem na imprezę do Kazimierza K.) zeznał później policjantom: - Gdy go pochwaliłem, że... no taki młody, a taki już doświadczony, powiedział mi, że robi to od lat. Powiedział mi, że gdy miał 15 lat, zgwałcił go wychowawca z poprawczaka.
Szczepański: - A może po prostu nie akceptował swojej orientacji seksualnej? Już się chyba tego nigdy nie dowiemy.
Na morderstwie z 1993 roku seria zabójstw łódzkich homoseksualistów nagle się skończyła. Czy zabójca wyjechał z Łodzi? Umarł? Tego do dziś nie wiadomo. Ta ostatnia hipoteza jest najbardziej prawdopodobna. Na AIDS zmarł bowiem mężczyzna, który z Romanem uprawiał seks, zanim poznał go z Kazimierzem K. Jego ostatnią ofiarą.
Maj 2010
Waldemar, emerytowany architekt, niechętnie wspomina czasy przed 20 lat. - Ja nie pikietowałem pod Dworcem Fabrycznym. Pikietowanie to było ciągłe chodzenie pod dworcem czy w parku obok. Ryzykowne, ale ten zwyczaj istniał od lat. Nie było przecież internetu, serwisów randkowych, gazet. Wszystko było ryzykowne, nikt właściwie nie wiedział, jak kogoś nowego poznać, więc od pikiety trzeba było zacząć. Potem można było się już spotykać w domach, dzwonić, o ile ktoś miał telefon. Nie dziwię się, że nikt ze środowiska nie chciał o tych zbrodniach rozmawiać z milicją. Gardzili nami, często zdarzało się, że zatrzymywali homoseksualistów w parku Poniatowskiego pod Falą i w Lunaparku tylko po to, żeby sprawdzić, kim jesteśmy z zawodu. Mieli też obowiązek informować o nas Służbę Bezpieczeństwa. Dwóch moich znajomych było potem przez SB szantażowanych, zmuszonych do współpracy. Zawsze byliśmy dla nich łakomym kąskiem.
Po pierwszych zabójstwach był wielki strach. Wiem, że wielu z naszych przeniosło się wtedy do parku Poniatowskiego i pod Falę. Skoro pod Fabrycznym grasował morderca, nie chcieli ryzykować spotkania z kimś takim.
Większość była przekonana, że tych zabójstw nie mógł dokonać homoseksualista, tylko luj. Luj to w naszym slangu heteroseksualista, na którego się polowało. Tak zwana męska hołotka, jakiś pijany byczek śpiący w parku na ławce albo chłopak, który chciał parę groszy dorobić i kręcił się pod dworcem. Oni doskonale wiedzieli, po co tam przychodzą. Nienawidzili nas, ale przychodzili. Trzeba ich było gdzieś zabrać na piwo, choć najczęściej zamawiali wódkę, by się spić i potem nic nie pamiętać. Czasami dostawali ataku agresji, bili, rabowali. Nie tylko w Łodzi przecież
Tego samego dnia na prośbę policji podobny komunikat z portretem pamięciowym drukuje "Express Ilustrowany".
Rysopis pokrywa się z tym, co policjantom powiedzieli świadkowie. Tak więc tajemniczy zabójca miał według policji mieć około 27 lat (dziś miałby więc 44-45). Był dość wysoki (178 cm), oczy piwne, ciemnoblond włosy czesane na bok. Miał też znaki charakterystyczne: przy lewym oku wytatuowaną niebieską kropkę noszącą ślady usuwania. Drugą niebieską kropkę miał wytatuowaną na krtani. I na palcach lewej dłoni jakieś fragmenty tatuażu, niewyraźne litery także noszące ślady usuwania. To wszystko, co o nim wiemy.
- Ta czarna seria nie miała precedensu. Owszem, w kraju zdarzały się morderstwa, w których ginęły osoby o homoseksualnej orientacji. Pojedyncze zabójstwa zdarzały się na przykład w Warszawie lub Olsztynie i zatrzymywano sprawców - wspomina Mecwaldowski. - Za każdym razem dokładnie sprawdzaliśmy, czy tamci zabójcy mieli coś wspólnego z łódzkimi morderstwami. I wychodziło na to, że nie, bo albo posiadali żelazne alibi, albo w chwili, gdy ginęli łodzianie, siedzieli w więzieniach.
Dlaczego zabijał?
Mecwaldowski i Szczepański przyznają, że nierozwikłana zagadka zabójstw homoseksualistów do dziś spędza im sen z powiek. Przesłuchano ponad 380 osób, sprawdzano zakłady poprawcze, przeszukano dom po domu i mieszkanie po mieszkaniu na ulicy, przy której wysiadł z nocnego autobusu Roman. Wreszcie sporządzono nowy, bardziej szczegółowy od poprzedniego portret pamięciowy. Świadkowie, którym go pokazano, stwierdzili zgodnie: tak właśnie wyglądał Roman. Ale mimo że portret na prośbę łódzkiej policji trafił do gazet w całej Polsce, nie udało się trafić na trop młodego mężczyzny.
- To była kolosalna praca wykonana przez milicję, a potem policję. I zero efektów - wzdycha Szczepański. - Nie wiemy nawet, czy we wszystkich tych przypadkach był to ten sam zabójca.
Dlaczego zabijał?
- Niewykluczone, że to była osoba, na którą bardzo źle działał alkohol - mówi Mecwaldowski. - Pozostałości po alkoholowych libacjach znajdowaliśmy po każdym morderstwie. Może zabójca robił się agresywny, gdy wypił za dużo? A może nienawidził homoseksualistów? W niektórych przypadkach do zabójstwa dochodziło tuż po stosunku.
To najbardziej prawdopodobna hipoteza. Przyjaciel ostatniego z zamordowanych (to on przyszedł z Romanem na imprezę do Kazimierza K.) zeznał później policjantom: - Gdy go pochwaliłem, że... no taki młody, a taki już doświadczony, powiedział mi, że robi to od lat. Powiedział mi, że gdy miał 15 lat, zgwałcił go wychowawca z poprawczaka.
Szczepański: - A może po prostu nie akceptował swojej orientacji seksualnej? Już się chyba tego nigdy nie dowiemy.
Na morderstwie z 1993 roku seria zabójstw łódzkich homoseksualistów nagle się skończyła. Czy zabójca wyjechał z Łodzi? Umarł? Tego do dziś nie wiadomo. Ta ostatnia hipoteza jest najbardziej prawdopodobna. Na AIDS zmarł bowiem mężczyzna, który z Romanem uprawiał seks, zanim poznał go z Kazimierzem K. Jego ostatnią ofiarą.
Maj 2010
Waldemar, emerytowany architekt, niechętnie wspomina czasy przed 20 lat. - Ja nie pikietowałem pod Dworcem Fabrycznym. Pikietowanie to było ciągłe chodzenie pod dworcem czy w parku obok. Ryzykowne, ale ten zwyczaj istniał od lat. Nie było przecież internetu, serwisów randkowych, gazet. Wszystko było ryzykowne, nikt właściwie nie wiedział, jak kogoś nowego poznać, więc od pikiety trzeba było zacząć. Potem można było się już spotykać w domach, dzwonić, o ile ktoś miał telefon. Nie dziwię się, że nikt ze środowiska nie chciał o tych zbrodniach rozmawiać z milicją. Gardzili nami, często zdarzało się, że zatrzymywali homoseksualistów w parku Poniatowskiego pod Falą i w Lunaparku tylko po to, żeby sprawdzić, kim jesteśmy z zawodu. Mieli też obowiązek informować o nas Służbę Bezpieczeństwa. Dwóch moich znajomych było potem przez SB szantażowanych, zmuszonych do współpracy. Zawsze byliśmy dla nich łakomym kąskiem.
Po pierwszych zabójstwach był wielki strach. Wiem, że wielu z naszych przeniosło się wtedy do parku Poniatowskiego i pod Falę. Skoro pod Fabrycznym grasował morderca, nie chcieli ryzykować spotkania z kimś takim.
Większość była przekonana, że tych zabójstw nie mógł dokonać homoseksualista, tylko luj. Luj to w naszym slangu heteroseksualista, na którego się polowało. Tak zwana męska hołotka, jakiś pijany byczek śpiący w parku na ławce albo chłopak, który chciał parę groszy dorobić i kręcił się pod dworcem. Oni doskonale wiedzieli, po co tam przychodzą. Nienawidzili nas, ale przychodzili. Trzeba ich było gdzieś zabrać na piwo, choć najczęściej zamawiali wódkę, by się spić i potem nic nie pamiętać. Czasami dostawali ataku agresji, bili, rabowali. Nie tylko w Łodzi przecież
- 69 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
88 głosów
-
Re: "Zdarzyło się w Łodzi": Mordował gejów na Fab
wilhelm4
31.05.10, 23:01
naprawde ??!»
-
Re: "Zdarzyło się w Łodzi": Mordował gejów na Fab
saszenka2
31.05.10, 23:37
Ten artykuł mnie poruszył. Te historie są straszne... A wszystko to dlatego, żew Polsce ani wtedy ani dziś nie ma tolerancji i ludzie kryją się ze swojąodmienną orientacją seksualną i swoje »
-
Jaki jest cel tego tekstu ? Powiem wam...
jaroslawa.kaczynskego
01.06.10, 07:44
Otóż Pan dziennikarz postanowił zarobić kasę, wziął więc wstrętną serięzabójstw i opowiedział w tekscie. Nic ponadto. Ot, dziennikarska hiena !! Abybyło pikantniej wybrał homoseksualistów. »



