Zdarzyło się w Łodzi: 1971 r. - Katedra w morzu ognia
2010-05-17
, aktualizacja: 17.05.2010 16:27
Na świątyni prawie ćwierć hektara ognia. Właśnie zawalił się dach. - Więcej nie lejemy - rozkazuje komendant straży pożarnej. Strażacy: - Jak to nie lejemy? Przecież ludzie nas rozszarpią - o pożarze łódzkiej katedry
ZOBACZ TAKŻE
- Pożar byłych zakładów "Wifama" (zdjęcia i wideo) (29-06-10, 05:40)
- Zobacz unikatową podziemną katedrę na Stokach. Zdjęcia (16-09-10, 16:22)
- Dzwon-gigant, jak przed wojną, na stulecie katedry (18-05-10, 11:00)
- "Zdarzyło się w Łodzi": Mordował gejów na Fabrycznym (31-05-10, 14:03)
- Zdarzyło się w Łodzi. Dziennik Jehudy Lubińskiego (09-07-10, 10:57)
- Zdarzyło się w Łodzi: tragiczne juwenalia na Lumumbowie (28-06-10, 14:00)
- Legenda Ślepego Maksa - herszta i łódzkiego Janosika (03-05-10, 13:00)
- Hitlerowcy wysiedlili z osiedla Mireckiego 5 tys. ludzi (10-04-10, 11:00)
- Dziewczyna z kwiatem (26-02-10, 11:23)
- Zdarzyło się w Łodzi: historia rodziny Biedermannów (05-02-10, 10:57)
RAPORTY
"Wielkie nieszczęście nawiedziło wczoraj łódzką diecezję. Spłonął kościół katedralny pod wezwaniem św. Stanisława Kostki. Łódzka katedra praktycznie przestała istnieć - tak w środę 12 maja 1971 roku napisał "Dziennik Łódzki".
Dzień po pożarze katedra rzeczywiście wyglądała jak ruina. Nie miała dachu i mniejszej wieży - zwanej sygnaturką. Wnętrze kościoła było zalane wodą. Zastanawiano się, czy za chwilę nie zawali się ponadstumetrowa główna wieża. Nikt nie dawał złamanego grosza za sklepienie nad główną nawą. Całe było zalane, podziurawione i bez śladu tynku. Jeśliby runęło, zawaliłby się cały kościół.
Wozy strażackie pod katedrą stały kilka dni. Trzeba było jednak otworzyć Piotrkowską dla samochodów i tramwajów. Motorniczowie dostali polecenie, żeby przed katedrą nie jechać szybciej niż 10 kilometrów na godzinę. Chodziło o to, żeby drganiami nie dobić zrujnowanej świątyni. Ludzie mówili, że te zwalniające tramwaje oddają hołd katedrze, i zastanawiali się, czy to już koniec jej 70-letniej historii.
Lekki, wytrzymały strop
Kiedy na początku XX wieku zaczynała się budowa kościoła św. Stanisława Kostki, nikt nie spodziewał się, że w Łodzi powstaje katedra. Miał to być kolejny kościół w mieście, w którym na początku XX wieku mieszkało 200 tys. osób, a działały tylko dwie parafie.
Pomysł budowy świątyni miał rzucić proboszcz parafii Podwyższenia Świętego Krzyża ks. Ludwik Dąbrowski, kiedy liczba jego podopiecznych zaczęła dochodzić do 60 tys.
W 1895 powstał komitet budowy kościoła katolickiego. Na czele stanął jeden z najpotężniejszych łódzkich przemysłowców Juliusz Teodor Heinzel. Członkami komitetu byli nie tylko katolicy, lecz także protestanci, m.in. Karol Scheibler i Edward Herbst. Aby przedsięwzięcie miało odpowiednią rangę, ogłoszono międzynarodowy konkurs na projekt architektoniczny. Prace przysyłano z Niemiec, Holandii, Czech, Szwecji i Austrii. Zwyciężył projekt łódzkich architektów.
Budowa rozpoczęła się w 1901 roku. W 1910 były gotowe mury. Brakowało sklepień, wtedy Komitet podjął, jak się okazało po latach, bardzo ważną decyzję. Ogłosił, że zamiast tradycyjnego sklepienia ceglanego powstanie strop w nowej technologii - z żelbetonu. Będzie lżejszy, ale dużo bardziej wytrzymały. Zlecenie dostała firma Kazimierza Sommera z Warszawy i w pół roku żelbetowy strop był gotowy. Jesienią 1912 poświęcono ołtarze i organy. Brakowało tylko głównej wieży.
Udało się ją dobudować dopiero po I wojnie światowej. Papież Benedykt XV bullą "Christi Domini" utworzył diecezję łódzką, a kościół św. Stanisława Kostki podniósł do rangi katedry. 15 października została ona konsekrowana przez dotychczasowego proboszcza - biskupa Wincentego Tymienieckiego. To on zadbał, żeby wreszcie stanęła główna wieża.
Kilka miesięcy przed pożarem - w grudniu 1970 - w katedrze obchodzono 50-lecie powołania diecezji łódzkiej. 25 lat po wojnie świątynia była już prawie doprowadzona do porządku. Po tym, jak Niemcy w 1941 roku urządzili w kościele magazyn, trzeba było powstawiać nowe okna, naprawić posadzkę, organy, ołtarze, meble kościelne. W latach 60., kiedy już uporządkowano wnętrze kościoła, ówczesny proboszcz, bp Jan Fondaliński zabrał, się za remont głównej wieży. Na murach pojawiły się niepokojące zarysowania, dlatego je wzmacniano. Oprócz tego naprawiano dach na całym budynku. 11 maja 1971 roku pracowało na nim kilku robotników.
Z "Expressu Ilustrowanego" wydanego dwa dni po pożarze dowiadujemy się, że około godz. 17 robotnicy wyszli "na chwilę". "Gdy wrócili po około półtorej godzinie, opuszczone przez nich pomieszczenia, w których zostawili nawet dokumenty, pieniądze, odzież i obuwie wyjściowe, były już zagrożone płomieniami". Musiało być po godz. 18 - w kościele zaczynało się nabożeństwo majowe.
Pali się - uciekamy
Nabożeństwo prowadził ks. Piotr Rycerski, wtedy katedralny wikariusz, dziś proboszcz na Bałutach. - Był piękny słoneczny dzień - wspomina. - Niektórzy siedzieli na ławkach przed katedrą i patrzyli na nią. Nikt nie zauważył niczego niepokojącego.
Przyszło około setki wiernych. Ks. Rycerski: - Przebrałem się w zakrystii, wyszedłem do ołtarza, wystawiłem Najświętszy Sakrament, zacząłem się modlić.
Co się działo w kościele, ksiądz nie widział, bo stał tyłem do wiernych.
- Po pierwszych wezwaniach Litanii loretańskiej usłyszałem jakiś szum za sobą i niepokojące rozmowy - opowiada. - Dyskretnie obejrzałem się i widzę, że ludzie uciekają z ławek z kościoła do bocznych naw i do drzwi. Spojrzałem na strop i w otworach, gdzie wisiały żyrandole, zobaczyłem błysk światła. Pomyślałem, że to prawdopodobnie jakieś spięcie. Ludzie je zauważyli i uciekają. Dalej się modliłem, kiedy przybiegł do mnie kleryk i mówi: proszę księdza, uciekajmy, cała katedra w płomieniach!
Ten kleryk to ks. Bogumił Walczak, dziś proboszcz w Brzezinach. W 1971 roku kończył trzeci rok studiów. Był już po obłóczynach, a więc chodził już w sutannie.
- O godz. 18 w seminarium była kolacja - wspomina. - Posiłek trwał dosłownie pół godzinki. Po jedzeniu wyszliśmy na boisko. Niektórzy grali w piłkę, ja rozmawiałem z kolegą. Mimochodem zerknąłem na katedrę i zobaczyłem coś dziwnego. Z małej wieży sygnaturki leciał dym. Wtedy w katedrze nie było centralnego ogrzewania, przy zakrystii był piec. I pamiętam, że powiedziałem do kolegi, że kościelny chyba zgłupiał. Przecież jest maj. A on pali w piecu. Po co? Tylko że coś za bardzo się dymiło. Wtedy dotarło do mnie, co się dzieje. Krzyknąłem: "katedra się pali" i pobiegłem do furty. Siostry nie było. Dzwonię i dzwonię po nią, ale nie przychodzi, nie ma mnie kto wypuścić. Dłużej nie czekałem, tylko otworzyłem okno i wyskoczyłem. Aż się sobie dziwię, bo to było wysoko. Pobiegłem do katedry z myślą, żeby ratować co się da. Kiedy wbiegałem, ludzi było już bardzo mało, jeszcze wychodzili. Spojrzałem na żyrandol przed prezbiterium, a tam, gdzie łączą się sklepienia, ogień już buzował. Wyglądało to tak, jakbyśmy otworzyli drzwiczki od pieca. I ten ogień wpadał do środka.
Na dachu ćwierć hektara ognia, a kleryk ratuje Chrystusa
Ksiądz Rycerski przerwał nabożeństwo i razem z klerykiem zaczęli akcję ratunkową.
Dzień po pożarze katedra rzeczywiście wyglądała jak ruina. Nie miała dachu i mniejszej wieży - zwanej sygnaturką. Wnętrze kościoła było zalane wodą. Zastanawiano się, czy za chwilę nie zawali się ponadstumetrowa główna wieża. Nikt nie dawał złamanego grosza za sklepienie nad główną nawą. Całe było zalane, podziurawione i bez śladu tynku. Jeśliby runęło, zawaliłby się cały kościół.
Wozy strażackie pod katedrą stały kilka dni. Trzeba było jednak otworzyć Piotrkowską dla samochodów i tramwajów. Motorniczowie dostali polecenie, żeby przed katedrą nie jechać szybciej niż 10 kilometrów na godzinę. Chodziło o to, żeby drganiami nie dobić zrujnowanej świątyni. Ludzie mówili, że te zwalniające tramwaje oddają hołd katedrze, i zastanawiali się, czy to już koniec jej 70-letniej historii.
Lekki, wytrzymały strop
Kiedy na początku XX wieku zaczynała się budowa kościoła św. Stanisława Kostki, nikt nie spodziewał się, że w Łodzi powstaje katedra. Miał to być kolejny kościół w mieście, w którym na początku XX wieku mieszkało 200 tys. osób, a działały tylko dwie parafie.
Pomysł budowy świątyni miał rzucić proboszcz parafii Podwyższenia Świętego Krzyża ks. Ludwik Dąbrowski, kiedy liczba jego podopiecznych zaczęła dochodzić do 60 tys.
W 1895 powstał komitet budowy kościoła katolickiego. Na czele stanął jeden z najpotężniejszych łódzkich przemysłowców Juliusz Teodor Heinzel. Członkami komitetu byli nie tylko katolicy, lecz także protestanci, m.in. Karol Scheibler i Edward Herbst. Aby przedsięwzięcie miało odpowiednią rangę, ogłoszono międzynarodowy konkurs na projekt architektoniczny. Prace przysyłano z Niemiec, Holandii, Czech, Szwecji i Austrii. Zwyciężył projekt łódzkich architektów.
Budowa rozpoczęła się w 1901 roku. W 1910 były gotowe mury. Brakowało sklepień, wtedy Komitet podjął, jak się okazało po latach, bardzo ważną decyzję. Ogłosił, że zamiast tradycyjnego sklepienia ceglanego powstanie strop w nowej technologii - z żelbetonu. Będzie lżejszy, ale dużo bardziej wytrzymały. Zlecenie dostała firma Kazimierza Sommera z Warszawy i w pół roku żelbetowy strop był gotowy. Jesienią 1912 poświęcono ołtarze i organy. Brakowało tylko głównej wieży.
Udało się ją dobudować dopiero po I wojnie światowej. Papież Benedykt XV bullą "Christi Domini" utworzył diecezję łódzką, a kościół św. Stanisława Kostki podniósł do rangi katedry. 15 października została ona konsekrowana przez dotychczasowego proboszcza - biskupa Wincentego Tymienieckiego. To on zadbał, żeby wreszcie stanęła główna wieża.
Kilka miesięcy przed pożarem - w grudniu 1970 - w katedrze obchodzono 50-lecie powołania diecezji łódzkiej. 25 lat po wojnie świątynia była już prawie doprowadzona do porządku. Po tym, jak Niemcy w 1941 roku urządzili w kościele magazyn, trzeba było powstawiać nowe okna, naprawić posadzkę, organy, ołtarze, meble kościelne. W latach 60., kiedy już uporządkowano wnętrze kościoła, ówczesny proboszcz, bp Jan Fondaliński zabrał, się za remont głównej wieży. Na murach pojawiły się niepokojące zarysowania, dlatego je wzmacniano. Oprócz tego naprawiano dach na całym budynku. 11 maja 1971 roku pracowało na nim kilku robotników.
Z "Expressu Ilustrowanego" wydanego dwa dni po pożarze dowiadujemy się, że około godz. 17 robotnicy wyszli "na chwilę". "Gdy wrócili po około półtorej godzinie, opuszczone przez nich pomieszczenia, w których zostawili nawet dokumenty, pieniądze, odzież i obuwie wyjściowe, były już zagrożone płomieniami". Musiało być po godz. 18 - w kościele zaczynało się nabożeństwo majowe.
Pali się - uciekamy
Nabożeństwo prowadził ks. Piotr Rycerski, wtedy katedralny wikariusz, dziś proboszcz na Bałutach. - Był piękny słoneczny dzień - wspomina. - Niektórzy siedzieli na ławkach przed katedrą i patrzyli na nią. Nikt nie zauważył niczego niepokojącego.
Przyszło około setki wiernych. Ks. Rycerski: - Przebrałem się w zakrystii, wyszedłem do ołtarza, wystawiłem Najświętszy Sakrament, zacząłem się modlić.
Co się działo w kościele, ksiądz nie widział, bo stał tyłem do wiernych.
- Po pierwszych wezwaniach Litanii loretańskiej usłyszałem jakiś szum za sobą i niepokojące rozmowy - opowiada. - Dyskretnie obejrzałem się i widzę, że ludzie uciekają z ławek z kościoła do bocznych naw i do drzwi. Spojrzałem na strop i w otworach, gdzie wisiały żyrandole, zobaczyłem błysk światła. Pomyślałem, że to prawdopodobnie jakieś spięcie. Ludzie je zauważyli i uciekają. Dalej się modliłem, kiedy przybiegł do mnie kleryk i mówi: proszę księdza, uciekajmy, cała katedra w płomieniach!
Ten kleryk to ks. Bogumił Walczak, dziś proboszcz w Brzezinach. W 1971 roku kończył trzeci rok studiów. Był już po obłóczynach, a więc chodził już w sutannie.
- O godz. 18 w seminarium była kolacja - wspomina. - Posiłek trwał dosłownie pół godzinki. Po jedzeniu wyszliśmy na boisko. Niektórzy grali w piłkę, ja rozmawiałem z kolegą. Mimochodem zerknąłem na katedrę i zobaczyłem coś dziwnego. Z małej wieży sygnaturki leciał dym. Wtedy w katedrze nie było centralnego ogrzewania, przy zakrystii był piec. I pamiętam, że powiedziałem do kolegi, że kościelny chyba zgłupiał. Przecież jest maj. A on pali w piecu. Po co? Tylko że coś za bardzo się dymiło. Wtedy dotarło do mnie, co się dzieje. Krzyknąłem: "katedra się pali" i pobiegłem do furty. Siostry nie było. Dzwonię i dzwonię po nią, ale nie przychodzi, nie ma mnie kto wypuścić. Dłużej nie czekałem, tylko otworzyłem okno i wyskoczyłem. Aż się sobie dziwię, bo to było wysoko. Pobiegłem do katedry z myślą, żeby ratować co się da. Kiedy wbiegałem, ludzi było już bardzo mało, jeszcze wychodzili. Spojrzałem na żyrandol przed prezbiterium, a tam, gdzie łączą się sklepienia, ogień już buzował. Wyglądało to tak, jakbyśmy otworzyli drzwiczki od pieca. I ten ogień wpadał do środka.
Na dachu ćwierć hektara ognia, a kleryk ratuje Chrystusa
Ksiądz Rycerski przerwał nabożeństwo i razem z klerykiem zaczęli akcję ratunkową.
Ks. Walczak: - Najważniejszy był Najświętszy Sakrament - to żywy i prawdziwy Jezus Chrystus.
Tabernakulum było w bocznej kaplicy od strony południowej. - Poszliśmy tam z klerykiem - relacjonuje ks. Rycerski. - Niestety, środkiem nie dało się już przejść, bo tynk spadał, więc pod ścianą przeszliśmy do ołtarza, zabraliśmy naczynie z hostią do kaplicy seminaryjnej.
Zaraz do katedry przybiegło więcej kleryków, pojawili się też przechodnie i zaczęło się wynoszenie co cenniejszych rzeczy, przede wszystkim z zakrystii: szat liturgicznych, naczyń, mebli. Co się tylko dało podnieść, trafiało do seminarium. Udało się uratować m.in. XVII-wieczny ornat.
W płonącej katedrze został tylko kleryk Walczak.
- Nie zapomnę, jak runął wielki żyrandol. Najpierw zatrzymał się dwa metry nad ziemią. Chwilę później zarył się głęboko w podłogę. Dlaczego nie wyszedłem? Uważałam, że to mój obowiązek tam być. Najlepsze, co mogłem zrobić, to się modlić. Więc modliłem się przed głównym ołtarzem.
W tym czasie na nogach była cała łódzka straż pożarna. Porucznik Maciej Trębicki miał dyżur w jednostce przy ul. Wólczańskiej. - Akurat siedziałem w punkcie alarmowym. Tam, gdzie się przyjmuje zgłoszenia z telefonu 998. I w pewnym momencie zaczęło się świecić od razu 10 żarówek. Znaczy, że dzwoniło 10 osób naraz. Z drugiej strony to samo - zapaliło się 10 kolejnych lampek. Odebrałem pierwszy telefon i słyszę: "pali się katedra". Później było jeszcze z 300 takich zgłoszeń. Nie było czasu z każdym rozmawiać, więc się odbierało kilka telefonów naraz i mówiło się: "wiemy, że się pali katedra". Od razu posłaliśmy tam wszystkie jednostki - 30 wozów ze strażakami. Jak już wszyscy dostali rozkazy, ja też pojechałem do pożaru.
Kiedy dotarłem na miejsce, we wszystkich oknach nad sklepieniem był ogień, ale dach jeszcze był cały. Jak sobie przeliczyłem, na górze było ponad 2 tys. metrów kwadratowych ognia. Prawie ćwierć hektara! To normalnie piekło.
Wkrótce zobaczył je również Jan Paczuski, oficer z jednostki przy ul. Strażackiej. Tego dnia siedział w domu. - Zadzwonili, że się katedra pali, więc ubrałem się w mundur bojowy i czekałem, aż przyjadą po mnie. Przyjechała nyska, a w niej jeszcze dwóch dowódców, i dawaj pod katedrę. Na miejscu byliśmy koło godz. 19. Dużo ludzi było na górze, na drabinach, mało na dole, więc mnie przypadły sprawy organizacyjne. Miałem zająć się zaopatrzeniem wodnym dla całej akcji, czyli po prostu szukać wody do gaszenia katedry.
Bo to, co wozy przywiozły ze sobą - każdy miał góra po 2 tys. litrów - starczyło na kilka minut polewania. Było ciężko, przy katedrze wody nie ma. Tylko jakieś dwa hydranty - a sieć hydrantowa daje 20 litrów na minutę. Nasze samochody miały wydajność przynajmniej 800 litrów na minutę. Hydrantami, które były w pobliżu, dało się najwyżej dwa wozy zasilić. A tam było ich 30! Od razu poszliśmy na basen Olimpii, ale pogonili nas stamtąd. Przyszedł jakiś facet i powiedział, że to woda kąpielowa, więc się nie nadaje. Bzdury gadał, ale nie to nie. Szukaliśmy dalej. Poszliśmy do stawu przy Białej Fabryce. Stamtąd już nikt nam nie zabronił pompować. Jak? Normalnie. W straży są specjalne wozy tylko z wężami. Podjechały do stawu, przy brzegu zostawiły pompę, a potem z rozciągniętym wężem wróciły pod katedrę. Do jednego wozu wężowego można było podłączyć trzy-cztery normalne.
Miedź jak papier
Nie dość, że brakowało wody, to jeszcze ogień był poza zasięgiem strażaków. Przy katedrze stały dwie 30-metrowe drabiny, ale i tak wiele nie można było zdziałać.
Por. Trębicki: - Żeby gasić ogień, trzeba w niego celować prądem wody. Ogień był pod miedzianym dachem, w którym było kilka okien. Te okna były jakieś 40 metrów nad ziemią. Widziałem, jak koledzy próbowali lać w te okna. Tylko że nie mogli wcelować. Woda spadała na dach i parowała. A ognia nie ubywało.
Widać go było nawet kilkanaście kilometrów od katedry. Przekonał się o tym jeden z katedralnych wikariuszy - ks. Stanisław. Tego dnia odprawiał pogrzeb w Gomulinie. Po południu wracał do domu pekaesem. W Rzgowie zobaczył coś dziwnego. - Nad Łodzią był słup ognia. Ognia, nie dymu - wspomina. - Zastanawiałam się, czy to nie z komina elektrowni albo jakiejś fabryki. Nawet mi do głowy nie przyszło, że coś się może dziać z katedrą.
Autobus z księdzem Stanisławem zatrzymał się przy kościele Przemienienia Pańskiego. - Spieszyło mi się, więc złapałem taryfę. Wsiadłem i mówię taksiarzowi, żeby mnie wiózł do katedry. A on do mnie, że nie dojedziemy do katedry, bo się pali. Pomyślałem, że gada bzdury, bo jak się może palić murowana katedra? A on tłumaczy, że właśnie był komunikat w radiu, że cała katedra płonie jak drzazga. Jedź pan najbliżej jak się da, zarządziłem. Dojechaliśmy do obecnej ulicy Tymienieckiego - wtedy 8 Marca. Przy Sienkiewicza milicja zagrodziła drogę i nikogo dalej nie puszczała. Ja byłem w sutannie, więc przeszedłem. Na miejscu byłem jakieś 40 minut po tym, jak zaczął się pożar. Pamiętam, jak szedłem przy samej ścianie pałacu biskupiego przy ul. Skorupki - wtedy Worcella. Było tak gorąco, że mury aż parzyły. Mury siedziby biskupa, nie katedry. Do niej ledwo można było podejść. Ogień był już na całym dachu.
Pożarowi przyglądał się również biskup ordynariusz diecezji łódzkiej Józef Rozwadowski. - W kilkanaście minut po wybuchu pożaru powrócił właśnie z podróży do Wrocławia - dowiadujemy się z "Dziennika Łódzkiego". - Tak on, jak i biskup sufragan Jan Kulik nie ukrywali, że to tragedia, jakiej nie notują od dziesięcioleci kroniki Kościoła w kraju i za granicą, wyłączając oczywiście wielkie pożary świątyń związane z działaniami wojennymi.
W całym kwartale ulic wokół katedry wysiadł prąd. Wspomina to Aleksander Kubisztal, dziś inżynier włókiennictwa, wówczas student pierwszego roku politechniki. Musiał w ciągu dwóch dni zaliczyć zawalone kolokwium, więc siedział z kolegą w domu przy Milionowej i ostro wkuwał.
- Najpierw usłyszeliśmy hałas, chwilę później zgasło światło. Kolega podszedł do okna i mówi: "patrz, wszyscy biegną w stronę katedry". Nawet nie zaciekawiło nas, co się dzieje. Przecież mieliśmy nóż na gardle. Szybko się naradziliśmy i zdecydowaliśmy, że przenosimy się do kolegi. Dopiero jak wyszliśmy, zorientowaliśmy się, że płonie katedra. Wszystko było w płomieniach i dymie, także trudno było dokładnie zobaczyć, co się dzieje. Ale widziałem rozżarzone belki i fruwające kawałki miedzianej blachy. Zwijały się w powietrzu jak płonące kartki papieru.
Ks. Rycerski: - Strasznie dużo ludzi przyszło. Patrzyli, co się dzieje, płakali. A myśmy nadzorowali, czy się coś nie stanie z naszą plebanią. Przecież ogromne płaty rozpalonej blachy mogły spaść na dach.
Już nie gasimy. To rozkaz
Strażacy próbowali ratować przed ogniem główną wieżę. Porucznik Trębicki wspomina, że weszła na nią drużyna z ósmej jednostki straży. - Zaciągnęli ze sobą węże i lali wodę.
Tabernakulum było w bocznej kaplicy od strony południowej. - Poszliśmy tam z klerykiem - relacjonuje ks. Rycerski. - Niestety, środkiem nie dało się już przejść, bo tynk spadał, więc pod ścianą przeszliśmy do ołtarza, zabraliśmy naczynie z hostią do kaplicy seminaryjnej.
Zaraz do katedry przybiegło więcej kleryków, pojawili się też przechodnie i zaczęło się wynoszenie co cenniejszych rzeczy, przede wszystkim z zakrystii: szat liturgicznych, naczyń, mebli. Co się tylko dało podnieść, trafiało do seminarium. Udało się uratować m.in. XVII-wieczny ornat.
W płonącej katedrze został tylko kleryk Walczak.
- Nie zapomnę, jak runął wielki żyrandol. Najpierw zatrzymał się dwa metry nad ziemią. Chwilę później zarył się głęboko w podłogę. Dlaczego nie wyszedłem? Uważałam, że to mój obowiązek tam być. Najlepsze, co mogłem zrobić, to się modlić. Więc modliłem się przed głównym ołtarzem.
W tym czasie na nogach była cała łódzka straż pożarna. Porucznik Maciej Trębicki miał dyżur w jednostce przy ul. Wólczańskiej. - Akurat siedziałem w punkcie alarmowym. Tam, gdzie się przyjmuje zgłoszenia z telefonu 998. I w pewnym momencie zaczęło się świecić od razu 10 żarówek. Znaczy, że dzwoniło 10 osób naraz. Z drugiej strony to samo - zapaliło się 10 kolejnych lampek. Odebrałem pierwszy telefon i słyszę: "pali się katedra". Później było jeszcze z 300 takich zgłoszeń. Nie było czasu z każdym rozmawiać, więc się odbierało kilka telefonów naraz i mówiło się: "wiemy, że się pali katedra". Od razu posłaliśmy tam wszystkie jednostki - 30 wozów ze strażakami. Jak już wszyscy dostali rozkazy, ja też pojechałem do pożaru.
Kiedy dotarłem na miejsce, we wszystkich oknach nad sklepieniem był ogień, ale dach jeszcze był cały. Jak sobie przeliczyłem, na górze było ponad 2 tys. metrów kwadratowych ognia. Prawie ćwierć hektara! To normalnie piekło.
Wkrótce zobaczył je również Jan Paczuski, oficer z jednostki przy ul. Strażackiej. Tego dnia siedział w domu. - Zadzwonili, że się katedra pali, więc ubrałem się w mundur bojowy i czekałem, aż przyjadą po mnie. Przyjechała nyska, a w niej jeszcze dwóch dowódców, i dawaj pod katedrę. Na miejscu byliśmy koło godz. 19. Dużo ludzi było na górze, na drabinach, mało na dole, więc mnie przypadły sprawy organizacyjne. Miałem zająć się zaopatrzeniem wodnym dla całej akcji, czyli po prostu szukać wody do gaszenia katedry.
Bo to, co wozy przywiozły ze sobą - każdy miał góra po 2 tys. litrów - starczyło na kilka minut polewania. Było ciężko, przy katedrze wody nie ma. Tylko jakieś dwa hydranty - a sieć hydrantowa daje 20 litrów na minutę. Nasze samochody miały wydajność przynajmniej 800 litrów na minutę. Hydrantami, które były w pobliżu, dało się najwyżej dwa wozy zasilić. A tam było ich 30! Od razu poszliśmy na basen Olimpii, ale pogonili nas stamtąd. Przyszedł jakiś facet i powiedział, że to woda kąpielowa, więc się nie nadaje. Bzdury gadał, ale nie to nie. Szukaliśmy dalej. Poszliśmy do stawu przy Białej Fabryce. Stamtąd już nikt nam nie zabronił pompować. Jak? Normalnie. W straży są specjalne wozy tylko z wężami. Podjechały do stawu, przy brzegu zostawiły pompę, a potem z rozciągniętym wężem wróciły pod katedrę. Do jednego wozu wężowego można było podłączyć trzy-cztery normalne.
Miedź jak papier
Nie dość, że brakowało wody, to jeszcze ogień był poza zasięgiem strażaków. Przy katedrze stały dwie 30-metrowe drabiny, ale i tak wiele nie można było zdziałać.
Por. Trębicki: - Żeby gasić ogień, trzeba w niego celować prądem wody. Ogień był pod miedzianym dachem, w którym było kilka okien. Te okna były jakieś 40 metrów nad ziemią. Widziałem, jak koledzy próbowali lać w te okna. Tylko że nie mogli wcelować. Woda spadała na dach i parowała. A ognia nie ubywało.
Widać go było nawet kilkanaście kilometrów od katedry. Przekonał się o tym jeden z katedralnych wikariuszy - ks. Stanisław. Tego dnia odprawiał pogrzeb w Gomulinie. Po południu wracał do domu pekaesem. W Rzgowie zobaczył coś dziwnego. - Nad Łodzią był słup ognia. Ognia, nie dymu - wspomina. - Zastanawiałam się, czy to nie z komina elektrowni albo jakiejś fabryki. Nawet mi do głowy nie przyszło, że coś się może dziać z katedrą.
Autobus z księdzem Stanisławem zatrzymał się przy kościele Przemienienia Pańskiego. - Spieszyło mi się, więc złapałem taryfę. Wsiadłem i mówię taksiarzowi, żeby mnie wiózł do katedry. A on do mnie, że nie dojedziemy do katedry, bo się pali. Pomyślałem, że gada bzdury, bo jak się może palić murowana katedra? A on tłumaczy, że właśnie był komunikat w radiu, że cała katedra płonie jak drzazga. Jedź pan najbliżej jak się da, zarządziłem. Dojechaliśmy do obecnej ulicy Tymienieckiego - wtedy 8 Marca. Przy Sienkiewicza milicja zagrodziła drogę i nikogo dalej nie puszczała. Ja byłem w sutannie, więc przeszedłem. Na miejscu byłem jakieś 40 minut po tym, jak zaczął się pożar. Pamiętam, jak szedłem przy samej ścianie pałacu biskupiego przy ul. Skorupki - wtedy Worcella. Było tak gorąco, że mury aż parzyły. Mury siedziby biskupa, nie katedry. Do niej ledwo można było podejść. Ogień był już na całym dachu.
Pożarowi przyglądał się również biskup ordynariusz diecezji łódzkiej Józef Rozwadowski. - W kilkanaście minut po wybuchu pożaru powrócił właśnie z podróży do Wrocławia - dowiadujemy się z "Dziennika Łódzkiego". - Tak on, jak i biskup sufragan Jan Kulik nie ukrywali, że to tragedia, jakiej nie notują od dziesięcioleci kroniki Kościoła w kraju i za granicą, wyłączając oczywiście wielkie pożary świątyń związane z działaniami wojennymi.
W całym kwartale ulic wokół katedry wysiadł prąd. Wspomina to Aleksander Kubisztal, dziś inżynier włókiennictwa, wówczas student pierwszego roku politechniki. Musiał w ciągu dwóch dni zaliczyć zawalone kolokwium, więc siedział z kolegą w domu przy Milionowej i ostro wkuwał.
- Najpierw usłyszeliśmy hałas, chwilę później zgasło światło. Kolega podszedł do okna i mówi: "patrz, wszyscy biegną w stronę katedry". Nawet nie zaciekawiło nas, co się dzieje. Przecież mieliśmy nóż na gardle. Szybko się naradziliśmy i zdecydowaliśmy, że przenosimy się do kolegi. Dopiero jak wyszliśmy, zorientowaliśmy się, że płonie katedra. Wszystko było w płomieniach i dymie, także trudno było dokładnie zobaczyć, co się dzieje. Ale widziałem rozżarzone belki i fruwające kawałki miedzianej blachy. Zwijały się w powietrzu jak płonące kartki papieru.
Ks. Rycerski: - Strasznie dużo ludzi przyszło. Patrzyli, co się dzieje, płakali. A myśmy nadzorowali, czy się coś nie stanie z naszą plebanią. Przecież ogromne płaty rozpalonej blachy mogły spaść na dach.
Już nie gasimy. To rozkaz
Strażacy próbowali ratować przed ogniem główną wieżę. Porucznik Trębicki wspomina, że weszła na nią drużyna z ósmej jednostki straży. - Zaciągnęli ze sobą węże i lali wodę.
Ale nim na nią weszli, minęło kilkadziesiąt minut, bo wejście na górę było zamknięte na klucz. Nikt nie potrafił go znaleźć. W końcu strażacy przynieśli do kościoła aparat spawalniczy i palnikiem rozcięli kraty.
Trębicki: - Ale co z tego, jak tam piekło było. Z dachu lawa spływała, a miedź się topi w temperaturze ponad tysiąca stopni. Nic dziwnego, że jednemu chłopakowi, który Kolasa się nazywał, z tego gorąca na wieży zapaliło się ubranie. Na szczęście nic mu się nie stało.
Ucierpiał 22-letni Mieczysław Bąk. W najbardziej dramatycznym momencie pożaru spadł na niego kawał rozżarzonego muru. - To musiało być wtedy, jak runęła wieżyczka nad zakrystią - mówi Trębicki. - Najpierw usłyszeliśmy trzask. To łamały się deski, a później wieżyczka runęła. Dramat. My tacy pewni siebie, że po prostu zjemy ten pożar, a tu takie rzeczy się dzieją. Dlatego zaczęliśmy strażaków ze środka wycofywać, zresztą, co oni mieli tam robić? Przecież każdy budynek ma swoją wytrzymałość. Byłem załamany.
I rzeczywiście, chwilę później runął dach nad główną nawą.
- Widok był porażający - wspomina Aleksander Kubisztal. - Prawie cały dach zawalony. Kiedy runął, poczułem ciepło bijące jak z ogniska. Widziałem, bo jednak nie od razu poszliśmy się uczyć. Z kolegą wdrapaliśmy się na wieżowiec na rogu Piotrkowskiej i Tymienieckiego. Wtedy był gotowy tylko jego szkielet. Cały był wypełniony ludźmi. Na każdym piętrze tłum. Wszyscy patrzyli i komentowali, że straż tak nieporadnie gasi. Niektórzy mówili, że gaszą, jakby chcieli, a nie mogli.
Trębicki: - Widzisz pan, rozgryźli nas. Bo w pewnym momencie rzeczywiście przestaliśmy gasić. Ale myślałem, że zabierzemy do grobu tę tajemnicę. Przestaliśmy gasić, bo taki rozkaz dostaliśmy. I to była bardzo dobra decyzja.
Rozkaz wydał Marian Gwizdka, komendant wojewódzki straży pożarnej, który dowodził akcją.
- Myślał przez kilka minut - wspomina Trębicki. - Normalnie było widać, jak komputer mózgowy pracuje mu na pełnych obrotach. W końcu się wyprostował, wezwał nas i powiedział: "nie możemy dopuścić, żeby teraz zawalił się strop, bo będzie po katedrze. Dlatego nie lejemy już wody na górę". Litr wody waży kilogram. Myśmy tej wody zdążyli wlać tysiące litrów. I gdybyśmy tak dalej lali, to żadne sklepienie by tego nie wytrzymało. Bohaterów było tam wielu, ale to dzięki komendantowi Gwizdce katedra stoi. Oczywiście nie mogliśmy zwinąć zabawek, ludzie by nas rozszarpali, dlatego dalej laliśmy wodę. Ale tylko w boczne nawy i rynny.
Po co ta drabina?
Strażacy dalej robili swoje.
Trębicki: - Trzeba było nawy ratować. Z kolegą Krzyśkiem Trojanowskim wszedłem do środka. Był huk jak jasna cholera. Ale w środku wcale nie było gorąco. Temperatura jak zwykle w katedrze. Za to olbrzymi hałas od szalejącego ognia i spadających kawałków tynku. Nie ma co medytować, włazimy na górę. W jednej ze ścian były haki i po nich się wspinaliśmy. Strach był. Bo co chwila coś leciało z sufitu, a akustyka w pustym kościele jest olbrzymia. Pod spód naw weszliśmy, a tam Dorman, dowódca piątej jednostki, otworzył dachu kawałek. Po prostu chłopacy wyrąbali dziury w blasze. Dziś taka robota to mały pikuś. Są specjalne narzędzia. Wtedy mieliśmy tylko toporki. I to nimi trzeba było walić w tę rozgrzaną do czerwoności blachę.
Paczuski: - A słyszał pan o drabinie z Piotrkowa?
Wszystkie gazety relacjonujące pożar pisały, że łódzcy strażacy mieli za mało sprzętu, ściągnięto więc 20-metrową drabinę z Piotrkowa Trybunalskiego.
- Tylko że my jej wcale nie chcieliśmy - zdradza strażak. - Z tą drabiną było tak samo jak z laniem wody po rynnach. Ściągnęli ją na pokaz, bo przyszli dziennikarze i zaczęli wydziwiać, że straż nie może wejść na górę. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle ta drabina przyjechała. Po prostu nie była nam do niczego potrzebna. My mieliśmy dwie drabiny 30-metrowe. Tamta miała tylko 20 metrów.
Po godz. 20 dach się dopalał. Strażacy spokojnie mogli wejść na sklepienie nad główną nawą i dogaszać pozostałości dachu. Choć pożar był opanowany, akcja trwała jeszcze kilkanaście godzin.
Paczuski: - Naszą zmianę trzymali do rana. Pamiętam, że o godz. 5 strasznie mi się zachciało pić. W gardle drapało od dymu. Komendant nie patrzył, więc czmychnąłem. Ale wszystko było pozamykane. Dobiegłem do Dworca Kaliskiego. Tam w jakimś barze dostałem herbaty. Nawet pieniędzy ode mnie nie chcieli. Wystarczyło na mnie spojrzeć i było wiadomo, skąd przyszedłem. Miałem na sobie bojowy mundur - cały mokry i usmolony.
Trębicki: - Pamiętam, że jak wróciłem do domu przy Rudzkiej, było już widno. Musiała być szósta, bo sklep spożywczy był otwarty.
Żużel z serca
Jeszcze w dniu pożaru, przed północą, strażacy wpuścili gospodarzy do spalonego budynku.
Ksiądz Rycerski: - Ze strażakami wśród plątaniny węży wodnych weszliśmy na chór. Zobaczyłem organy. Tragedia. Były w opłakanym stanie. Organista, uciekając, nie zamknął żaluzji, mokry tynk wpadł w piszczałki i w klawisze. Wszystko było zalane błotem.
Trębicki: - Ale co z tego, jak tam piekło było. Z dachu lawa spływała, a miedź się topi w temperaturze ponad tysiąca stopni. Nic dziwnego, że jednemu chłopakowi, który Kolasa się nazywał, z tego gorąca na wieży zapaliło się ubranie. Na szczęście nic mu się nie stało.
Ucierpiał 22-letni Mieczysław Bąk. W najbardziej dramatycznym momencie pożaru spadł na niego kawał rozżarzonego muru. - To musiało być wtedy, jak runęła wieżyczka nad zakrystią - mówi Trębicki. - Najpierw usłyszeliśmy trzask. To łamały się deski, a później wieżyczka runęła. Dramat. My tacy pewni siebie, że po prostu zjemy ten pożar, a tu takie rzeczy się dzieją. Dlatego zaczęliśmy strażaków ze środka wycofywać, zresztą, co oni mieli tam robić? Przecież każdy budynek ma swoją wytrzymałość. Byłem załamany.
I rzeczywiście, chwilę później runął dach nad główną nawą.
- Widok był porażający - wspomina Aleksander Kubisztal. - Prawie cały dach zawalony. Kiedy runął, poczułem ciepło bijące jak z ogniska. Widziałem, bo jednak nie od razu poszliśmy się uczyć. Z kolegą wdrapaliśmy się na wieżowiec na rogu Piotrkowskiej i Tymienieckiego. Wtedy był gotowy tylko jego szkielet. Cały był wypełniony ludźmi. Na każdym piętrze tłum. Wszyscy patrzyli i komentowali, że straż tak nieporadnie gasi. Niektórzy mówili, że gaszą, jakby chcieli, a nie mogli.
Trębicki: - Widzisz pan, rozgryźli nas. Bo w pewnym momencie rzeczywiście przestaliśmy gasić. Ale myślałem, że zabierzemy do grobu tę tajemnicę. Przestaliśmy gasić, bo taki rozkaz dostaliśmy. I to była bardzo dobra decyzja.
Rozkaz wydał Marian Gwizdka, komendant wojewódzki straży pożarnej, który dowodził akcją.
- Myślał przez kilka minut - wspomina Trębicki. - Normalnie było widać, jak komputer mózgowy pracuje mu na pełnych obrotach. W końcu się wyprostował, wezwał nas i powiedział: "nie możemy dopuścić, żeby teraz zawalił się strop, bo będzie po katedrze. Dlatego nie lejemy już wody na górę". Litr wody waży kilogram. Myśmy tej wody zdążyli wlać tysiące litrów. I gdybyśmy tak dalej lali, to żadne sklepienie by tego nie wytrzymało. Bohaterów było tam wielu, ale to dzięki komendantowi Gwizdce katedra stoi. Oczywiście nie mogliśmy zwinąć zabawek, ludzie by nas rozszarpali, dlatego dalej laliśmy wodę. Ale tylko w boczne nawy i rynny.
Po co ta drabina?
Strażacy dalej robili swoje.
Trębicki: - Trzeba było nawy ratować. Z kolegą Krzyśkiem Trojanowskim wszedłem do środka. Był huk jak jasna cholera. Ale w środku wcale nie było gorąco. Temperatura jak zwykle w katedrze. Za to olbrzymi hałas od szalejącego ognia i spadających kawałków tynku. Nie ma co medytować, włazimy na górę. W jednej ze ścian były haki i po nich się wspinaliśmy. Strach był. Bo co chwila coś leciało z sufitu, a akustyka w pustym kościele jest olbrzymia. Pod spód naw weszliśmy, a tam Dorman, dowódca piątej jednostki, otworzył dachu kawałek. Po prostu chłopacy wyrąbali dziury w blasze. Dziś taka robota to mały pikuś. Są specjalne narzędzia. Wtedy mieliśmy tylko toporki. I to nimi trzeba było walić w tę rozgrzaną do czerwoności blachę.
Paczuski: - A słyszał pan o drabinie z Piotrkowa?
Wszystkie gazety relacjonujące pożar pisały, że łódzcy strażacy mieli za mało sprzętu, ściągnięto więc 20-metrową drabinę z Piotrkowa Trybunalskiego.
- Tylko że my jej wcale nie chcieliśmy - zdradza strażak. - Z tą drabiną było tak samo jak z laniem wody po rynnach. Ściągnęli ją na pokaz, bo przyszli dziennikarze i zaczęli wydziwiać, że straż nie może wejść na górę. Nie wiem, kiedy i czy w ogóle ta drabina przyjechała. Po prostu nie była nam do niczego potrzebna. My mieliśmy dwie drabiny 30-metrowe. Tamta miała tylko 20 metrów.
Po godz. 20 dach się dopalał. Strażacy spokojnie mogli wejść na sklepienie nad główną nawą i dogaszać pozostałości dachu. Choć pożar był opanowany, akcja trwała jeszcze kilkanaście godzin.
Paczuski: - Naszą zmianę trzymali do rana. Pamiętam, że o godz. 5 strasznie mi się zachciało pić. W gardle drapało od dymu. Komendant nie patrzył, więc czmychnąłem. Ale wszystko było pozamykane. Dobiegłem do Dworca Kaliskiego. Tam w jakimś barze dostałem herbaty. Nawet pieniędzy ode mnie nie chcieli. Wystarczyło na mnie spojrzeć i było wiadomo, skąd przyszedłem. Miałem na sobie bojowy mundur - cały mokry i usmolony.
Trębicki: - Pamiętam, że jak wróciłem do domu przy Rudzkiej, było już widno. Musiała być szósta, bo sklep spożywczy był otwarty.
Żużel z serca
Jeszcze w dniu pożaru, przed północą, strażacy wpuścili gospodarzy do spalonego budynku.
Ksiądz Rycerski: - Ze strażakami wśród plątaniny węży wodnych weszliśmy na chór. Zobaczyłem organy. Tragedia. Były w opłakanym stanie. Organista, uciekając, nie zamknął żaluzji, mokry tynk wpadł w piszczałki i w klawisze. Wszystko było zalane błotem.
Ks. Stanisław pamięta, że woda wylewała się przez drzwi. A w zagłębieniach stały kałuże po kostki. Ołtarze zalane i zasypane gruzem. Praktycznie cały tynk spadł ze sklepienia. Ławki zrobiły się białe. A poobłupywane ozdoby z ołtarza można było szuflą zbierać z posadzki. Jak już się rozejrzeliśmy, strażacy kazali nam wyjść, bo stwierdzili, że katedra grozi zawaleniem. Następnego dnia przedarłem się na spalony dach. Straszny widok. Rumowisko jak spalony las. Tylko gdzieniegdzie leżały pozwijane paski stopionej miedzi.
Na dachu był też ks. Rycerski. - Minął dzień, a jeszcze smażyły się niektóre belki. Poszliśmy tam, gdzie była wieżyczka, na której był dzwon, sygnaturka. Nie został po nim ślad. Stopił się, więc musiała być ogromna temperatura.
- Dzwon się stopił tak, że zostało tylko trochę żużlu z jego serca - precyzuje ks. Stanisław.
W katedrze - mimo że wciąż ze stropu spadał tynk - zaczęły się pierwsze porządki. Przyszli parafianie i z klerykami oraz księżmi sprzątali, przesuwali, oczyszczali ławki, wynosili gruz. A strażacy wypompowywali wodę z katedralnych krypt.
Wkrótce katedra została zamknięta. - A przecież trzeba było ludziom służyć, msze święte odprawiać - wspominają księża. Dlatego zorganizowano dwa prowizoryczne ołtarze.
Większy stanął na boisku seminaryjnym. Był dość charakterystyczny, bo zbudowano go z opalonych belek z dachu. Przy ołtarzu stanęły jeszcze przenośne konfesjonały i co niedziela na boisku odprawiano msze.
Księża najbardziej zapamiętali celebrę z początku sierpnia. Proboszcz katedry biskup Jan Fondaliński chorował na raka. Po pożarze nie pozbierał się i zmarł 5 sierpnia. Uroczystości pogrzebowe odbywały się właśnie na placu seminaryjnym.
W dni powszednie msze były odprawiane w kaplicy przy ul. Worcella 5, w budynku, który zajmuje dziś duszpasterstwo akademickie "Piątka".
Co zobaczył Gierek?
Już w dzień po pożarze do kurii biskupiej zaczęły płynąć kondolencje z całej Polski. W archidiecezjalnym archiwum jest cała teczka z listami i telegramami. Wyrazy współczucia przekazywali hierarchowie z całej Polski.
- Jesteśmy wszyscy głęboko przejęci wiadomością o zniszczeniach dokonanych w katedrze łódzkiej przez pożar. Wyrażamy naszą solidarność w modlitwie i w trosce arcypasterza - telegrafował krakowski kardynał Karol Wojtyła.
"Pan Bóg dopuścił smutek na diecezję łódzką, Pan Bóg pocieszy swym błogosławieństwem" - pisał proboszcz parafii Ostrowce z diecezji kieleckiej.
Kondolencje przysłali protestanci i naczelny rabin Polski, który napisał: "Oby Jego Ekscelencja znalazła pocieszenie w Swojej dalszej niestrudzonej Służbie Duszpasterskiej ku prawdziwej Chwale Bożej. Pozwalamy sobie jednocześnie przypomnieć obietnicę o łaskawym okazaniu pomocy w upilnowaniu naszych Świątyń i świętych cmentarzy.".
Nie ma za to ani słowa współczucia od ówczesnych władz. Co ciekawe, okazję do osobistego złożenia kondolencji biskupowi Rozwadowskiemu miał sam pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Dwa dni po pożarze był w Łodzi, i to bardzo blisko, bo w Zakładach im. Obrońców Pokoju przy ul. Kilińskiego. Możliwe, że na partyjny wiec jechał nawet drogą obok dymiącej jeszcze katedry. Ale na pewno się przy niej nie zatrzymał. Dziś zachowanie nie do wyobrażenia.
- Wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, że to możliwe - tłumaczy ks. Ireneusz Kulesza, proboszcz katedry. - Gierek rządził od kilku miesięcy i nie mógł albo nie chciał pozwolić sobie na gesty wobec Kościoła. Pewnie myślał, że będą odczytane jako uległość władzy wobec nas.
Charakterystyczne jest, jak o pożarze pisały ówczesne gazety. Najważniejsza wówczas łódzka redakcja - partyjny "Głos Robotniczy" - znalazła miejsce na jeden tylko artykuł, "Dziennik Łódzki" na dwa, a "Express Ilustrowany" zamieścił trzy teksty. Dowiadujemy się z nich m.in., że to milicjanci pierwsi zauważyli pożar. W ogólnopolskim "Życiu Warszawy" zmieściła się tylko krótka notka, i to dwa dni po pożarze. Niedużo, jeśli porównać z informacjami na pierwszych stronach wszystkich gazet o pożarze gdańskiego kościoła św. Katarzyny w 2006 roku.
Ks. Kulesza: - I tak wyszło nie najgorzej, bo o Kościele pisało się źle albo wcale.
Dach na zimę
W niespełna dwa tygodnie po pożarze łodzianie wiedzieli, że katedra będzie uratowana. Poinformował o tym. bp. Rozwadowski w słowie pasterskim odczytanym w kościołach 23 maja. Pisał m.in.: "Mamy nadzieję, że to, co ongiś wznosiły ręce pracowitych i oddanych Diecezjan, teraz wspólnym wysiłkiem zostanie doprowadzone do tej samej, a może jeszcze jaśniejszej świetności. Minione dni po pożarze katedry dają jednoznaczną podstawę takiej właśnie nadziei. Spotkaliśmy się ze spontaniczną pomocą wiernych, którzy wraz z alumnami Seminarium uprzątnęli wnętrze katedry (...). To początek prac nad odbudową".
Pieniądze na odbudowę pochodziły z ubezpieczenia i ze zbiórek w całej diecezji. W kościołach sprzedawano "cegiełki" na remont katedry.
Na dachu był też ks. Rycerski. - Minął dzień, a jeszcze smażyły się niektóre belki. Poszliśmy tam, gdzie była wieżyczka, na której był dzwon, sygnaturka. Nie został po nim ślad. Stopił się, więc musiała być ogromna temperatura.
- Dzwon się stopił tak, że zostało tylko trochę żużlu z jego serca - precyzuje ks. Stanisław.
W katedrze - mimo że wciąż ze stropu spadał tynk - zaczęły się pierwsze porządki. Przyszli parafianie i z klerykami oraz księżmi sprzątali, przesuwali, oczyszczali ławki, wynosili gruz. A strażacy wypompowywali wodę z katedralnych krypt.
Wkrótce katedra została zamknięta. - A przecież trzeba było ludziom służyć, msze święte odprawiać - wspominają księża. Dlatego zorganizowano dwa prowizoryczne ołtarze.
Większy stanął na boisku seminaryjnym. Był dość charakterystyczny, bo zbudowano go z opalonych belek z dachu. Przy ołtarzu stanęły jeszcze przenośne konfesjonały i co niedziela na boisku odprawiano msze.
Księża najbardziej zapamiętali celebrę z początku sierpnia. Proboszcz katedry biskup Jan Fondaliński chorował na raka. Po pożarze nie pozbierał się i zmarł 5 sierpnia. Uroczystości pogrzebowe odbywały się właśnie na placu seminaryjnym.
W dni powszednie msze były odprawiane w kaplicy przy ul. Worcella 5, w budynku, który zajmuje dziś duszpasterstwo akademickie "Piątka".
Co zobaczył Gierek?
Już w dzień po pożarze do kurii biskupiej zaczęły płynąć kondolencje z całej Polski. W archidiecezjalnym archiwum jest cała teczka z listami i telegramami. Wyrazy współczucia przekazywali hierarchowie z całej Polski.
- Jesteśmy wszyscy głęboko przejęci wiadomością o zniszczeniach dokonanych w katedrze łódzkiej przez pożar. Wyrażamy naszą solidarność w modlitwie i w trosce arcypasterza - telegrafował krakowski kardynał Karol Wojtyła.
"Pan Bóg dopuścił smutek na diecezję łódzką, Pan Bóg pocieszy swym błogosławieństwem" - pisał proboszcz parafii Ostrowce z diecezji kieleckiej.
Kondolencje przysłali protestanci i naczelny rabin Polski, który napisał: "Oby Jego Ekscelencja znalazła pocieszenie w Swojej dalszej niestrudzonej Służbie Duszpasterskiej ku prawdziwej Chwale Bożej. Pozwalamy sobie jednocześnie przypomnieć obietnicę o łaskawym okazaniu pomocy w upilnowaniu naszych Świątyń i świętych cmentarzy.".
Nie ma za to ani słowa współczucia od ówczesnych władz. Co ciekawe, okazję do osobistego złożenia kondolencji biskupowi Rozwadowskiemu miał sam pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Dwa dni po pożarze był w Łodzi, i to bardzo blisko, bo w Zakładach im. Obrońców Pokoju przy ul. Kilińskiego. Możliwe, że na partyjny wiec jechał nawet drogą obok dymiącej jeszcze katedry. Ale na pewno się przy niej nie zatrzymał. Dziś zachowanie nie do wyobrażenia.
- Wtedy nikomu nie przyszłoby do głowy, że to możliwe - tłumaczy ks. Ireneusz Kulesza, proboszcz katedry. - Gierek rządził od kilku miesięcy i nie mógł albo nie chciał pozwolić sobie na gesty wobec Kościoła. Pewnie myślał, że będą odczytane jako uległość władzy wobec nas.
Charakterystyczne jest, jak o pożarze pisały ówczesne gazety. Najważniejsza wówczas łódzka redakcja - partyjny "Głos Robotniczy" - znalazła miejsce na jeden tylko artykuł, "Dziennik Łódzki" na dwa, a "Express Ilustrowany" zamieścił trzy teksty. Dowiadujemy się z nich m.in., że to milicjanci pierwsi zauważyli pożar. W ogólnopolskim "Życiu Warszawy" zmieściła się tylko krótka notka, i to dwa dni po pożarze. Niedużo, jeśli porównać z informacjami na pierwszych stronach wszystkich gazet o pożarze gdańskiego kościoła św. Katarzyny w 2006 roku.
Ks. Kulesza: - I tak wyszło nie najgorzej, bo o Kościele pisało się źle albo wcale.
Dach na zimę
W niespełna dwa tygodnie po pożarze łodzianie wiedzieli, że katedra będzie uratowana. Poinformował o tym. bp. Rozwadowski w słowie pasterskim odczytanym w kościołach 23 maja. Pisał m.in.: "Mamy nadzieję, że to, co ongiś wznosiły ręce pracowitych i oddanych Diecezjan, teraz wspólnym wysiłkiem zostanie doprowadzone do tej samej, a może jeszcze jaśniejszej świetności. Minione dni po pożarze katedry dają jednoznaczną podstawę takiej właśnie nadziei. Spotkaliśmy się ze spontaniczną pomocą wiernych, którzy wraz z alumnami Seminarium uprzątnęli wnętrze katedry (...). To początek prac nad odbudową".
Pieniądze na odbudowę pochodziły z ubezpieczenia i ze zbiórek w całej diecezji. W kościołach sprzedawano "cegiełki" na remont katedry.
Przed zimą trzeba było zrobić choćby prowizoryczny dach. I udało się. Do 1 października stanęło na katedrze prowizoryczne zadaszenie. Prawie płaski dach pozbijany z desek pokrytych papą.
Ks. Stanisław: - Pamiętam, że 1 października ks. biskup Rozwadowski odprawiał pod "Piątką" nabożeństwo różańcowe. Po nim przeniósł Najświętszy Sakrament do katedry i umieścił go w ołtarzu Matki Bożej Częstochowskiej. Katedra znów była otwarta. Ale msze odprawiano w kaplicy za prezbiterium. Dopiero na Boże Narodzenie 1971 r. otwarto boczne nawy. Środek świątyni wciąż był zamknięty - trwała naprawa sklepienia.
Aleksander Kubisztal: - Pierwszy raz po pożarze byłem w katedrze w październiku 1971 r. Rzuciły mi się w oczy specyficzne ślady na ścianach - gdzieś do metra nad posadzką były przebarwienia. Wyglądało to jak ślad po brudnej wodzie. Nie wiem, czy naprawdę było jej tam aż tyle.
Eksperci z Politechniki zalecili solidne wzmocnienie stropu. Dlatego nawiercono w nim 11 tys. otworów. Później na sklepieniu położono metalową siatkę. Przez otwory przełożono stalowe pręty, na nich podwieszono siatkę na spodzie sklepienia i tak zabezpieczoną konstrukcję pokryto nowym tynkiem.
Całe wnętrze oddano do użytku przed świętami w 1972 roku. Na zewnątrz postawiono nową stalową więźbę dachu, obłożono ją żelbetowymi płytami i dopiero pokryto miedzianą blachą.
Remont wspomina ks. Stanisław: - Pamiętam, jak wciągali deski pozbijane w większe płyty. A potem, jak montowali więźbę, to przystawali dźwigi. Najpierw piaskowali konstrukcję, później wciągali - huk był wielki, aż ludzie przystawali. Oni się spieszyli, bo koszty tych dźwigów były duże. Widziałem, jak wieżyczkę sygnaturkę złożyli na ziemi, później dźwig ją podniósł i z góry postawił. To był 1973 rok.
Ks. Kulesza: - Okazało się, że tylko jedna firma dysponuje sprzętem do pracy na wysokości kilkudziesięciu metrów. To był Mostostal z Będzina. Problem polegał na tym, że to było państwowe przedsiębiorstwo. Potrzebna była zgoda wydziału ds. wyznań. Nie wiem, jak udało się ją zdobyć, ale wyobrażam sobie, że nie było to takie proste.
W odnawianej katedrze brakowało jeszcze organów. Nowe instrumenty dzięki zabiegom bp. Rozwadowskiego ufundowały Episkopaty Austrii i Niemiec. Mniejsze zagrały w 1974 roku, większe w 1977.
Kielich dla kurażu
Dlaczego wybuchł pożar? Nie wiadomo. Śledztwo umorzono z powodu braku dowodów.
Jak zwykle w takich przypadkach pojawiają się spiskowe teorie.
Jeden z księży pamiętający tamte wydarzenia mówi, że na drugi dzień słyszał relację zakonnicy, która 11 maja prowadziła lekcję religii w budynku przy Worcella 9. Podobno wszyscy jej uczniowie usłyszeli ogromny wybuch. Zerwali się z ławek, podbiegli do okien i zobaczyli, że katedra się pali. - A więc to nie było powolne, chwilowe zapalanie, tylko natychmiast cały dach był w płomieniach - mówi ksiądz. - Może więc pożar nie był dziełem przypadku.
Ktoś wtedy mówił, że w diecezji łowickiej też w tym czasie spalił się kościół, dlatego podejrzewano, że było to podpalenie.
Dziś jednak niewielu w to wierzy. Ks. Kulesza: - Wygląda na to, że to jednak był nieszczęśliwy wypadek. Drewniane sklepienie było gęste jak las. Do tego doszła niedoskonała instalacja elektryczna. Do jednego gniazdka robotnicy podłączyli pewnie kilka urządzeń, kable się rozgrzały i w końcu zapaliły się od nich belki.
W śledztwie głównymi podejrzanymi byli robotnicy, którzy naprawiali dach.
Ks. Kulesza zwraca uwagę, że mało prawdopodobne, by na początku lat 70. Kościołowi udało się zatrudnić profesjonalistów. - To mogli być przypadkowi ludzie. Pracowali na wysokości bez zabezpieczeń. Jeśli się bali wspinaczki po rusztowaniach, pewnie wypijali kielicha dla kurażu. Taka była wtedy etyka pracy.
W każdym razie ani strażacy, ani śledczy nie znaleźli dowodów potwierdzających ich winę.
Strażacy, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że po takim pożarze trudno o dowody. - Wtedy mówiło się tak: godzina 15, bierz kapotę, pie... szefa i robotę - przypomina jeden ze strażaków. - I tak pewnie budowlańcy zrobili. Wyszli, a na poddaszu coś się tliło. Możliwe, że belki były posmarowane materiałem łatwopalnym - bo taka była wtedy moda, że drewno impregnowano starym olejem. Według mnie już o godz. 17 musiało się dobrze palić. Dymu od razu nie było widać, bo pod dachem było dużo powietrza, a jak nie było przeciągu, to się nie dymiło. A nawet jak poszedł lekki dymek, to pewnie nikt go nie zauważył, przecież katedra ma kilkadziesiąt metrów wysokości, a ludzie nie chodzą z głowami podniesionymi do góry. Dlatego jak ludzie wchodzili na nabożeństwo majowe, to pod dachem pewnie było już morze ognia.
Oprócz relacji w "Głosie Robotniczym", "Dzienniku Łódzkim", "Expressie Ilustrowanym" korzystałem z "Wiadomości Diecezjalnych Łódzkich" oraz książek: "Archikatedra łódzka" Marka Budziarka i "Bazylika archikatedralna w Łodzi" Krzysztofa Stefańskiego. Dziękuję Łukaszowi Głowackiemu z Radia Vox FM za zgodę na wykorzystanie jego wywiadu z ks. Piotrem Rycerskim, a Archidiecezjalnemu Archiwum za udostępnienie dokumentów i zdjęć.
Ks. Stanisław: - Pamiętam, że 1 października ks. biskup Rozwadowski odprawiał pod "Piątką" nabożeństwo różańcowe. Po nim przeniósł Najświętszy Sakrament do katedry i umieścił go w ołtarzu Matki Bożej Częstochowskiej. Katedra znów była otwarta. Ale msze odprawiano w kaplicy za prezbiterium. Dopiero na Boże Narodzenie 1971 r. otwarto boczne nawy. Środek świątyni wciąż był zamknięty - trwała naprawa sklepienia.
Aleksander Kubisztal: - Pierwszy raz po pożarze byłem w katedrze w październiku 1971 r. Rzuciły mi się w oczy specyficzne ślady na ścianach - gdzieś do metra nad posadzką były przebarwienia. Wyglądało to jak ślad po brudnej wodzie. Nie wiem, czy naprawdę było jej tam aż tyle.
Eksperci z Politechniki zalecili solidne wzmocnienie stropu. Dlatego nawiercono w nim 11 tys. otworów. Później na sklepieniu położono metalową siatkę. Przez otwory przełożono stalowe pręty, na nich podwieszono siatkę na spodzie sklepienia i tak zabezpieczoną konstrukcję pokryto nowym tynkiem.
Całe wnętrze oddano do użytku przed świętami w 1972 roku. Na zewnątrz postawiono nową stalową więźbę dachu, obłożono ją żelbetowymi płytami i dopiero pokryto miedzianą blachą.
Remont wspomina ks. Stanisław: - Pamiętam, jak wciągali deski pozbijane w większe płyty. A potem, jak montowali więźbę, to przystawali dźwigi. Najpierw piaskowali konstrukcję, później wciągali - huk był wielki, aż ludzie przystawali. Oni się spieszyli, bo koszty tych dźwigów były duże. Widziałem, jak wieżyczkę sygnaturkę złożyli na ziemi, później dźwig ją podniósł i z góry postawił. To był 1973 rok.
Ks. Kulesza: - Okazało się, że tylko jedna firma dysponuje sprzętem do pracy na wysokości kilkudziesięciu metrów. To był Mostostal z Będzina. Problem polegał na tym, że to było państwowe przedsiębiorstwo. Potrzebna była zgoda wydziału ds. wyznań. Nie wiem, jak udało się ją zdobyć, ale wyobrażam sobie, że nie było to takie proste.
W odnawianej katedrze brakowało jeszcze organów. Nowe instrumenty dzięki zabiegom bp. Rozwadowskiego ufundowały Episkopaty Austrii i Niemiec. Mniejsze zagrały w 1974 roku, większe w 1977.
Kielich dla kurażu
Dlaczego wybuchł pożar? Nie wiadomo. Śledztwo umorzono z powodu braku dowodów.
Jak zwykle w takich przypadkach pojawiają się spiskowe teorie.
Jeden z księży pamiętający tamte wydarzenia mówi, że na drugi dzień słyszał relację zakonnicy, która 11 maja prowadziła lekcję religii w budynku przy Worcella 9. Podobno wszyscy jej uczniowie usłyszeli ogromny wybuch. Zerwali się z ławek, podbiegli do okien i zobaczyli, że katedra się pali. - A więc to nie było powolne, chwilowe zapalanie, tylko natychmiast cały dach był w płomieniach - mówi ksiądz. - Może więc pożar nie był dziełem przypadku.
Ktoś wtedy mówił, że w diecezji łowickiej też w tym czasie spalił się kościół, dlatego podejrzewano, że było to podpalenie.
Dziś jednak niewielu w to wierzy. Ks. Kulesza: - Wygląda na to, że to jednak był nieszczęśliwy wypadek. Drewniane sklepienie było gęste jak las. Do tego doszła niedoskonała instalacja elektryczna. Do jednego gniazdka robotnicy podłączyli pewnie kilka urządzeń, kable się rozgrzały i w końcu zapaliły się od nich belki.
W śledztwie głównymi podejrzanymi byli robotnicy, którzy naprawiali dach.
Ks. Kulesza zwraca uwagę, że mało prawdopodobne, by na początku lat 70. Kościołowi udało się zatrudnić profesjonalistów. - To mogli być przypadkowi ludzie. Pracowali na wysokości bez zabezpieczeń. Jeśli się bali wspinaczki po rusztowaniach, pewnie wypijali kielicha dla kurażu. Taka była wtedy etyka pracy.
W każdym razie ani strażacy, ani śledczy nie znaleźli dowodów potwierdzających ich winę.
Strażacy, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że po takim pożarze trudno o dowody. - Wtedy mówiło się tak: godzina 15, bierz kapotę, pie... szefa i robotę - przypomina jeden ze strażaków. - I tak pewnie budowlańcy zrobili. Wyszli, a na poddaszu coś się tliło. Możliwe, że belki były posmarowane materiałem łatwopalnym - bo taka była wtedy moda, że drewno impregnowano starym olejem. Według mnie już o godz. 17 musiało się dobrze palić. Dymu od razu nie było widać, bo pod dachem było dużo powietrza, a jak nie było przeciągu, to się nie dymiło. A nawet jak poszedł lekki dymek, to pewnie nikt go nie zauważył, przecież katedra ma kilkadziesiąt metrów wysokości, a ludzie nie chodzą z głowami podniesionymi do góry. Dlatego jak ludzie wchodzili na nabożeństwo majowe, to pod dachem pewnie było już morze ognia.
Oprócz relacji w "Głosie Robotniczym", "Dzienniku Łódzkim", "Expressie Ilustrowanym" korzystałem z "Wiadomości Diecezjalnych Łódzkich" oraz książek: "Archikatedra łódzka" Marka Budziarka i "Bazylika archikatedralna w Łodzi" Krzysztofa Stefańskiego. Dziękuję Łukaszowi Głowackiemu z Radia Vox FM za zgodę na wykorzystanie jego wywiadu z ks. Piotrem Rycerskim, a Archidiecezjalnemu Archiwum za udostępnienie dokumentów i zdjęć.
- 13 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Re: Katedra w morzu ognia, praktycznie przestała
prorok_lebioda
17.05.10, 17:11
Było nie gasić, mielibyśmy dziś drugą Norwegię \m/»
-
Zdarzyło się w Łodzi: 1971 r. - Katedra w morzu...
orgelmusik
18.05.10, 17:54
Zapiera dech w piersiach, jak się czyta!»
-
Zdarzyło się w Łodzi: 1971 r. - Katedra w morzu...
andre-48
19.05.10, 10:22
Byłem wtedy na Piotrkowskiej i jak usłyszałem syreny poszedłem za wozami strażackimi. Dach katedry był jeszcze cały, ogień było widać tylko w niektórych okienkach dachu i z wierzycki »







więcej zdjęć