Firmy odzieżowe w kryzysie. Łódź straciła najwięcej?
2010-04-05
, aktualizacja: 03.04.2010 15:46
Branża odzieżowa okrzepła w kryzysie. Analitycy twierdzą: liczba upadłości się podwoi. Firmy tną koszty i zapowiadają: żadnych reklam z zagranicznymi aktorami. A klienci? Wreszcie wracają do sklepów.
ZOBACZ TAKŻE
- All Rights "Reserved", czyli przygoda pewnej Amerykanki (17-06-10, 04:27)
- Sfinks przechodzi w ręce kobiety. Jest też nowa oferta (13-04-10, 19:26)
- Fashion Week w europejskim stylu zawita do Łodzi (23-03-10, 20:13)
- Fashion Week zostaje w Łodzi. Poleciały głowy w UMŁ (18-03-10, 07:00)
- Łódź straci tytuł stolicy mody i wszystkie festiwale? (17-03-10, 12:07)
- Problem z festiwalami. Łódź nadal sobie nie radzi? (23-03-10, 20:48)
Fashion Week 2009. Zobacz kreacje światowych projektantów.
W 2009 roku nad tekstyliami przetoczyło się gospodarcze tsunami. Banki wypowiadały kredyty. Rosły koszty wynajmu powierzchni sklepowych, które klienci omijali szerokim łukiem. Z raportu wywiadowni gospodarczej Dun & Bradstreet wynika, że aż 88 firm odzieżowych postawiono w zeszłym roku w stan upadłości. Najgłośniejsze upadki to Semax (sieci Deep, Vabbi i Hot Oil), Monnari Trade (m.in. Monnari, Pabia), Galeria Centrum (dawniej w Vistula Group) i Reporter. - Przyczyną upadłości 90 proc. firm w Polsce są zatory płatnicze - mówi Tomasz Starzyk z Dun & Bradstreet Poland.
W styczniu w stan likwidacji postawiono Collar Textil, a jako jedną z przyczyn podaje się upadek najważniejszych partnerów, m.in. Moltona i Galerii Centrum. - Rok 2010 będzie jeszcze trudniejszy. Szczególnie dla producentów odzieży i wyrobów tekstylnych. Wśród nich spodziewamy się niemal dwukrotnie więcej wniosków o upadłość i postępowań likwidacyjnych - dodaje Starzyk. - Analiza blisko 6,5 tys. firm z branży tekstylnej i odzieżowej pokazała, że w znacznie gorszej kondycji znajdują się producenci niż same sklepy odzieżowe.
Nic dziwnego, że wśród przedsiębiorców trudno o optymizm.
Jacek Ulowski z firmy KAN (marka Tatuum): - Nie liczymy na szybki powrót tak dobrej koniunktury.
Odbudować dobre imię marki
Kilka lat temu polskie marki odważnie inwestowały. Wydawały krocie na reklamę, budowały sieci sklepów, również zagraniczne. - Będziemy mieli sklepy w całej Europie. Mało tego, również w Chinach - zapowiadał Marek Banasiak, prezes Monnari. Z okazji debiutu giełdowego twarzą marki Monnari została niemiecka top modelka Claudia Schiffer. To ona reklamowała markę na billboardach w całym kraju.
Zarząd spółki rzucił się w wir inwestycji. Z kredytów finansowano rozwój sieci sklepów - w Polsce i za granicą. Zarząd uzupełniał też portfel marek, dokupując nowe - m.in. damskie Molton i Pabia. Przeinwestowali. Kiedy banki odmówiły kredytów, a centra handlowe upomniały się o lawinowo rosnące należności - Monnari ogłosiła upadłość. Spółkę postawiono w stan likwidacji.
Pod koniec stycznia tego roku okazało się, że jeszcze jest o co walczyć. Sąd zgodził się na zmianę upadłości likwidacyjnej Monnari na umożliwiającą zawarcie układu z wierzycielami. Zarząd szacuje, że układ powinien zostać zawarty w drugim kwartale. W opublikowanej strategii spółka zapowiada: rezygnację z dynamicznego rozwoju sieci salonów, wstrzymanie ekspansji zagranicznej, koncentrację na marce Monnari, ograniczenie liczby salonów do stu (42 proc. wcześniejszej łącznej sieci sprzedaży), likwidację wszystkich sklepów działających pod marką Pabia i nierentownych pod marką Monnari, a zamiast wielkich przecen w sklepach - zmniejszanie powierzchni handlowej i lepsze prognozowanie sprzedaży oraz rezygnację z budowy grupy kapitałowej.
- Bardzo zależy nam na odbudowie dobrego imienia marki, która pomimo problemów spółki nadal jest jedną z bardziej rozpoznawalnych na polskim rynku. Działaniami marketingowymi - choć wiemy, że ich skala nie będzie mogła być tak rozległa jak w latach ubiegłych - będziemy starali się zapewnić nasze klientki, że kupując produkty Monnari, dokonały dobrego wyboru. Będziemy musieli przekonać kontrahentów, dostawców, właścicieli centrów i galerii handlowych, że warto z nami współpracować - mówi Mirosław Misztal, wiceprezes zarządu spółki.
Łódź nierozerwalnie związana z tekstyliami. Tu powstaną ubrania inteligentne. Czytaj więcej.
Obolała, ale w lepszej kondycji niż Monnari wyszła z kryzysu Vistula Group. Jeszcze kilka lat temu Rafał Bauer, poprzedni prezes spółki, marzył o przekształceniu firmy w wielkie imperium mody. Częścią tej wizji była wybujała kampania reklamowa: garnitury Vistuli reklamował Pierce Brosnan. W ten sposób chciano umiejscowić markę na pozycji konkurencyjnej z Kenzo lub Armanim, a nie Bytomiem czy Próchnikiem. Dziś zarząd Vistuli mówi otwarcie: sesji zdjęciowych z zagranicznymi aktorami nie będzie. - Luksusowy brand to zły kierunek. Vistula nie jest i nigdy nie będzie luksusowa, nie zamierzamy się ścigać z kreatorami mody. Kampania reklamowa z udziałem Brosnana spowodowała, że Vistula postrzegana jest teraz przez klientów jako zbyt droga.
Joanna Pająk, kierowniczka działu oceny ryzyka branży lekkiej w Euler Hermes: - Firmy odzieżowe zakładają wzrost obrotów i rentowności poprzez poprawianie i ulepszanie oferty. Wiele wykruszyło się lub popadło w poważne kłopoty finansowe w połowie 2009 roku. Dla tych, które zostały, zrestrukturyzowały się i przyjrzały swoim ofertom, prognozy są już bardziej optymistyczne niż rok temu.
Wielkich ekspansji zagranicznych jednak nie będzie.
Potencjał tkwi w dyskontach
Pomysł na obcięcie kosztów to również rezygnacja z nierentownych sklepów.
Bogusz Kruszyński, wiceprezes spółki Redan: - Jak mówi chińskie przysłowie - "kryzys to wyzwanie". Na jednych działa negatywnie, innym daje impuls do działania. Kiedy uświadomiliśmy sobie, że dekoniunktura nie będzie trwała miesiąc, ale ze dwa lata, zareagowaliśmy i skasowaliśmy nierentowne sklepy.
Ofiarą padły butiki marki Troll. Redan jeszcze rok temu miał 36 sklepów tej marki. Zakończył rok z siedmioma. Dwa sklepy na pewno jeszcze zamkniemy, trzy zostaną, a ważą się losy reszty. - Ich powierzchnie były niewielkie, a produkty w relatywnie niskich cenach. Nie dało się na nich zarabiać. Dlatego zostaniemy tylko w topowych centrach: łódzkiej Manufakturze, Galerii Krakowskiej i chyba w warszawskiej Arkadii - mówi Kruszyński.
Nie oznacza to, że Troll zniknie z rynku. Ubrania tej marki trafią do sklepów multibrandowych Top Secret & Friends. Spółka otworzyła ich już dziewięć. - Te sklepy są większe i tańsze. Akcjonariuszy to cieszy, bo mamy lepsze wyniki finansowe - dodaje Kruszyński.
Kiedy w sektorze modowym czas na oszczędności, Redan postawił na sektor dyskontowy. - W małych miastach, z dobrą relacją ceny do jakości - mówi Kruszyński.
Lokomotywą spółki stała się tania sieć dyskontów odzieżowych Textilmarket (samoobsługowych sklepów z dobrymi cenami sprzedaży, które pozwalają na uzyskanie relatywnie wysokiej marży). W strategii rozwoju na lata 2010-2012, opublikowanej w styczniu, firma zapowiada, że w ciągu trzech lat podwoi sprzedaż. Chce zwiększyć liczbę sklepów (o 251 nowych placówek w ciągu trzech lat). Coraz więcej ma być właśnie dyskontów - ich liczba ma wzrosnąć ze 157 na koniec 2009 r. do 346 na koniec 2012 r. Docelowo Redan widzi w Polsce miejsce na 500 sklepów pod tą marką.
W poszukiwaniu oszczędności Redan zredukował też zagraniczną działalność, wycofał się z Czech i Słowacji. - Zostaniemy na Ukrainie. Mamy tam spółkę zależną, która w zeszłym roku wyszła na zero i jesteśmy przekonani, że w kolejnych latach zacznie zarabiać. Ukraiński rynek jest łatwiejszy niż czeski, na którym jest tak duża konkurencja jak w Polsce. Na Ukrainie mamy cztery własne sklepy i osiem franczyzowych. Stawiamy na rozwój sieci tych ostatnich. Sklepy własne za granicą nie są naszym głównym celem - nie ukrywa Kruszyński.
Potentatem, jeśli chodzi o liczbę zagranicznych sklepów, jest firma KAN z Łodzi. Ubrania marki Tatuum sprzedaje w swoich butikach m.in. w Czechach, na Litwie i Ukrainie, w Niemczech, Rosji, Rumunii, na Węgrzech, a nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kiedy kursy walut wzrosły, a centra handlowe podniosły ceny najmu, KAN zaczął pertraktować, jak je obniżyć. - Udało nam się wynegocjować niższe stawki na Ukrainie i w Rosji. Na tych rynkach kryzys jest na tyle widoczny, że wynajmujący są skłonni do ustępstw. W ogóle dekoniunktura zmusiła nas do uważniejszego przyjrzenia się kosztom i cięcia tych nieuzasadnionych: od materiałów biurowych po ceny transportu - mówi Jacek Ulowski, dyrektor finansowy KAN.
W porównaniu z ubiegłymi latami (a nawet z 2009, kiedy otwarto 18 sklepów, w tym na dwóch nowych rynkach - na Litwie i w Rumunii) ekspansja zagraniczna firmy nie będzie tak wybujała. W planach jest tylko sześć otwarć - nie tylko pod szyldem Tatuum, również sklepów z akcesoriami nowej marki Coyoco. KAN zrezygnował z planowanego debiutu w krajach skandynawskich. - Musieliśmy przesunąć ten projekt w czasie z powodu braku możliwości sfinansowania go ze źródeł zewnętrznych - przyznaje Ulowski.
Wszystko wskazuje na to, że najbardziej spektakularną lokalizacją KAN pozostanie sklep w Szanghaju, który firma otworzyła w ubiegłym tygodniu. Ale w Chinach łatwiej się przebić - KAN zna tamtejsze realia, bo od lat szyje w Azji. Dzięki temu może zredukować koszty. A wiedza o przepisach i obyczajach biznesowych ułatwiła start. Adam Kapitańczyk, szef biura KAN w Hong Kongu: - Każdy nowy rynek jest ryzykiem. Ale Azja coraz bardziej zbliża się do Europy, wszyscy duzi gracze odzieżowi już tam są.
Wracamy do sklepów
Z recesji najbardziej cieszyli się klienci. W czasie prosperity nie mogli liczyć na tak głębokie obniżki, jak w 2009 roku - również przedsezonowe i posezonowe. - Klienci stali się zdecydowanie ostrożniejsi. Część przestała w ogóle chodzić do centrów handlowych - przyznaje Kruszyński.
Sytuacja poprawiła się dopiero w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Kruszyński: - Tak jakby ludzie przekonali się, że kryzys był zjawiskiem przede wszystkim medialnym! Mamy w sklepach liczniki klientów i widzimy, że nie ma spadku w porównaniu ze styczniem ubiegłego roku.
Lokomotywą spółki stała się tania sieć dyskontów odzieżowych Textilmarket (samoobsługowych sklepów z dobrymi cenami sprzedaży, które pozwalają na uzyskanie relatywnie wysokiej marży). W strategii rozwoju na lata 2010-2012, opublikowanej w styczniu, firma zapowiada, że w ciągu trzech lat podwoi sprzedaż. Chce zwiększyć liczbę sklepów (o 251 nowych placówek w ciągu trzech lat). Coraz więcej ma być właśnie dyskontów - ich liczba ma wzrosnąć ze 157 na koniec 2009 r. do 346 na koniec 2012 r. Docelowo Redan widzi w Polsce miejsce na 500 sklepów pod tą marką.
W poszukiwaniu oszczędności Redan zredukował też zagraniczną działalność, wycofał się z Czech i Słowacji. - Zostaniemy na Ukrainie. Mamy tam spółkę zależną, która w zeszłym roku wyszła na zero i jesteśmy przekonani, że w kolejnych latach zacznie zarabiać. Ukraiński rynek jest łatwiejszy niż czeski, na którym jest tak duża konkurencja jak w Polsce. Na Ukrainie mamy cztery własne sklepy i osiem franczyzowych. Stawiamy na rozwój sieci tych ostatnich. Sklepy własne za granicą nie są naszym głównym celem - nie ukrywa Kruszyński.
Potentatem, jeśli chodzi o liczbę zagranicznych sklepów, jest firma KAN z Łodzi. Ubrania marki Tatuum sprzedaje w swoich butikach m.in. w Czechach, na Litwie i Ukrainie, w Niemczech, Rosji, Rumunii, na Węgrzech, a nawet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Kiedy kursy walut wzrosły, a centra handlowe podniosły ceny najmu, KAN zaczął pertraktować, jak je obniżyć. - Udało nam się wynegocjować niższe stawki na Ukrainie i w Rosji. Na tych rynkach kryzys jest na tyle widoczny, że wynajmujący są skłonni do ustępstw. W ogóle dekoniunktura zmusiła nas do uważniejszego przyjrzenia się kosztom i cięcia tych nieuzasadnionych: od materiałów biurowych po ceny transportu - mówi Jacek Ulowski, dyrektor finansowy KAN.
W porównaniu z ubiegłymi latami (a nawet z 2009, kiedy otwarto 18 sklepów, w tym na dwóch nowych rynkach - na Litwie i w Rumunii) ekspansja zagraniczna firmy nie będzie tak wybujała. W planach jest tylko sześć otwarć - nie tylko pod szyldem Tatuum, również sklepów z akcesoriami nowej marki Coyoco. KAN zrezygnował z planowanego debiutu w krajach skandynawskich. - Musieliśmy przesunąć ten projekt w czasie z powodu braku możliwości sfinansowania go ze źródeł zewnętrznych - przyznaje Ulowski.
Wszystko wskazuje na to, że najbardziej spektakularną lokalizacją KAN pozostanie sklep w Szanghaju, który firma otworzyła w ubiegłym tygodniu. Ale w Chinach łatwiej się przebić - KAN zna tamtejsze realia, bo od lat szyje w Azji. Dzięki temu może zredukować koszty. A wiedza o przepisach i obyczajach biznesowych ułatwiła start. Adam Kapitańczyk, szef biura KAN w Hong Kongu: - Każdy nowy rynek jest ryzykiem. Ale Azja coraz bardziej zbliża się do Europy, wszyscy duzi gracze odzieżowi już tam są.
Wracamy do sklepów
Z recesji najbardziej cieszyli się klienci. W czasie prosperity nie mogli liczyć na tak głębokie obniżki, jak w 2009 roku - również przedsezonowe i posezonowe. - Klienci stali się zdecydowanie ostrożniejsi. Część przestała w ogóle chodzić do centrów handlowych - przyznaje Kruszyński.
Sytuacja poprawiła się dopiero w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Kruszyński: - Tak jakby ludzie przekonali się, że kryzys był zjawiskiem przede wszystkim medialnym! Mamy w sklepach liczniki klientów i widzimy, że nie ma spadku w porównaniu ze styczniem ubiegłego roku.
Przeczytaj jak Łódź staje się kolejną europejską stolicą mody.
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Firmy odzieżowe w kryzysie. Łódź straciła najwi...
jazzman1979
06.04.10, 09:28
Próchnik przestaje szyć w Łodzi. Wypowiedzenia dostało 105 szwaczek. -Produkcja przestała być rentowna - mówi prezes spółki. lodz.gazeta.pl/lodz/1,35153,5879772.htmlAle ceny to nadal ma być»




