Dziewczyna z kwiatem

Marcin Masłowski i Jerzy Walczyk
2010-02-26 , aktualizacja: 26.02.2010 17:07
A A A Drukuj
Grób Magdy Sobczak na Starym Cmentarzu w Łodzi Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta Grób Magdy Sobczak na Starym Cmentarzu w Łodzi
Tą zbrodnią przed pół wiekiem żyła cała Łódź. Kto zabił Magdę? Nieudany rabunek? Zawód miłosny? A może zemsta za to, co jej ojciec zrobił podczas okupacji? Milicji zagadki nigdy nie udało się rozwiązać - piszą Marcin Masłowski i Jerzy Walczyk.
Magda Sobczak była uczennica X LO. Na zdjęciu Magda w stroju gejszy na balu karnawałowym w auli liceum. Fotografię wykonano kilka tygodni przed tragiczną śmiercią Magdy
Magda Sobczak była uczennica X LO. Na zdjęciu Magda w stroju gejszy na balu karnawałowym w auli liceum. Fotografię wykonano kilka tygodni przed tragiczną śmiercią Magdy
Kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161, gdzie mieszkała rodzina Sobczaków już nie ma. Magda mieszkała na trzecim piętrze (na zdjęciu widać balkon, z prawej sąsiadujący z białą kamienicą), na który Magda próbowała się dostać uciekając przed mordercą
Kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161, gdzie mieszkała rodzina Sobczaków już nie ma. Magda mieszkała na trzecim piętrze (na zdjęciu widać balkon, z prawej sąsiadujący z białą kamienicą), na który Magda próbowała się dostać uciekając przed mordercą
Gdy wejdzie się na katolicki Stary Cmentarz przy ul. Ogrodowej, tuż za bramą trzeba skręcić w prawo. Kilkanaście metrów dojść alejką do końca, niemal do cmentarnej kancelarii i skręcić w lewo. To aleja Kasztanowców. Jeszcze kilka metrów i już widać grób. I rzeźbę dziewczynki z kwiatem w rękach. Rzeźba jest z brązu, ręce wyciągnięte przed siebie, oczy wzniesione ku górze. Na postumencie napis: Magda Sobczak, 6.IV.1945 - 23.IV.1962. Zginęła tragicznie. Pokój jej duszy.

Twarz i piersi przykryte poduszką

Wielkanoc 1962 roku była naprawdę upalna. Święta wypadały pod koniec kwietnia, ale temperatury były typowo wakacyjne. Gazety donosiły, że 27 stopni Celsjusza w cieniu znów zaskoczyło handel. W łódzkich sklepach zabrakło lodów i napojów chłodzących - pisał "Express Ilustrowany".

To były idealne dni na świąteczną wycieczkę. Rodzina Sobczaków jak niemal co weekend spakowała się do swojej warszawy i wyjechała na dwa dni do stolicy. Pierwotnie mieli jechać do Zakopanego, ale zmienili plany. - To byli bardzo zamożni ludzie - opowiada Adam Antczak, emerytowany dziś policjant komendy wojewódzkiej i tropiciel kryminalnych zagadek Łodzi. W Antczaku, który niemal przez całą karierę policyjną był w "dochodzeniówce" ta sprawa siedzi do dziś. To on ocalił ją od zapomnienia, przegrzebując się przez akta sprawy i robiąc notatki i szkice, zanim dokumenty zostały zniszczone. - Miałem wtedy osiem lat, gdy Magda zginęła. Ale mówiło się o tym w mieście, pamiętam jak dziś. Poza tym chodziłem później do tego samego liceum co ona, nie sposób więc o tym zapomnieć.

Stanisław Sobczak był tzw. prywatną inicjatywą. Miał fabryczkę słodyczy. Stać więc ich było na nocleg w drogich hotelach w Warszawie czy samochód. Przecież warszawa, którą jeździli, kosztowała wtedy jakieś 90 tys. zł, a przeciętna pensja urzędnika to były dwa tysiące złotych. No i nie każdy mógł ją kupić, nawet jeśli miał pieniądze. Miał też duży letni dom w Grotnikach.

- Tak, to był milioner - wspomina Bolesław Wiśniak, emerytowany łódzki rzemieślnik, kolega Sobczaka z cechu. - Cała Łódź jadła w tamtych czasach cukierki Sobczaków. Garaż miał w podwórku obok, co było wtedy wielkim luksusem.

Ale nie cała rodzina pojechała w świąteczny poniedziałek do Warszawy. W domu została Magda, 17-letnia, młodsza córka rzemieślnika. Chciała się trochę pouczyć, poza tym dzień później jechała z harcerzami z hufca na wycieczkę do lasów pod Wiączyniem. - Wyjazd do Warszawy po prostu jej nie pasował - mówi Antczak. - Zjadła z rodzicami świąteczne śniadanie i poszła na balkon opalać się i czytać "Lalkę".

Stanisław Sobczak, jego żona Maria i starsza córka Dorota wrócili z Warszawy we wtorek wieczorem. Mieszkali w nieistniejącej już dziś pięknej, trzypiętrowej kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161. Na dole była kolektura Monopolu Loteryjnego i sklep z obuwiem. Dziś na jej miejscu przebiega al. Mickiewicza i ma stanąć hotel Hilton.

Pod drzwiami mieszkania na trzecim piętrze stały dwie butelki z mlekiem. Drzwi były zamknięte. Gdy weszli, panowała kompletna cisza. W przedpokoju paliło się światło, na podłodze leżał rozbity wazonik, który zwykle stał na małym stoliku przy wejściu.

- Magdę znaleźli w dużym pokoju. Leżała na dywanie, na wznak. Twarz i piersi miała przykryte poduszką. Nie żyła. Gdy wezwany lekarz kilkanaście minut później zdjął poduszkę, wszyscy zobaczyli, że w jej sercu tkwi nóż - mówi Antczak.

Milicja już jest na tropie...

Tekst o zabójstwie Magdy ukazał się już 25 kwietnia w "Expressie Ilustrowanym". Na pierwszej stronie. "Zbrodnia przy ul. Piotrkowskiej. Kto jest mordercą?" - krzyczał nagłówek gazety. I dalej: "W świąteczny poniedziałek przed południem państwo Sobczakowie, zabrawszy z sobą starszą córkę, wyjechali do Warszawy. W ich mieszkaniu przy ul. Piotrkowskiej 161 pozostała tylko 17-letnia Magda. Ona też właśnie padła ofiarą zbrodni. Prawdopodobnie gdzieś w godzinach wieczornych zasztyletował ją nieznany dotąd sprawca. Kiedy wczoraj około godz. 21 rodzice Magdy powrócili do domu, ujrzeli przerażający widok. Ich córka leżała na podłodze w kałuży krwi. W piersi zamordowanej tkwił długi nóż. Niestety - pisał dziennikarz "Expressu" - nie możemy jeszcze podać szczegółów zbrodni. Przybyli na miejsce wypadku milicjanci i prokurator zabronili wejścia do mieszkania Sobczaków. Można jednak przypuszczać, że w chwili, kiedy czytelnicy otrzymali ten numer "Expressu", śledztwo jest już poważnie zaawansowane i stopniowo zamyka się krąg podejrzeń wokół sprawcy zabójstwa".

W tym ostatnim zdaniu reporter gazety się pomylił. Sprawa zabójstwa Magdy Sobczak od 48 lat stanowi zagadkę. I zapewne nigdy już nie zostanie rozwiązana.

Potem w gazecie na dłuższy czas zapadła cisza, bo i śledztwo się naprzód nie bardzo posuwało. Przełom miał nastąpić niemal 10 lat później...

"Dziennik Łódzki" o zabójstwie nic nie napisał. Dopiero cztery dni później, 27 kwietnia, pojawiły się nekrologi. Pierwszy od rodziny. "W dniu 23 kwietnia zmarła śmiercią tragiczną w 18. wiośnie życia nasza najdroższa i najukochańsza Córka i Siostra. Magda Sobczak. Uczennica 10 klasy X Liceum Ogólnokształcącego im. M. Konopnickiej w Łodzi.".

Kolejny, tym razem ze szkoły. "Dobra, miła, pełna szlachetnych uczuć pozostawi na zawsze w sercach naszych głęboki żal i smutek. Wychowawczyni i koleżanki z X LO, klasy X B.".

I trzeci nekrolog. Ufundowany przez kolegów z Cechu Rzemiosł Spożywczych i Zrzeszenia Gospodarczego w Łodzi.

Jak zginęła Magda?

Milicjanci przed ponad 10 godzin badali ślady w mieszkaniu Sobczaków. Stwierdzili, że drzwi zamykane na dwa patentowe zamki nie były uszkodzone. Mogło to świadczyć o tym, że albo Magda znała napastnika i go sama wpuściła do mieszkania, albo że morderca otworzył drzwi dorobionymi kluczami. Przy drzwiach, na ścianie ekipa dochodzeniowa komendy wojewódzkiej milicji obywatelskiej odkryła też ślad odciśniętej dłoni. - Może Magda, próbując zamknąć drzwi przed napastnikiem, nie była w stanie zatrzasnąć drzwi, próbowała więc uciekać w głąb mieszkania? - zastanawia się Antczak, patrząc na szkic mieszkania.

Morderca pierwszy cios zadał wazonem stojącym w przedpokoju. Dziewczyna uciekała w stronę balkonu, który wychodził na ulicę Piotrkowską. - Może chciała wzywać pomocy? - znów pyta sam siebie emerytowany policjant.

Nie zdążyła. Napastnik uderza ją ponownie. Tym razem butelką po piwie Radeberger, która stała na stole. Potem rozbija Magdzie głowę kryształowym wazonem. Gdy ofiara upadła, morderca przeciągnął jej ciało do drugiego pokoju, ułożył w pobliżu stołu i nożem wziętym z talerza z resztkami wędlin trzykrotnie uderzył w serce dziewczyny. Noża nawet nie wyciągnął. Jej twarz i piersi przykrył ciemną poduszką, którą ściągnął z tapczanu.

Doktor Zygmunt Fiedorczuk, który przeprowadził sekcję zwłok, nie stwierdził, że morderstwo było na tle seksualnym. Brak paznokcia na prawym palcu wskazującym według niego może zaś oznaczać, że Magda stoczyła walkę o swoje życie.

Pogrzeb Magdy na Starym Cmentarzu odbył się 27 kwietnia. Były na nim tłumy łodzian. - Jeszcze przed długie miesiące tym wydarzeniem żyła cała Łódź - opowiada pan Tadeusz Walczak, elektryk. - Pracowałem na placu Komuny Paryskiej, a mieszkałem na ulicy PKWN, dziś Dowborczyków. Co dzień, wracając z pracy, skręcałem w Piotrkowską, aby postać pod kamienicą, w której Magda mieszkała. Przychodziło tam wielu ludzi, opowiadali niestworzone rzeczy. Wiem, że to zabrzmi dziwnie. Dzisiaj całe rodziny wybierają się na spacer do galerii handlowych, a wtedy chodziło się na Stary Cmentarz, aby przy grobie Magdy porozmawiać z innymi ludźmi, czy pojawiły się nowe informacje o śmierci Sobczakówny, czy śledztwo ruszyło do przodu...

Tak narodziła się plotka.

Carskie rublówki i mężczyzna w płaszczu

Morderstwo 17-letniej Magdy wstrząsnęło Łodzią. Dziewczyna była uczennicą prestiżowego X Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Konopnickiej. Dziś tej szkoły już nie ma. Przy al. Kościuszki 65 uczą się studenci polonistyki i anglistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Znajomi Magdy podczas dochodzenia zgodnie mówili, ze ich koleżanka nie zachowywała się jak córka bogacza. Była skromna i poważna, nie demonstrowała swojej zamożności, nie lubiła chodzić na prywatki ani do modnych w tym czasie łódzkich lokali, takich jak kawiarnia hotelu Grand czy restauracja Tivoli i kawiarnia Honoratka. Po maturze chciała studiować.

Kto więc zabił Magdę? - Miasto huczało od plotek. Do milicji co rusz trafiały anonimowe listy z najdziwniejszymi nawet teoriami - opowiada Antczak, który przeczytał wszystkie akta operacyjne dotyczące morderstwa Magdy, zanim zostały zniszczone w archiwum milicyjnym. - Prowadzący śledztwo postawili trzy najbardziej prawdopodobne hipotezy: motyw rabunkowy, zawód miłosny i zemsta.

Według milicjantów motyw rabunkowy raczej nie wchodził w rachubę, bo według ojca Magdy z mieszkania nie zginęły żadne cenne przedmioty. Mieszkanie było splądrowane (wszystkie szafy były pootwierane), ale morderca nie zabrał ani drogich futer, ani kilku eleganckich garniturów. Nawet z aktówki Sobczaka nie zginął zwitek 75 banknotów o nominale ówczesnych 50 złotych. A były to wtedy dwie średnie pensje.

Antczak: - Chociaż mogło być i tak, że coś jednak cennego zginęło. Anonimy i plotki donosiły o kilogramach złotych monet dolarowych i tzw. świnek złotych carskich rublówek, które złodzieje mieli wynieść z domu. Tylko Sobczak nie chciał się do tego przyznać, by uniknąć bolesnego domiaru podatkowego i kar administracyjnych.

Brano też pod uwagę, że Magdę mógł zabić chłopak, którego zaloty zostały odrzucone. W zeznaniach kilku sąsiadów rodziny Sobczaków pojawił się bowiem tajemniczy młody mężczyzna w zielonym płaszczu, który w wielkanocny poniedziałek był widziany na klatce schodowej w kamienicy przy ul. Piotrkowskiej. Widziała go Bronisława Z., a także Karol M., kioskarz, który sprzedał mu bilet autobusowy w pawilonie Jaś i Małgosia, naprzeciw kamienicy Sobczaków. Kolejni sąsiedzi widzieli go a to w Wielką Sobotę, a to w świąteczną niedzielę czy wreszcie znów w feralny poniedziałek. Miał mieć na sobie "ciemny garnitur, czarne półbuty i sięgający do kolan, rozpięty popelinowy zielony płaszcz.". Wyglądał na nie więcej niż 19 lat. Średniego wzrostu, czarne włosy, twarz opalona. Rysopis był dość dokładny, ale poszukiwania nie przyniosły rezultatu.

Milicja nigdy jednak nie ustaliła, kim był ów tajemniczy chłopak w zielonym płaszczu.

Zemsta? Wojna? Piasecki?

Była też trzecia hipoteza. Najbardziej chyba ze wszystkich teorii szokująca, o której szeptała cała Łódź. Według anonimów, które trafiły do komendy milicji, zabójstwo Magdy było zemstą na jej ojcu. Sobczak, o czym wszyscy wiedzieli, w czasie okupacji hitlerowskiej mieszkał w Warszawie i zajmował się handlem. - Delikatnie wymieniłem w książce drugą hipotezę. Nie chciałem narażać niczyich uczuć, ale rzeczywiście, taką teorię milicja też sprawdzała - mówi Antczak. - Ale szczegółów nie podawałem.

Plotka głosiła, że wziął z getta żydowskie dziecko - lub nawet kilkoro - które miał ukryć. Miał za to dostać ogromne pieniądze, a następnie wydał dzieci Niemcom. - To prawda. Była taka hipoteza, ale milicji nigdy nie udało się jej potwierdzić ani tez zaprzeczyć - mówi ostrożnie Antczak. - Nic w materiałach operacyjnych na to nie wskazywało.

Według Antczaka ta typowa miejska legenda wybuchła w Łodzi po porwaniu i zabójstwie Bohdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego, przed wojną działacza narodowego, a po wyzwoleniu twórcy stowarzyszenia PAX.

Ta śmierć wstrząsnęła opinią publiczną w Polsce zaledwie pięć lat wcześniej. Makabryczny mord dokonany na pierworodnym synu założyciela PAX-u nasuwał pytania o sprawców i powody ich działania. Przez wiele lat sprawa uprowadzenia i zabójstwa Bohdana Piaseckiego była jednak tematem tabu. Nie chcieli o niej mówić zarówno zamieszani w zbrodnię komuniści, jak i środowiska kształtujące opinie w III RP. Te ostatnie się obawiały, że ujawnienie, iż sprawcami zbrodni byli Żydzi, może rozbudzić w Polsce nastroje antysemickie. Do dzisiaj zbrodnia owiana jest tajemnicą. Pomimo trwającego kilkadziesiąt lat śledztwa nie wiadomo na pewno ani kto zlecił zabójstwo, ani kto zadał śmiertelny cios.

- Ze sprawą Piaseckiego zabójstwa Magdy bym raczej nie łączył - mówi Antczak. - Być może ta plotka pojawiła się jedynie dlatego, że tamta sprawa była świeża, że ludzie ją jeszcze pamiętali.

To ja ją zabiłem!

Milicja przesłuchała setki osób. Typowano kolejnych podejrzanych i zwalniano ich z braku dowodów. Nie pomogła nawet gigantyczna nagroda ufundowana przez Stanisława Sobczaka za pomoc w schwytaniu mordercy. 250 tysięcy złotych, fortuny jak na tamte czasy, nikt nigdy od milicji nie odebrał.

Śledztwo nie przyniosło rezultatów. 6 listopada 1963 roku zostało umorzone. Wydawało się, że przełom nastąpił po wielu latach. W 1971 roku Łódź żyła sprawą tzw. inżynierów. Dzieci prominentnych osób ze świata nauki na przyjęciach u swoich rodziców od gości wyciągały klucze z torebek i płaszczy. Sprawcy robili odciski, potem włamywali się na tzw. pasówkę. Podczas śledztwa jeden z "inżynierów", Wojciech K., absolwent Technikum Łączności, przyznał się nagle do... zabójstwa Magdy Sobczak. Oto fragment jego zeznań: "Przyznaję się, do uderzenia w tyłu głowy kryształem nieznanej mi kobiety, którą zastałem w dniu 24 kwietnia 1962 roku w godzinach rannych w mieszkaniu Sobczaków położonym w Łodzi przy ul. Piotrkowskiej 161".

Wojciech K. opowiedział prokuratorowi, że dom Sobczaków chciał tylko okraść, a pomysł włamania narodził się podczas dancingu w Młodzieżowym Domu Kultury przy ul. Moniuszki. To tam miała bawić się Magda Sobczak. To tam miał mu ją wskazać "jakiś tajemniczy Piotr". Wojciech K. odbił w plastelinie znajdujące się w torebce dziewczyny klucze, kiedy ta tańczyła, a z jej szkolnej legitymacji wziął adres zamieszkania.

Milicjanci nie wierzyli w wersję chłopaka, choć bardzo chcieli, by ogłosić, że po latach znaleźli mordercę dziewczyny. Ale mieli wątpliwości. Wojciech K. w czasie zeznań nie potrafił bowiem dokładnie opisać wyglądu pokoju ani wazonu, którym ponoć uderzył Magdę.

Matka zamordowanej stwierdziła z kolei, że Magda nigdy nie nosiła torebek, dlatego Wojciech K. nie mógł wejść w posiadanie klucza od ich mieszkania. Milicja znalazła nawet tajemniczego Piotra, ale ten wszystkiemu zaprzeczył. Nigdy nie bawił się w Młodzieżowym Domu Kultury, nigdy nic Wojciechowi K. o swojej koleżance nie mówił.

- Facet nagle się przyznał. Potem to odwołał. Wiedzę czerpał z tego, co było w łódzkich gazetach. Jakie były jego motywy? Po co on to mówił? Nie mam zielonego pojęcia - mówi dziś Antczak.

29 marca 1974 roku prokurator Marian Niesyto ostatecznie umorzył śledztwo przeciwko Wojciechowi K. Sprawa Magdy Sobczak została ostatecznie zamknięta w 1982 roku.

Morderca mieszka w Łodzi?

Morderca Magdy pozostaje nieznany do dziś. Nie wiadomo więc, jaki był prawdziwy motyw zbrodni ani nawet kiedy dokładnie została zamordowana dziewczyna. Za tym, że zginęła w świąteczny poniedziałek, przemawiają następujące poszlaki.

* Magda była ubrana w spodenki gimnastyczne, więc mogła opalać się na balkonie.

* Po godz. 19 feralnego dnia nikt już z nią nie rozmawiał ani też nie widział. Po raz ostatni rozmawiała z nią przez telefon koleżanka Ania, która chciała, aby razem poszły na mecz koszykówki do Pałacu Sportu. Magda zrezygnowała, bo chciała wolny czas poświęcić nauce.

* Zasłane łóżko może z kolei świadczyć o tym, że ofiara z niego nie korzystała w nocy z poniedziałku na wtorek.

* Świadkowie widzieli młodego mężczyznę w zielonym płaszczu, który wychodził z klatki schodowej Sobczaków około godz. 18.

Magda mogła jednak równie dobrze zostać więc zamordowana we wtorek. Co na to z kolei wskazuje?

* Spodenki gimnastyczne mogła założyć rano, bo wybierała się na harcerski biwak.

* Zegarek na ręce denatki zatrzymał się na godz. 5.45 i nie wiadomo, czy była to godzina piąta przed, czy po południu.

* Lekarz dokonujący oględzin 24 kwietnia po godz. 22 stwierdził, że zgon nastąpił siedem-dwanaście godzin wcześniej.

Młodego mężczyzny w zielonym płaszczu milicja nigdy nie odnalazła. Nie wiadomo, kim był i dlaczego pojawił się na klatce w kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161. - Jest bardzo prawdopodobne, że zabójca Magdy żyje do dziś i być może nawet mieszka w Łodzi - mówi Antczak. - Nawet gdyby dziś ujawnił się i przyznał do zbrodni, nic nie można byłoby już mu zrobić.

Nigdy nie pytaliśmy

W archiwach policyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi nie ma już śladu po sprawie Magdy Sobczak. Przedawniła się, dokumenty zostały zniszczone, milicjanci, którzy prowadzili śledztwo, już dawno nie żyją. Nie żyją także rodzice Magdy, którzy po zburzeniu kamienicy przy ul. Piotrkowskiej przeprowadzili się do bloku nad przychodnią lekarską przy ul. 10 Lutego. - Nigdy o tej sprawie nie wspominali - mówi sąsiad z mieszkania naprzeciw. - A my nigdy nie pytaliśmy. To były dla nich zbyt bolesne wspomnienia.

Gdy wejdzie się na katolicki Stary Cmentarz przy ul. Ogrodowej, tuż za bramą trzeba skręcić w prawo. Kilkanaście metrów dojść alejką do końca, niemal do cmentarnej kancelarii, i skręcić w lewo. To aleja Kasztanowców. Jeszcze kilka metrów i już widać grób. I rzeźbę dziewczynki z kwiatem w rękach. Rzeźba jest z brązu, ręce wyciągnięte przed siebie, oczy wzniesione ku górze. Z łodygi, które dziewczynka trzyma w rękach, jacyś wandale oderwali kwiaty... Pewnie na złom. Odłupano także girlandy, które były za pomnikiem.

Obok grobu Magdy leżą pochowani jej rodzice. Mama, Maria, zmarła w wieku 85 lat w 2000 roku. Tata, Stanisław, odszedł trzy lata później. Miał 90 lat. Oboje umarli, nie wiedząc, kto zabił ich ukochaną córkę.

Marcin Masłowski, Jerzy Walczyk



Korzystaliśmy z opracowania "Pitaval łódzki" autorstwa Jarosława Warzechy i Adama Antczaka. Dziękujemy też panu Adamowi Antczakowi za udostępnienie fotografii Magdaleny Sobczak i kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 161.

Czy ktoś z Państwa pamięta sprawę Magdy Sobczak? A może wie o niej coś więcej? Czekamy na każdą informację, każdy sygnał. Prosimy o listy i telefony. Za każdą informację będziemy bardzo wdzięczni.



Podziel się

  • 1
  • 90 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    131 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład