Zdziczałe, agresywne psy - jak sobie z nimi radzić?
2010-02-24
, aktualizacja: 24.02.2010 20:12
Jestem zszokowana, że w wielkiej Łodzi nie ma nikogo, kto poradziłby sobie z sześcioma bezpańskimi psami - mówi Halina Ciesielska, która od lat wyłapuje bezdomne zwierzęta. - U nas, na wsi, dajemy sobie z tym radę
ZOBACZ TAKŻE
- Trzy bezpańskie psy już złapane. Szukają dobrego domu (25-02-10, 20:08)
- Dziki na ul. Wycieczkowej. Mieszkańcy boją się o dzieci (04-05-10, 19:30)
- Ponad tysiąc bezpańskich psów czeka na pomoc (26-03-10, 13:08)
- Sądowy finał adopcji psa. Właściciel głodził go i bił? (25-03-10, 20:42)
- Ratują tylko sześć psów miesięcznie. Ani jednego więcej (03-03-10, 20:28)
- Będzie nowe schronisko dla zwierząt. I centrum edukacji (25-02-10, 23:00)
- Bezpańskie psy atakują ludzi. Terror trwa, służby nic (24-02-10, 09:00)
- Z sądu: Zrzucał winę na psy, posiedzi za śmierć żony (10-12-09, 20:46)
- Zagryziona przez psy sąsiada (11-11-09, 12:14)
- Hodowla znanej działaczki Związku Kynologicznego: psy zagryzają się (10-09-09, 07:53)
We wczorajszym wydaniu "Gazety" opisaliśmy bezskuteczną walkę łódzkich służb z watahą psów grasujących w okolicach ulic Puszkina i Dąbrowskiego. Zaalarmowali nas pracownicy ochrony z firmy Solid Security, którzy pilnują bezpieczeństwa jednego z mieszczących się tam zakładów. Ochroniarze opowiadają, że potężne i agresywne psy od dłuższego czasu uprzykrzają życie pracownikom i podróżnym, którzy odjeżdżają z pobliskiego przystanku autobusowego. - Ponad miesiąc interweniujemy u różnych służb, żeby pomogły rozwiązać problem. I nic - mówił Jarosław Tokarski z Solid Security.
W "walkę" zostali zaangażowani policjanci, strażnicy miejscy i przedstawiciele schroniska. Dwukrotnie usypiano psy za pomocą środka dodanego do karmy. Tyle że kierowca ze schroniska nie zdążył po nie przyjechać, budziły się i uciekały. Strażnicy organizowali spotkania z ochroniarzami i ustalali strategię działań. Policjanci przyjmowali zgłoszenia od ochroniarzy i przekazywali je do inżyniera miasta. Przez miesiąc pracownikom schroniska udało się schwytać... zaledwie jedną sukę. A reszta jak grasowała, tak grasuje.
Tekst przeczytała Halina Ciesielska (miłośniczka zwierząt, należała kiedyś do Łódzkiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami) i zadzwoniła do "Gazety": - To nie do pomyślenia, żeby w potężnej Łodzi nie było mocnych na psy - mówi. - Zwierzętami zajmuję się od lat, choć nie mam w tym kierunku wykształcenia. Sama wyłapywałam bezpańskie psy w okolicach Piotrkowa, Radomska, a nawet na Śląsku. Nie zdarzyło się, aby zajęło to więcej niż dwa tygodnie.
Ciesielska mówi, że najbardziej zaskakuje ją bezradność służb wobec psów. - Kiedy czytam, że strażnik bał się wysiąść z samochodu, bo psy obsiadły radiowóz, to współczuję łodzianom funkcjonariuszy. Wychodzi na to, że psy są inteligentniejsze od stróżów prawa. Jestem przekonana, że wielotygodniowe nieudolne próby schwytania zwierząt przez potężnych panów w podkutych butach tylko je wypłoszyły.
Ciesielska tłumaczy, że czworonogi nie zbierają się w zgraje i nie wałęsają po okolicy dla przyjemności, tylko ze strachu i z głodu. - Dlatego najlepszym pomysłem byłoby, gdyby ochroniarze wygonili wszystkie służby i sami zaczęli podawać psom jedzenie w tym samym miejscu. Po jakimś czasie miski można zacząć przesuwać, tak aby znalazły się w jakimś miejscu ogrodzonym. A to umożliwi złapanie psów - informuje. - Poza tym syty pies nie będzie agresywny. Zdarzały mi się przypadki, że zdziczałe zwierzę, którego wszyscy się bali jak ognia, po jakimś czasie zaczynało mnie, czyli osobę dającą mu pożywienie, traktować jak przyjaciela.
Ustawa o ochronie zwierząt mówi, że odławianie i zapewnianie opieki bezdomnym zwierzętom to zadanie gminy. Sprawą watahy z Dąbrowskiego zainteresował się wiceprezydent Łodzi Dariusz Joński. - Spotkam się z dyrekcją schroniska i przedstawicielami wydziału komunalnego. Będziemy rozmawiać o tej sytuacji. Mam nadzieję, że uda się znaleźć rozwiązanie, które można stosować w innych, podobnych przypadkach - mówi.
Czy wyjściem z sytuacji mógłby być patrol ekologiczny? - Od dłuższego czasu proponowałam, aby miasto zatrudniło specjalistów, którzy byliby wyszkoleni w wyłapywaniu bezpańskich zwierząt - mówiła w rozmowie z "Gazetą" Bogumiła Skowrońska, dyrektorka łódzkiego schroniska.
Po naszym tekście działania podjęli policjanci z VIII komisariatu. - Skontaktowaliśmy się już z ochroniarzami, mieliśmy spotkanie z przedstawicielem straży miejskiej. Będziemy próbowali wyśledzić te psy. Z tego, co wiemy, pojawiają się głównie wieczorami i nocą. Jeszcze dziś ruszą tam patrole - zapewniał wczoraj aspirant sztabowy Piotr Prośniak.
agnieszka.urazinska@lodz.agora.pl
joanna.grabowska@lodz.agora.pl
W "walkę" zostali zaangażowani policjanci, strażnicy miejscy i przedstawiciele schroniska. Dwukrotnie usypiano psy za pomocą środka dodanego do karmy. Tyle że kierowca ze schroniska nie zdążył po nie przyjechać, budziły się i uciekały. Strażnicy organizowali spotkania z ochroniarzami i ustalali strategię działań. Policjanci przyjmowali zgłoszenia od ochroniarzy i przekazywali je do inżyniera miasta. Przez miesiąc pracownikom schroniska udało się schwytać... zaledwie jedną sukę. A reszta jak grasowała, tak grasuje.
Tekst przeczytała Halina Ciesielska (miłośniczka zwierząt, należała kiedyś do Łódzkiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami) i zadzwoniła do "Gazety": - To nie do pomyślenia, żeby w potężnej Łodzi nie było mocnych na psy - mówi. - Zwierzętami zajmuję się od lat, choć nie mam w tym kierunku wykształcenia. Sama wyłapywałam bezpańskie psy w okolicach Piotrkowa, Radomska, a nawet na Śląsku. Nie zdarzyło się, aby zajęło to więcej niż dwa tygodnie.
Ciesielska mówi, że najbardziej zaskakuje ją bezradność służb wobec psów. - Kiedy czytam, że strażnik bał się wysiąść z samochodu, bo psy obsiadły radiowóz, to współczuję łodzianom funkcjonariuszy. Wychodzi na to, że psy są inteligentniejsze od stróżów prawa. Jestem przekonana, że wielotygodniowe nieudolne próby schwytania zwierząt przez potężnych panów w podkutych butach tylko je wypłoszyły.
Ciesielska tłumaczy, że czworonogi nie zbierają się w zgraje i nie wałęsają po okolicy dla przyjemności, tylko ze strachu i z głodu. - Dlatego najlepszym pomysłem byłoby, gdyby ochroniarze wygonili wszystkie służby i sami zaczęli podawać psom jedzenie w tym samym miejscu. Po jakimś czasie miski można zacząć przesuwać, tak aby znalazły się w jakimś miejscu ogrodzonym. A to umożliwi złapanie psów - informuje. - Poza tym syty pies nie będzie agresywny. Zdarzały mi się przypadki, że zdziczałe zwierzę, którego wszyscy się bali jak ognia, po jakimś czasie zaczynało mnie, czyli osobę dającą mu pożywienie, traktować jak przyjaciela.
Ustawa o ochronie zwierząt mówi, że odławianie i zapewnianie opieki bezdomnym zwierzętom to zadanie gminy. Sprawą watahy z Dąbrowskiego zainteresował się wiceprezydent Łodzi Dariusz Joński. - Spotkam się z dyrekcją schroniska i przedstawicielami wydziału komunalnego. Będziemy rozmawiać o tej sytuacji. Mam nadzieję, że uda się znaleźć rozwiązanie, które można stosować w innych, podobnych przypadkach - mówi.
Czy wyjściem z sytuacji mógłby być patrol ekologiczny? - Od dłuższego czasu proponowałam, aby miasto zatrudniło specjalistów, którzy byliby wyszkoleni w wyłapywaniu bezpańskich zwierząt - mówiła w rozmowie z "Gazetą" Bogumiła Skowrońska, dyrektorka łódzkiego schroniska.
Po naszym tekście działania podjęli policjanci z VIII komisariatu. - Skontaktowaliśmy się już z ochroniarzami, mieliśmy spotkanie z przedstawicielem straży miejskiej. Będziemy próbowali wyśledzić te psy. Z tego, co wiemy, pojawiają się głównie wieczorami i nocą. Jeszcze dziś ruszą tam patrole - zapewniał wczoraj aspirant sztabowy Piotr Prośniak.
agnieszka.urazinska@lodz.agora.pl
joanna.grabowska@lodz.agora.pl
- 23 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




