Bezpańskie psy atakują ludzi. Terror trwa, służby nic

Joanna Grabowska, Agnieszka Urazińska
2010-02-24 , aktualizacja: 23.02.2010 20:28
A A A Drukuj
Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Sześć bezpańskich psów od tygodni terroryzuje ludzi na Widzewie. Co zrobiły służby odpowiedzialne za ich odłowienie? Dały karmę ze środkiem usypiającym. Psy pojadły, pospały i poszły, bo nikt nie przyjechał, by je zabrać
Rejon ulic Dąbrowskiego i Puszkina. Nie ma tu domów ani bloków. Są zakłady pracy, w których pracują ludzie. To im zagraża zgraja dużych psów. Terenu jednego z zakładów strzeże firma Solid Security. Sprawą zajął się jej przedstawiciel Jarosław Tokarski: - Psy są agresywne. Jeden ma mordę rottweilera. Musieliśmy zawiesić obchody strzeżonego terenu, żeby nie pogryzły naszych pracowników. Zagrożeni są też ludzie na przystanku autobusowym na ul. Puszkina, przyjeżdżający do pracy. Ponad miesiąc interweniujemy u różnych służb, żeby pomogły rozwiązać problem. I nic.

Z zapisków ochroniarzy

26 stycznia. Psy ulokowały się w pobliżu firmy. Rzucają się na ludzi i samochody. Dwa razy dzwonimy do schroniska dla zwierząt. Pracownik przyjeżdża następnego dnia. - Jak ich nie złapiecie, to ich nie zabierzemy - mówi i odjeżdża.

Kolejne telefony w następnych dniach też nie dają nic poza obietnicami, że spróbują pomóc.

5 lutego. Dzwonimy do straży miejskiej. Z jej inicjatywy o godz. 14.20 spotykamy się z trzema strażnikami i pracownikiem schroniska. Jeden strażnik opowiada, że wie, o które psy chodzi. Poprzedniej nocy miał interwencję na ul. Puszkina. Psy tak obsiadły radiowóz, że strażnicy bali się wysiąść. Na naszym terenie rozpoznają dwa z tych psów. Nie próbują ich łapać. Pracownik schroniska zostawia nam karmę i środki usypiające, byśmy sami podłożyli je psom. Uprzedza, że tabletki działają 40 minut. Godz. 16. Dwa psy śpią. Natychmiast dzwonimy do schroniska. Przyjeżdżają po dwóch godzinach. Wyspane i najedzone psy zdążyły uciec. Umawiamy się, że ponowimy próbę rano.

6 lutego, 8 rano. Sześć psów zjada karmę z tabletkami i zasypia. Pracownik schroniska przyjeżdża... po trzech godzinach. Tłumaczy się interwencją w Pabianicach. Znów dzwonimy do schroniska i do straży. Tłumaczą się brakiem środków i sprzętu. Policjanci przyjmują zgłoszenie i oddzwaniają, że... zawiadomili schronisko i straż. Po naszych protestach dają jeszcze telefon do inżyniera miasta. Ten pyta, czego od niego oczekujemy.

8 lutego. Dzwonimy do straży. Słyszymy: „Podjęliśmy działania razem ze schroniskiem”.

9 lutego. Informujemy strażników, że psy mogą należeć do właściciela jednego z pobliskich zakładów. Ci ustalają, że są tam jedynie dokarmiane. Pracownik tego zakładu zobowiązuje się zamknąć bramę podczas dokarmiania psów i powiadomić schronisko.

13 lutego. Psy atakują pracownicę jednej z firm. Ucieka do samochodu. Jeden z psów wskakuje jej na auto. Powiadamiamy straż i schronisko. Nikt się nie zjawia. Nie pomagają telefony na policję i do inżyniera miasta.

15 lutego. Enty raz dzwonimy do schroniska. Pracownica chwali się, że jeden pies został złapany. Jest zadowolona. My nie, bo zostało jeszcze pięć.

17 lutego. Psy biegają. Kolejny telefon do straży i obietnica, że wkrótce przyjadą pracownicy schroniska, by je wyłapać. Nie przyjeżdżają. Pojawia się za to siedmiu strażników. Obchodzą teren i odjeżdżają.

Z raportów służb

W policyjnych sprawozdaniach jest zgłoszenie z 6 lutego. - Dotyczyło sześciu bezpańskich psów biegających po okolicy, rzucających się na samochody i atakujących ludzi - relacjonuje aspirant Radosław Gwis z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. - Dyżurny powiadomił inżyniera miasta i straż miejską. Dyżurny straży zapewnił, że "sprawę znają i prowadzą w tym kierunku działania". Uznaliśmy interwencję za zakończoną.

Straż miejska twierdzi, że choć łapanie psów do niej nie należy, w sprawę się zaangażowała. - Bardziej niż to wynika z naszych możliwości i uprawnień - przekonuje Leszek Wojtas ze straży. - Ustaliliśmy, gdzie psy przebywają najczęściej, doprowadziliśmy do spotkania strażników, ochroniarzy i przedstawiciela schroniska. Ochroniarze mieli podać środek usypiający w karmie, a schronisko - odebrać psy. Zwierzęta zasnęły, ale ze schroniska nikt nie zdążył przyjechać. Dzień później sytuacja się powtórzyła. Ochroniarze wykazali dużo dobrej woli. My też chcieliśmy, ale przecież sami tych psów nie będziemy do schroniska wozić.

O interwencję przy ul. Dąbrowskiego pytamy w schronisku. - Złapaliśmy jedną suczkę, taką najbardziej naiwną. To i tak sukces. Człowiekowi na dwóch nogach trudno dogonić czworonoga - opowiada jedna z pracownic.

Co z pozostałymi psami? Dyrektorka schroniska Bogumiła Skowrońska: - Próbowaliśmy stosować karmę ze środkiem usypiającym. Panowie ochroniarze nie wywiązali się z umowy. Za wcześnie ją podali. Kierowca nie zdążył przyjechać. Mamy tylko jednego, a zgłoszeń o bezpańskich zwierzętach jest mnóstwo. To my ustalamy procedury i ochroniarze powinni się do nich zastosować.

Zapytana o inne metody odławiania bezpańskich psów odpowiada: - Mamy strzelbę i naboje usypiające. Ale nie możemy ich użyć, bo nie mamy do tego osoby z uprawnieniami. Nikt w kraju nie organizuje szkoleń z wyłapywania psów. Trzeba by znaleźć snajpera - policjanta, myśliwego, może strażnika. Ja i kierowca strzelać nie umiemy.

Skowrońska narzeka, że problem bezpańskich zwierząt w Łodzi jest ogromny - w jej placówce jest aż 750 psów, a tylko 250 miejsc. I nie ukrywa irytacji: - Wszystkim wydaje się, że schronisko to taka miejska oczyszczalnia z rzeczy niechcianych. Miasto zrzuca na nas obowiązek usuwania z ulic bezpańskich psów, a tak naprawdę jesteśmy po to, żeby tym niechcianym i porzucanym dawać schronienie i jedzenie, a nie żeby je ganiać.

Od redakcji: 23 lutego. Psy nadal grasują.

Podziel się

  • 199 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    51 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład