W polskiej Łodzi niemców* nie będzie
2010-02-12
, aktualizacja: 12.02.2010 11:46
Obóz na Sikawie: "Trupi rów za drewnianymi barakami. Nagie ciała rzucane w dół, jedno na drugie. Tępy brodacz w czarnej skórze i bordowym szaliku wyśmiewa dzieci, że nie dają rady wtaszczyć pod górę wózka z węglem. Bije niemiłosiernie".
ZOBACZ TAKŻE
- Legenda Ślepego Maksa - herszta i łódzkiego Janosika (03-05-10, 13:00)
- Czarna wołga, czyli jak tworzą się miejskie legendy (12-03-10, 15:17)
RAPORTY
19 stycznia 1945 roku. Do Łodzi wkracza zwycięska Armia Czerwona. Na Radogoszczu setki zamarzniętych zwęglonych trupów. Tlą się jeszcze zgliszcza więzienia. Hitlerowcy zaczęli je likwidować w nocy z 17 na 18 stycznia, gdy Rosjanie byli już w Zgierzu. Niemcy wymordowali najpierw chorych. Gdy napotkali na opór, podpalili budynek. Kto nie spłonął żywcem, padł od kuli. W masakrze zginęło 1,5 tys. Polaków. Przeżyło 30.
Pogrzeb ofiar 28 stycznia 1945 stał się potężną manifestacją patriotyczną. Na cmentarzu widać było napisy: "Pomścimy męczenników Radogoszcza", "Proletariat pomści ofiary Majdanka", "Nie będzie niemiec pluł nam w twarz", "Śmierć zbójom faszystowskim", "Śmierć oprawcom hitlerowskim", "Marsz na Berlin". Nienawiść podsycała prasa. "Trzy wyroki śmierci zasądzono w sądzie specjalnym w Łodzi na volksdojczach, którzy oskarżeni byli o współudział w masowych i pojedynczych egzekucjach wykonywanych na Polakach i Żydach, znęcanie się nad ludnością polską i żydowską, nie wyłączając dzieci".
Na ulicach samosądy. - Wiem, co Polakom wcześniej zrobili Niemcy. Później strasznie było być Niemcem. Mogli z nami zrobić wszystko i nikt się nie wstawił, nikt nie pomógł. Taka była nienawiść - opowiada łodzianin niemieckiego pochodzenia.
Ksiądz Józef Orłowski podczas mszy polowej na Radogoszczu w styczniu 1945 roku: - W naturze nic nie ginie. Każdy dobry czyn ma swoje następstwa, i zły również.
W takiej atmosferze powstawał obóz pracy dla Niemców na Sikawie. Zostało ich w Łodzi 35 tys. volksdeutschów i spolonizowanych, którzy przed wojną robili z Polakami i Żydami interesy, chodzili do tych samych szkół, przyjmowali się w domach.
W literaturze niemieckiej Sikawa zaliczana jest do głównych ośrodków represji ludności pochodzenia niemieckiego. W polskiej historiografii to temat tabu, przez lata skrywany w archiwach. Nazwę znają specjaliści, ale i oni nie potrafią podać dokładnej daty utworzenia obozu. Według badacza IPN Sławomira Abramowicza stało się to nazajutrz po wejściu Armii Czerwonej do Łodzi. Dzień wcześniej przestał istnieć tam obóz pracy wychowawczej dla Polaków - niemiecka załoga uciekła, a więźniów wypuścił ogrodnik.
Karne zabawy i ćwiczenia
Na początku Sikawą zarządzało NKWD, później polscy żołnierze, wreszcie rodzimi funkcjonariusze Służb Bezpieczeństwa i więziennictwa. Do końca 1948 roku przez obóz przeszło ponad 30 tys. osób, około 20 tys. wyjechało do Niemiec.
Według Abramowicza liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 1,2 tys. osób - tak wynika z imiennej dokumentacji. Zdaniem rodzin ofiar, które przez Sikawę przeszły, zgonów musiało być więcej. To znowu biała plama. Nie ma też dokumentów ani świadectw licznych zabójstw i zbrodni, o których opowiadają łódzcy Niemcy.
Świadek przesłuchiwany przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu: "Ten, który mnie zgwałcił, był w wieku 30-40 lat, w mundurze. Ja miałam wtedy 15 lat. Byłam gwałcona 5-6 razy, za każdym razem przez innego strażnika. Gwałtów dokonywali strażnicy w pomieszczeniach, gdzie były natryski".
Aurelia Wais (wówczas 15 lat): "Pamiętam tępego brodacza w czarnej skórze i bordowym szaliku, który wyśmiewał dzieci, że nie dają rady wtaszczyć pod górę wózka z węglem. Bił niemiłosiernie".
Więźniowie mówili o biciu bykowcem i zmuszaniu do robienia żabek aż do utraty przytomności. Jak jednak ustalił Abramowicz - nie były to sytuacje nagminne.
Z drugiej strony we wspomnieniach przytaczane są relacje, jak pijana załoga obozu znęcała się fizycznie i psychicznie. Eduard Ziegler pisał po latach: „Wymyślano najróżniejsze karne zabawy i ćwiczenia. Najczęściej organizowano nocne apele, które trwały po kilka godzin. Już samo słowo »Sikawa” wprowadzało każdego łódzkiego Niemca w stan niewyobrażalnego przerażenia”.
Warunki w obozie były bardzo prymitywne i pozwalały jedynie na minimum egzystencji.
"Kurier Popularny", połowa czerwca 1945 roku, zwiedza obóz na Sikawie: "Szosą brzezińską wyjeżdża się za rogatkę miasta i gdzieś w odległości 4 km od cmentarzy zobaczyć można po lewej stronie wieżyczkę obozową/.../".
"Hitlerowcy zbudowali [obóz na Sikawie - przyp. red.] dla Polaków, nie przeczuwając, że wkrótce sami znajdą się za jego kolczastymi drutami".
"W barakach, kuchni, izbie chorych - idealna czystość".
Według tej relacji na Sikawie "osadzeni są głównie Niemcy i volksdeutsche z samej Łodzi, ci, którzy w pamiętnych dniach września wytykali palcami Polaków, ci co pierwsi rabowali opuszczone mieszkania polskie i żydowskie".
W październiku 1945 roku na Sikawie przeprowadzono inspekcję. Dzięki temu wiadomo, że w tym czasie na terenie obozu było siedem baraków, z tego trzy dla mężczyzn. Mieszkały w nich 2002 osoby. 400 ludzi starych i chorych przebywało w obozie, reszta pracowała przymusowo w różnych fabrykach i zakładach, a wracała tylko na noc. Brakowało prycz, sienników, koców i pieców węglowych. Niektórzy musieli spać w swoich ubraniach na podłodze bez słomy. W jednym z baraków znajdowało się prymitywne ambulatorium.
"Izba chorych była z nazwy, bowiem nie było żadnego zaopatrzenia w podstawowe leki i środki opatrunkowe. Nie prowadzono dokumentacji chorobowej, a karty zgonów pozostawiają wiele do życzenia" - pisze Abramowicz. Lekarz odwiedzał obóz dwa razy w tygodniu, ale nie zajmował się leczeniem.
Pogrzeb ofiar 28 stycznia 1945 stał się potężną manifestacją patriotyczną. Na cmentarzu widać było napisy: "Pomścimy męczenników Radogoszcza", "Proletariat pomści ofiary Majdanka", "Nie będzie niemiec pluł nam w twarz", "Śmierć zbójom faszystowskim", "Śmierć oprawcom hitlerowskim", "Marsz na Berlin". Nienawiść podsycała prasa. "Trzy wyroki śmierci zasądzono w sądzie specjalnym w Łodzi na volksdojczach, którzy oskarżeni byli o współudział w masowych i pojedynczych egzekucjach wykonywanych na Polakach i Żydach, znęcanie się nad ludnością polską i żydowską, nie wyłączając dzieci".
Na ulicach samosądy. - Wiem, co Polakom wcześniej zrobili Niemcy. Później strasznie było być Niemcem. Mogli z nami zrobić wszystko i nikt się nie wstawił, nikt nie pomógł. Taka była nienawiść - opowiada łodzianin niemieckiego pochodzenia.
Ksiądz Józef Orłowski podczas mszy polowej na Radogoszczu w styczniu 1945 roku: - W naturze nic nie ginie. Każdy dobry czyn ma swoje następstwa, i zły również.
W takiej atmosferze powstawał obóz pracy dla Niemców na Sikawie. Zostało ich w Łodzi 35 tys. volksdeutschów i spolonizowanych, którzy przed wojną robili z Polakami i Żydami interesy, chodzili do tych samych szkół, przyjmowali się w domach.
W literaturze niemieckiej Sikawa zaliczana jest do głównych ośrodków represji ludności pochodzenia niemieckiego. W polskiej historiografii to temat tabu, przez lata skrywany w archiwach. Nazwę znają specjaliści, ale i oni nie potrafią podać dokładnej daty utworzenia obozu. Według badacza IPN Sławomira Abramowicza stało się to nazajutrz po wejściu Armii Czerwonej do Łodzi. Dzień wcześniej przestał istnieć tam obóz pracy wychowawczej dla Polaków - niemiecka załoga uciekła, a więźniów wypuścił ogrodnik.
Karne zabawy i ćwiczenia
Na początku Sikawą zarządzało NKWD, później polscy żołnierze, wreszcie rodzimi funkcjonariusze Służb Bezpieczeństwa i więziennictwa. Do końca 1948 roku przez obóz przeszło ponad 30 tys. osób, około 20 tys. wyjechało do Niemiec.
Według Abramowicza liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 1,2 tys. osób - tak wynika z imiennej dokumentacji. Zdaniem rodzin ofiar, które przez Sikawę przeszły, zgonów musiało być więcej. To znowu biała plama. Nie ma też dokumentów ani świadectw licznych zabójstw i zbrodni, o których opowiadają łódzcy Niemcy.
Świadek przesłuchiwany przez Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu: "Ten, który mnie zgwałcił, był w wieku 30-40 lat, w mundurze. Ja miałam wtedy 15 lat. Byłam gwałcona 5-6 razy, za każdym razem przez innego strażnika. Gwałtów dokonywali strażnicy w pomieszczeniach, gdzie były natryski".
Aurelia Wais (wówczas 15 lat): "Pamiętam tępego brodacza w czarnej skórze i bordowym szaliku, który wyśmiewał dzieci, że nie dają rady wtaszczyć pod górę wózka z węglem. Bił niemiłosiernie".
Więźniowie mówili o biciu bykowcem i zmuszaniu do robienia żabek aż do utraty przytomności. Jak jednak ustalił Abramowicz - nie były to sytuacje nagminne.
Z drugiej strony we wspomnieniach przytaczane są relacje, jak pijana załoga obozu znęcała się fizycznie i psychicznie. Eduard Ziegler pisał po latach: „Wymyślano najróżniejsze karne zabawy i ćwiczenia. Najczęściej organizowano nocne apele, które trwały po kilka godzin. Już samo słowo »Sikawa” wprowadzało każdego łódzkiego Niemca w stan niewyobrażalnego przerażenia”.
Warunki w obozie były bardzo prymitywne i pozwalały jedynie na minimum egzystencji.
"Kurier Popularny", połowa czerwca 1945 roku, zwiedza obóz na Sikawie: "Szosą brzezińską wyjeżdża się za rogatkę miasta i gdzieś w odległości 4 km od cmentarzy zobaczyć można po lewej stronie wieżyczkę obozową/.../".
"Hitlerowcy zbudowali [obóz na Sikawie - przyp. red.] dla Polaków, nie przeczuwając, że wkrótce sami znajdą się za jego kolczastymi drutami".
"W barakach, kuchni, izbie chorych - idealna czystość".
Według tej relacji na Sikawie "osadzeni są głównie Niemcy i volksdeutsche z samej Łodzi, ci, którzy w pamiętnych dniach września wytykali palcami Polaków, ci co pierwsi rabowali opuszczone mieszkania polskie i żydowskie".
W październiku 1945 roku na Sikawie przeprowadzono inspekcję. Dzięki temu wiadomo, że w tym czasie na terenie obozu było siedem baraków, z tego trzy dla mężczyzn. Mieszkały w nich 2002 osoby. 400 ludzi starych i chorych przebywało w obozie, reszta pracowała przymusowo w różnych fabrykach i zakładach, a wracała tylko na noc. Brakowało prycz, sienników, koców i pieców węglowych. Niektórzy musieli spać w swoich ubraniach na podłodze bez słomy. W jednym z baraków znajdowało się prymitywne ambulatorium.
"Izba chorych była z nazwy, bowiem nie było żadnego zaopatrzenia w podstawowe leki i środki opatrunkowe. Nie prowadzono dokumentacji chorobowej, a karty zgonów pozostawiają wiele do życzenia" - pisze Abramowicz. Lekarz odwiedzał obóz dwa razy w tygodniu, ale nie zajmował się leczeniem.
Wyżywienie było fatalne.
Znany historyk i publicysta Marek Budziarek: - Problem stanowiło nie tylko, co jeść, lecz także - czym. "Jedni trzymali w ręce doniczkę, której dziurka w denku była zatkana watą, inni klosz od lampy znaleziony gdzieś na śmietniku, większość zorganizowała sobie puszki od konserw" - relacjonowała Sylvia Waade, nauczycielka z Łodzi internowana na Sikawie.
Najtragiczniejszy w historii obozu był listopad 1945 roku, gdy zmarło ponad 200 więźniów. Wtedy wybuchła epidemia tyfusu. W całym roku 1945 odnotowano 600 zgonów.
Po krótszym lub dłuższym pobycie wywożono więźniów do Niemiec - w pierwszym rzędzie słabych i chorych, zdrowi potrzebni byli do pracy. Obóz dla cywilów zlikwidowano w 1948 roku, później jeszcze przez dwa lata trzymano w nim niemieckich oficerów z Węgier i Jugosławii, których te kraje nie chciały przyjąć.
Działy się rzeczy okrutne
W styczniu 1945 roku Gertruda Stemarski skończyła 17 lat. Przed wojną miała polskie koleżanki, później już tylko Niemki. Odwiedzała z nimi rannych żołnierzy i cerowała ich skarpetki.
Stemarski opowiada: - Tylko Niemcy z Reichu zdążyli wyjechać przed wejściem Rosjan. Wiedzieli, co się dzieje, i udało im się opuścić Łódź z całym dobytkiem. Na Julianowie domy po Niemcach zostały puste. Tam mieszkali w czasie wojny urzędnicy, politycy, nauczyciele. Nas nikt nie ostrzegł, że front jest tak blisko. Nie zdążyliśmy uciec, choć mieliśmy cztery konie i dałoby się wiele uratować. Wszystko jednak działo się za szybko. Miałam wyjechać z Arnoldami, Niemcami z sąsiedztwa, ale chciałam zostać z rodzicami. Nie mam pojęcia, czy oni się przedostali. Były straszne jatki na drogach, zginęło mnóstwo ludzi. Nikt nie wiedział, którędy można uciekać. Rosjanie już byli wszędzie i działy się rzeczy okrutne. Bardzo często cierpieli ludzie, którzy nic złego w czasie wojny nie zrobili. Ci, którzy mieli coś na sumieniu, uciekli wcześniej.
Polacy pokazywali Rosjanom, gdzie mieszkają Niemcy. Ruscy żołnierze wchodzili do niemieckich domów, bili ludzi, gwałcili Niemki. To nie były jednorazowe przypadki. Moi znajomi Frankowie mieli na Radogoszczu sklep kolonialny. Urszulę Frank wzięli do koszar i po kolei gwałcili. Zanim trafiła do szpitala, chciała odebrać sobie życie. Obóz w Radogoszczu podpalili naziści, ale potem to Niemcy, którzy zostali w Łodzi, musieli gołymi rękami zbierać kości tych ludzi. Nawet małe dzieci i młode dziewczyny sprzątały spalone ciała. Mamę i ciocię zabrali na Sikawę. Przeszły tam straszne rzeczy, ale ani ona, ani mama nie chciały o tym opowiadać. Wiem, że warunki były tam okropne. Dużo ludzi umierało na tyfus. Wrzucali ich do dołu i tylko wapnem przysypywali. Mama wróciła z obozu bardzo chora. Wkrótce umarła. Ciotkę przenieśli do więzienia dla przestępców na Mokotowie. Jakimś cudem udało jej się zachować Biblię i album rodzinny. Reszta rzeczy zaginęła. Nawet złoty pierścionek, który dostałam na konfirmację od matki. Tego jednego nie mogę odżałować.
Czerwony Krzyż zawiadomił o śmierci
Georg Walter, niemiecki katolik zamieszkały przed wojną w Pabianicach. W domu mówiło się po polsku i niemiecku. Matka chrzestna uczyła w szkole polskiego. - W styczniu 1945 roku namawiałem rodzinę, by uciec, ale rodzice i dwie siostry zostały. Ojciec zaraz trafił do więzienia w Pabianicach i strasznie go pobili. Skóra schodziła mu płatami. Wyrzucili go z łagru i ciotka ledwo doprowadziła plecy do porządku. Postawiła ojca na nogi. Jak tylko plecy mu się wygoiły, poszedł szukać rodziny i znowu został aresztowany. Zabrali go Rosjanie. Przez ponad 50 lat nie wiedzieliśmy, co się z nim stało. Dwa lata temu Niemiecki Czerwony Krzyż przysłał mi wiadomość, że ojciec zmarł 27 listopada 1945 roku w obozie w Doniecku. Wcześniej nie mieliśmy żadnej wiadomości - wspomina.
Viktor Krentz przed wojną mieszkał w Zgierzu. Na podwórku bawił się z polskimi kolegami. Jego ojciec nosił polski mundur 2. Pułku Strzelców Podhalańskich.
Krentz opowiada: - Kiedy w 1945 roku wkroczyli Rosjanie, zostaliśmy okradzeni i wygonieni z mieszkania. Dobrze pamiętam ten dzień. Rosyjscy żołnierze byli kompletnie pijani, wchodzili prawie tylko do mieszkań niemieckich. Nosili same szmaty, nie mieli bielizny, butów, więc brali, co znaleźli. Nam jakoś udało się przeżyć. Schowali nas sąsiedzi. Myśleliśmy, że teraz wszystko wróci do normy. Parę dni później przyszedł do nas znajomy Polak z ulicy Konstantynowskiej i powiedział: - Teraz ja biorę mieszkanie. Wynoście się. A to był swój, on nas znał od lat. Przenieśliśmy się do nory na Narutowicza. Pomagali nam wtedy znajomi Polacy, ale inni byli bardzo agresywni. Zresztą z Niemcami w tamtym czasie można było zrobić wszystko - zabić, zgwałcić, nikt by nic nie powiedział. Takie to były czasy. Dziś jest nas coraz mniej z tamtych stron.
Walter: - Do dziś nie rozumiem, dlaczego Polacy tak mścili się na Niemcach. Przecież to nie oni ponosili winę za wojnę i wszystkie te zbrodnie. Zresztą ja nie nazywam tych, co robili te rzeczy z nami, Polakami. To były jakieś bandy, które ciągnęły się za frontem, i oni taką atmosferę wprowadzali, tak jątrzyli i namawiali do zemsty. Polacy, których ja znałem, obok których przez długie lata żyliśmy, takich rzeczy by nie robili.
* W 1945 roku w polskiej prasie słowo "Niemiec" pisało się małą literą, by w ten sposób podkreślić stosunek Polaków do okupantów.
Znany historyk i publicysta Marek Budziarek: - Problem stanowiło nie tylko, co jeść, lecz także - czym. "Jedni trzymali w ręce doniczkę, której dziurka w denku była zatkana watą, inni klosz od lampy znaleziony gdzieś na śmietniku, większość zorganizowała sobie puszki od konserw" - relacjonowała Sylvia Waade, nauczycielka z Łodzi internowana na Sikawie.
Najtragiczniejszy w historii obozu był listopad 1945 roku, gdy zmarło ponad 200 więźniów. Wtedy wybuchła epidemia tyfusu. W całym roku 1945 odnotowano 600 zgonów.
Po krótszym lub dłuższym pobycie wywożono więźniów do Niemiec - w pierwszym rzędzie słabych i chorych, zdrowi potrzebni byli do pracy. Obóz dla cywilów zlikwidowano w 1948 roku, później jeszcze przez dwa lata trzymano w nim niemieckich oficerów z Węgier i Jugosławii, których te kraje nie chciały przyjąć.
Działy się rzeczy okrutne
W styczniu 1945 roku Gertruda Stemarski skończyła 17 lat. Przed wojną miała polskie koleżanki, później już tylko Niemki. Odwiedzała z nimi rannych żołnierzy i cerowała ich skarpetki.
Stemarski opowiada: - Tylko Niemcy z Reichu zdążyli wyjechać przed wejściem Rosjan. Wiedzieli, co się dzieje, i udało im się opuścić Łódź z całym dobytkiem. Na Julianowie domy po Niemcach zostały puste. Tam mieszkali w czasie wojny urzędnicy, politycy, nauczyciele. Nas nikt nie ostrzegł, że front jest tak blisko. Nie zdążyliśmy uciec, choć mieliśmy cztery konie i dałoby się wiele uratować. Wszystko jednak działo się za szybko. Miałam wyjechać z Arnoldami, Niemcami z sąsiedztwa, ale chciałam zostać z rodzicami. Nie mam pojęcia, czy oni się przedostali. Były straszne jatki na drogach, zginęło mnóstwo ludzi. Nikt nie wiedział, którędy można uciekać. Rosjanie już byli wszędzie i działy się rzeczy okrutne. Bardzo często cierpieli ludzie, którzy nic złego w czasie wojny nie zrobili. Ci, którzy mieli coś na sumieniu, uciekli wcześniej.
Polacy pokazywali Rosjanom, gdzie mieszkają Niemcy. Ruscy żołnierze wchodzili do niemieckich domów, bili ludzi, gwałcili Niemki. To nie były jednorazowe przypadki. Moi znajomi Frankowie mieli na Radogoszczu sklep kolonialny. Urszulę Frank wzięli do koszar i po kolei gwałcili. Zanim trafiła do szpitala, chciała odebrać sobie życie. Obóz w Radogoszczu podpalili naziści, ale potem to Niemcy, którzy zostali w Łodzi, musieli gołymi rękami zbierać kości tych ludzi. Nawet małe dzieci i młode dziewczyny sprzątały spalone ciała. Mamę i ciocię zabrali na Sikawę. Przeszły tam straszne rzeczy, ale ani ona, ani mama nie chciały o tym opowiadać. Wiem, że warunki były tam okropne. Dużo ludzi umierało na tyfus. Wrzucali ich do dołu i tylko wapnem przysypywali. Mama wróciła z obozu bardzo chora. Wkrótce umarła. Ciotkę przenieśli do więzienia dla przestępców na Mokotowie. Jakimś cudem udało jej się zachować Biblię i album rodzinny. Reszta rzeczy zaginęła. Nawet złoty pierścionek, który dostałam na konfirmację od matki. Tego jednego nie mogę odżałować.
Czerwony Krzyż zawiadomił o śmierci
Georg Walter, niemiecki katolik zamieszkały przed wojną w Pabianicach. W domu mówiło się po polsku i niemiecku. Matka chrzestna uczyła w szkole polskiego. - W styczniu 1945 roku namawiałem rodzinę, by uciec, ale rodzice i dwie siostry zostały. Ojciec zaraz trafił do więzienia w Pabianicach i strasznie go pobili. Skóra schodziła mu płatami. Wyrzucili go z łagru i ciotka ledwo doprowadziła plecy do porządku. Postawiła ojca na nogi. Jak tylko plecy mu się wygoiły, poszedł szukać rodziny i znowu został aresztowany. Zabrali go Rosjanie. Przez ponad 50 lat nie wiedzieliśmy, co się z nim stało. Dwa lata temu Niemiecki Czerwony Krzyż przysłał mi wiadomość, że ojciec zmarł 27 listopada 1945 roku w obozie w Doniecku. Wcześniej nie mieliśmy żadnej wiadomości - wspomina.
Viktor Krentz przed wojną mieszkał w Zgierzu. Na podwórku bawił się z polskimi kolegami. Jego ojciec nosił polski mundur 2. Pułku Strzelców Podhalańskich.
Krentz opowiada: - Kiedy w 1945 roku wkroczyli Rosjanie, zostaliśmy okradzeni i wygonieni z mieszkania. Dobrze pamiętam ten dzień. Rosyjscy żołnierze byli kompletnie pijani, wchodzili prawie tylko do mieszkań niemieckich. Nosili same szmaty, nie mieli bielizny, butów, więc brali, co znaleźli. Nam jakoś udało się przeżyć. Schowali nas sąsiedzi. Myśleliśmy, że teraz wszystko wróci do normy. Parę dni później przyszedł do nas znajomy Polak z ulicy Konstantynowskiej i powiedział: - Teraz ja biorę mieszkanie. Wynoście się. A to był swój, on nas znał od lat. Przenieśliśmy się do nory na Narutowicza. Pomagali nam wtedy znajomi Polacy, ale inni byli bardzo agresywni. Zresztą z Niemcami w tamtym czasie można było zrobić wszystko - zabić, zgwałcić, nikt by nic nie powiedział. Takie to były czasy. Dziś jest nas coraz mniej z tamtych stron.
Walter: - Do dziś nie rozumiem, dlaczego Polacy tak mścili się na Niemcach. Przecież to nie oni ponosili winę za wojnę i wszystkie te zbrodnie. Zresztą ja nie nazywam tych, co robili te rzeczy z nami, Polakami. To były jakieś bandy, które ciągnęły się za frontem, i oni taką atmosferę wprowadzali, tak jątrzyli i namawiali do zemsty. Polacy, których ja znałem, obok których przez długie lata żyliśmy, takich rzeczy by nie robili.
* W 1945 roku w polskiej prasie słowo "Niemiec" pisało się małą literą, by w ten sposób podkreślić stosunek Polaków do okupantów.
- 46 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Wszystkiemu winni komuniści i kałmucy
zarone
19.02.10, 23:41
Przeczytałem posty w Gazecie i okazało się, że dla niektórych czytelników winni prześladowań Niemców są oczywiście "ruscy" , komuchy I Kałmucy. Jeden z autorów napisał, że Niemcy, Polacy i »




więcej zdjęć