Staruszek ŁKS w agonii. Kto go wykończył?

pisze Jarosław Bińczyk
2010-02-11 , aktualizacja: 11.02.2010 19:26
A A A Drukuj
Z ŁKS-em jest jak ze starym człowiekiem - im ma więcej lat, tym jest w gorszym zdrowiu i kondycji. Tak teraz jego stan bardzo się pogorszył, stał się wręcz krytyczny
Łukasz Glikiewicz przed meczem ŁKS z Górnikiem Łęczna
Fot. Rados?aw J üwiak / Agencja
Łukasz Glikiewicz przed meczem ŁKS z Górnikiem Łęczna
SERWISY
Kto zawinił, że jedna z wizytówek Łodzi znalazła się w agonii? Na pewno przyczynili się do tego radni, którzy najpierw obiecali pomoc, a później wycofali się. Jeden z nich - Mateusz Walasek - stwierdził w "Gazecie", że miasto nie jest bankiem, by pożyczać pieniądze. Ma rację, tylko po co przez dwa miesiące robiono ludziom nadzieję, skoro już od dawna wiadomo było (a radni musieli mieć taką wiedzę), że przekazywanie publicznych pieniędzy na sport wyczynowy może zostać zakwestionowane przez Regionalną Izbę Obrachunkową? To samo dotyczy skarbnika miasta, który o łamaniu prawa przypomniał sobie dopiero po referendum!

Pomysłodawcą ratowania ŁKS-u za miejskie pieniądze był Witold Skrzydlewski, szef komisji sportu rady miejskiej. Szkoda tylko, że nie wpadł na to na przykład rok temu, kiedy nad klubem zbierały się czarne chmury. Tak się dziwnie składa, że koncepcja pomagania drużynie z al. Unii pojawiła się w momencie, gdy stało się jasne, iż Lewica zbierze 60 tys. podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta. To wtedy padły z ust Skrzydlewskiego słowa: - Nawet jak się nie uda, to przynajmniej ludzie zapamiętają, kto miał dobre intencje.

Trzeba otwarcie powiedzieć, że kibice ŁKS-u byli oszukiwani bajkami o potężnym sponsorze, przy którym - cytuję - "Cacek to biedny człowiek". Później, gdy rada miejska nie zgodziła się oddać terenów "w ciemno", mityczny sponsor zmienił się w dobrze znanego Antoniego Ptaka. Bogatego, ale - jak sam mówi - dobrze czującego się bez piłki nożnej. Ptak postanowił wykorzystać sytuację - bo to do niego przyszło miasto, a nie na odwrót - i postawił warunki wręcz niemożliwe do zaakceptowania.

Były wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski rozdawał w środę na sesji list, w którym przedstawia się jako ratownik sportu. Zapomniał jednak, że podlegający mu MOSiR groził ŁKS-owi komornikiem za niepłacenie za korzystanie ze stadionu i boisk treningowych, a miasto przez lata nie interesowało się zupełnie losem klubu.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz - nawet przyznanie nowej spółce 3,6 mln zł nie gwarantowało powodzenia przedsięwzięcia. Bo na przekształcenie musiał zgodzić się zarząd PZPN-u, który nie raz pokazał, iż nie przepada za łódzkimi klubami. A to, że Grzegorz Lato kiedyś obiecywał pozytywnie rozpatrzyć sprawę, nie ma żadnego znaczenia. W ubiegłym roku zapowiadał, że Widzew będzie w ekstraklasie, a ŁKS dostanie licencję... W przypadku klubu z al. Unii konieczne byłoby nagięcie prawa (nowa spółka powinna zostać zgłoszona do rozgrywek dwa tygodnie przed ich rozpoczęciem).

Trzeba wreszcie jasno powiedzieć - winni doprowadzenia ŁKS-u do agonii nie są radni czy komisarz Sadzyński, ale jego właściciele. To oni przez lata nie płacili składek na ZUS, nie odprowadzali podatków, zatrudniali piłkarzy czy trenerów, choć wiedzieli, że klubu nie stać na wysokie kontrakty. To oni zatrudnili prezesa Romana Gałuszkę, który przygotował najgorszy w historii Polski wniosek licencyjny, co skończyło się degradacją z ekstraklasy. Pieniędzy brakowało na wszystko, ale nie na ponad 50 służbowych telefonów komórkowych (rachunki za nie wynosiły po kilkanaście tysięcy miesięcznie).

Wielokrotnie pisałem, że jestem przeciwny spłacaniu prywatnych długów miejskimi pieniędzmi. Szkoda tylko, że mimo wydania miliona publicznych złotówek (tyle wynosił kapitał założycielski ŁKS-u PSS-u), nie udało się uwolnić klubu od jego udziałowców. Wciąż nie wiadomo zresztą, kto ma ile akcji, co już świadczy o ogromnym bałaganie. Pozbycie się tych ludzi to pierwszy i najważniejszy krok do powrotu w ŁKS-ie normalności.

Ostatnią nadzieją na uratowanie I ligi jest Grzegorz Klejman, co oznacza, że historia zatoczyła koło. Rok temu też pomógł, pożyczając 2,5 mln zł (ale bez odsetek), dzięki czemu udało się dokończyć rozgrywki w ekstraklasie. Później skarżył się jednak, że niektórzy piłkarze nie podawali mu ręki. Nie obraził się i chce wrócić. Może uda się dociągnąć do końca sezonu, może nawet awansować do ekstraklasy. Wtedy pojawią się pieniądze za transmisje i wróci to, co było, czyli... kłótnie o akcje, odbieranie długów itp.

Niestety, Klejman nawet przy najszczerszych chęciach nigdy nie będzie Zbigniewem Bońkiem, który w 2004 r. doprowadził do odrodzenia Widzewa. ŁKS wciąż czeka na swojego Bońka. Oby go znalazł, i to jak najszybciej.

I jeszcze jedno, 102-letni klub nie przestanie istnieć, nawet jeśli (odpukać!) drużyna nie przystąpi do rozgrywek, a od przyszłego sezonu zacznie grę od IV ligi. Bo ma tysiące oddanych kibiców.

Podziel się

  • 90 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    37 głosów

Newsletter

Wiadomości z Łodzi Zobacz przykład