Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy
17.09.2009
, aktualizacja: 17.09.2009 20:35
Brakowi miejsc w łódzkich przedszkolach mają zaradzić sześciolatki, które wkrótce obowiązkowo pójdą do szkoły. Niestety, to nie wystarczy, a problem wróci tak szybko, jak piłkarze Beenhakkera z ostatnich mistrzostw Europy.
ZOBACZ TAKŻE
- Łódź też ma klasę z samymi sześciolatkami (24-09-09, 19:04)
W tym roku w łódzkich przedszkolach zabrakło miejsc dla tysiąca najmłodszych dzieci, a mimo to magistrat nie będzie otwierać nowych. - Po co? - pyta Dorota Szafran z Urzędu Miasta Łodzi. - Za trzy lata wszystkie sześciolatki pójdą już obowiązkowo do szkoły i miejsc w przedszkolach wystarczy dla wszystkich.
Rozwiązanie z pewnością najtańsze, ale czy najlepsze? Mam wątpliwości.
Wybierając czekanie zamiast działania, miasto już dziś mówi rodzicom obecnych trzylatków i tych, którzy w piękny wiek przedszkolaka dopiero wejdą, mniej więcej tak: - Słuchajcie, aż do 2012 r. będzie wam tak samo trudno zapisać dziecko do przedszkola jak teraz. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale sorry, nic nie zrobimy.
Urzędnicy coraz rzadziej mówią zresztą o "zapisywaniu" dzieci do przedszkoli, a coraz częściej o "upychaniu". Niedawno opisaliśmy karkołomne działania przedszkola z ul. Przełajowej, które pomieszało grupy starsze z młodszymi. Miejsce kilku sześciolatków z grupy Pszczółek, które już teraz - dobrowolnie - poszły do szkoły, zajęły pięcioletnie Misie. Do Misiów dołączono kilka czteroletnich Tygrysków. A wszystko po to, by zrobić miejsce w grupie najmłodszych Królików i przyjąć osoby z długiej listy nieprzyjętych.
Przełajowa nie jest wyjątkiem. Łódzkie maluchy są przesuwane jak klocki domina w wielu przedszkolach. Rodzice są wściekli, bo nie podoba im się wyrywanie dzieci ze swoich grup i wrzucanie w towarzystwo starsze, w dodatku obce. Reszta słono płaci - za miejsca w przedszkolach prywatnych lub opiekunkom.
Obranej przez miasto strategii czekania nie uzasadniają również liczby dzieci, które rodzą się w Łodzi. Wciąż rosną. Dla porównania: o ile w 2007 r. przyszło na świat 6008 małych łodzian, o tyle w 2008 r. o ponad pół tysiąca więcej!
Wiem, wiem. W 2012 r. - gdy reforma wejdzie w życie na dobre - do szkół pójdzie 5916 obecnych łódzkich trzylatków. Dokładnie tyle samo miejsc zwolni się wtedy w przedszkolach. Jeśli więc odejmiemy nawet ten brakujący dziś tysiąc, zostanie jeszcze prawie pięć tysięcy wolnych miejsc. Tak liczą w magistracie.
Wystarczy jednak wczytać się w przytaczane już dane statystyków, by zrozumieć, że za trzy lata w łódzkich przedszkolach wolnych miejsc będzie znacznie mniej niż zassanych przez szkoły sześciolatków. W tzw. międzyczasie w Łodzi liczba dzieci w wieku przedszkolnym wzrośnie bowiem o kolejny tysiąc z hakiem. I jeśli tendencja demograficzna się utrzyma, a Polska dołączy wreszcie do cywilizowanych krajów Europy, gdzie do przedszkola chce chodzić nie jak u nas co drugi maluch, a prawie każdy, problem wróci tak szybko, jak piłkarze Leo Beenhakkera z ostatnich mistrzostw Europy - przypuszczalnie już w połowie najbliższej dekady.
Dużo wcześniej rządzący Łodzią będą zabiegać o nasze głosy w przyszłorocznych wyborach. Ich uśmiechnięte twarze zobaczymy na tle nowej hali sportowej i Manufaktury. W pobliżu zapchanych przedszkoli, gdzie Misie opędzają się od Pszczółek, a Króliki nie zmieściły się w ogóle, raczej do zdjęć nie zapozują.
Sam nowych przedszkoli nie otworzę. Obiecuję jednak przypominać, kto powinien to zrobić, ale woli czekać.
Rozwiązanie z pewnością najtańsze, ale czy najlepsze? Mam wątpliwości.
Wybierając czekanie zamiast działania, miasto już dziś mówi rodzicom obecnych trzylatków i tych, którzy w piękny wiek przedszkolaka dopiero wejdą, mniej więcej tak: - Słuchajcie, aż do 2012 r. będzie wam tak samo trudno zapisać dziecko do przedszkola jak teraz. Zdajemy sobie z tego sprawę, ale sorry, nic nie zrobimy.
Urzędnicy coraz rzadziej mówią zresztą o "zapisywaniu" dzieci do przedszkoli, a coraz częściej o "upychaniu". Niedawno opisaliśmy karkołomne działania przedszkola z ul. Przełajowej, które pomieszało grupy starsze z młodszymi. Miejsce kilku sześciolatków z grupy Pszczółek, które już teraz - dobrowolnie - poszły do szkoły, zajęły pięcioletnie Misie. Do Misiów dołączono kilka czteroletnich Tygrysków. A wszystko po to, by zrobić miejsce w grupie najmłodszych Królików i przyjąć osoby z długiej listy nieprzyjętych.
Przełajowa nie jest wyjątkiem. Łódzkie maluchy są przesuwane jak klocki domina w wielu przedszkolach. Rodzice są wściekli, bo nie podoba im się wyrywanie dzieci ze swoich grup i wrzucanie w towarzystwo starsze, w dodatku obce. Reszta słono płaci - za miejsca w przedszkolach prywatnych lub opiekunkom.
Obranej przez miasto strategii czekania nie uzasadniają również liczby dzieci, które rodzą się w Łodzi. Wciąż rosną. Dla porównania: o ile w 2007 r. przyszło na świat 6008 małych łodzian, o tyle w 2008 r. o ponad pół tysiąca więcej!
Wiem, wiem. W 2012 r. - gdy reforma wejdzie w życie na dobre - do szkół pójdzie 5916 obecnych łódzkich trzylatków. Dokładnie tyle samo miejsc zwolni się wtedy w przedszkolach. Jeśli więc odejmiemy nawet ten brakujący dziś tysiąc, zostanie jeszcze prawie pięć tysięcy wolnych miejsc. Tak liczą w magistracie.
Wystarczy jednak wczytać się w przytaczane już dane statystyków, by zrozumieć, że za trzy lata w łódzkich przedszkolach wolnych miejsc będzie znacznie mniej niż zassanych przez szkoły sześciolatków. W tzw. międzyczasie w Łodzi liczba dzieci w wieku przedszkolnym wzrośnie bowiem o kolejny tysiąc z hakiem. I jeśli tendencja demograficzna się utrzyma, a Polska dołączy wreszcie do cywilizowanych krajów Europy, gdzie do przedszkola chce chodzić nie jak u nas co drugi maluch, a prawie każdy, problem wróci tak szybko, jak piłkarze Leo Beenhakkera z ostatnich mistrzostw Europy - przypuszczalnie już w połowie najbliższej dekady.
Dużo wcześniej rządzący Łodzią będą zabiegać o nasze głosy w przyszłorocznych wyborach. Ich uśmiechnięte twarze zobaczymy na tle nowej hali sportowej i Manufaktury. W pobliżu zapchanych przedszkoli, gdzie Misie opędzają się od Pszczółek, a Króliki nie zmieściły się w ogóle, raczej do zdjęć nie zapozują.
Sam nowych przedszkoli nie otworzę. Obiecuję jednak przypominać, kto powinien to zrobić, ale woli czekać.
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Miasto liczy na sześciolatki i się przeliczy
night_irbis
17.09.09, 22:26
W następnych wyborach zagłosuję na tego, kto obieca budowę nowych przedszkoli.I go z tego rozliczę rzetelnie.Od prawie 2 lat już jestem mamą i oprócz gadania i budowy wodotrysków za »




