Spór o budynek magistratu
2009-06-25
, aktualizacja: 25.06.2009 19:02
Czy Danuta Porter, 88-letnia spadkobierczyni budynku przy ul. Piotrkowskiej 104 wyłudziła od łódzkich podatników 5 mln zł? A może jest osobą pokrzywdzoną przez władze miasta?
ZOBACZ TAKŻE
- "Jak za Gomułki". Państwo odbiera, bo musi? (03-11-09, 12:17)
Gnacikowska
O Danucie Porter z Londynu łodzianie dowiedzieli się pięć lat temu. Sąd nie miał wątpliwości: to ona jest właścicielką budynku przy Piotrkowskiej 104, w którym mieści się Urząd Miasta Łodzi i Rada Miejska. Prezydent już pakował walizki. W zeszłym miesiącu fortuna się odwróciła, a prezydent złożył doniesienie do prokuratury przeciwko pani Porter, która jest córką Kazimierza Monitza, konsula honorowego Belgii. Monitzowie mieli w Łodzi kilka nieruchomości, w 1952 r. przejął je skarb państwa. W 2004 r. Porter wystąpiła do sądu o zwrot nieruchomości. Miasto przegrało we wszystkich instancjach. Urząd nie chciał płacić jej ogromnego czynszu i porozumiał się z Porter, że odkupi nieruchomość za niespełna 5 mln zł. Akt notarialny podpisano w 2007 r.
Pewnie wszyscy zapomnieliby o pani Porter, ale półtora roku temu jej prawnicy wystąpili do miasta o wypłatę 11 mln zł zaległego czynszu za użytkowanie budynku w latach 1997-2006.
Wtedy prawniczka z magistratu dotarła do dokumentów w Foreign Compensation Commision (Komisja Odszkodowań Zagranicznych) w Londynie, z których wynikało, że Porter już raz - w 1960 r. - dostała odszkodowanie za odebranie jej nieruchomości przy ul. Piotrkowskiej. Jak to się stało? Po wojnie skarb państwa przejął znaczną liczbę nieruchomości na mocy dekretu z 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich. W latach 50. państwo polskie zawarło umowy (tzw. układy indemnizacyjne) z różnymi państwami, m.in. Anglią, Szwajcarią, Francją, Szwecją, Danią, Kanadą, USA. Zgodnie z umową rządy tamtych państw wypłacały odszkodowania obywatelom, którzy mieli nieruchomości w Polsce. I wtedy pani Porter przyjęła odszkodowanie za Piotrkowską 104.
- Jestem za zwrotem zagrabionego mienia, ale przeciwnikiem wyłudzania. Chcemy odzyskać 5 mln zł - powiedział Jerzy Kropiwnicki i wystąpił do Prokuratury Okręgowej w Łodzi z zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyłudzenia 5 mln zł.
Na ten temat po raz pierwszy zabrał głos pełnomocnik pani Porter, łódzki adwokat Lech Brodniewicz.
Wioletta Gnacikowska: Czy Danuta Porter zapomniała o wysokim odszkodowaniu, które dostała za pałac przy ul. Piotrkowskiej 104, czy zataiła ten fakt, by drugi raz zarobić na nieruchomości?
Lech Brodniewicz: Zapomniała.
Jak kto możliwe?
- Kładę to na karb wieku, bo nie znajduję innego wytłumaczenia. Porter ma 88 lat i jest schorowana. Pamięta, że dostała 50 lat temu jakieś pieniądze, ale sądziła, że to było odszkodowanie za zawłaszczoną nieruchomość o charakterze przemysłowym. Monitzowie mieli w Łodzi garbarnię Ursus przy ul. Długosza. Rzeczywiście, za garbarnię otrzymała spore odszkodowanie z uwagi na dużą wartość tego przedsiębiorstwa. Mogło ujść jej uwadze, że jednocześnie otrzymała niewielką kwotę za nieruchomość przy Piotrkowskiej 104 A i 106.
Kiedy w 1957 r. Porter wystąpiła o odszkodowanie od rządu PRL-u, dziedziczyła po zmarłym ojcu 3/8 nieruchomości przy ul. Piotrkowskiej 104. Reszta, czyli 5/8, należała do jej matki Stanisławy Monitz. Czy matka też dostała odszkodowanie?
- Nie mogła wystąpić, bo prawo do odszkodowania mieli tylko obywatele angielscy, którzy zostali poszkodowani przez rząd PRL-u poprzez odebranie im nieruchomości. Matka miała obywatelstwo polskie, zaś pani Danuta w 1941 r. wyszła za mąż za obywatela Wielkiej Brytanii, lekarza wojskowego, i dzięki temu miała obywatelstwo angielskie.
Miasto twierdzi, że odszkodowanie było bardzo wysokie, porównywalne z kwotą, za którą pani Porter sprzedała miastu nieruchomość dwa lata temu.
- To nie były duże pieniądze. Rząd angielski otrzymał od rządu PRL-u pewną pulę. Komisja Odszkodowań Zagranicznych nie mogła wypłacić każdemu całej kwoty, o którą się starał, bo pieniędzy było za mało. Podzieliła więc pulę na wszystkich obywateli brytyjskich, którzy złożyli wnioski o odszkodowanie, i wyszło, że każdemu można wypłacić roszczenie w wysokości 20,2 proc. wartości jego nieruchomości. Ponieważ Danuta Porter była właścicielką 3/8 nieruchomości, otrzymała zaledwie 20,2 proc. od 3/8 wartości obydwu nieruchomości, czyli 7,5 procent od wartości obydwu nieruchomości.
Ile to było?
- Dokładnie 4640 funtów. Licząc po dzisiejszym kursie funta po ok. 5 zł, wychodzi mniej więcej 23 tys. zł. A po ówczesnym kursie - 24 zł za funta - wychodzi ponad 111 tys. zł.
Przyjmując odszkodowanie, zrzekła się prawa do nieruchomości?
- Porter nie przypomina sobie, jakoby zrzekała się prawa do jej nieruchomości.
O Danucie Porter z Londynu łodzianie dowiedzieli się pięć lat temu. Sąd nie miał wątpliwości: to ona jest właścicielką budynku przy Piotrkowskiej 104, w którym mieści się Urząd Miasta Łodzi i Rada Miejska. Prezydent już pakował walizki. W zeszłym miesiącu fortuna się odwróciła, a prezydent złożył doniesienie do prokuratury przeciwko pani Porter, która jest córką Kazimierza Monitza, konsula honorowego Belgii. Monitzowie mieli w Łodzi kilka nieruchomości, w 1952 r. przejął je skarb państwa. W 2004 r. Porter wystąpiła do sądu o zwrot nieruchomości. Miasto przegrało we wszystkich instancjach. Urząd nie chciał płacić jej ogromnego czynszu i porozumiał się z Porter, że odkupi nieruchomość za niespełna 5 mln zł. Akt notarialny podpisano w 2007 r.
Pewnie wszyscy zapomnieliby o pani Porter, ale półtora roku temu jej prawnicy wystąpili do miasta o wypłatę 11 mln zł zaległego czynszu za użytkowanie budynku w latach 1997-2006.
Wtedy prawniczka z magistratu dotarła do dokumentów w Foreign Compensation Commision (Komisja Odszkodowań Zagranicznych) w Londynie, z których wynikało, że Porter już raz - w 1960 r. - dostała odszkodowanie za odebranie jej nieruchomości przy ul. Piotrkowskiej. Jak to się stało? Po wojnie skarb państwa przejął znaczną liczbę nieruchomości na mocy dekretu z 8 marca 1946 r. o majątkach opuszczonych i poniemieckich. W latach 50. państwo polskie zawarło umowy (tzw. układy indemnizacyjne) z różnymi państwami, m.in. Anglią, Szwajcarią, Francją, Szwecją, Danią, Kanadą, USA. Zgodnie z umową rządy tamtych państw wypłacały odszkodowania obywatelom, którzy mieli nieruchomości w Polsce. I wtedy pani Porter przyjęła odszkodowanie za Piotrkowską 104.
- Jestem za zwrotem zagrabionego mienia, ale przeciwnikiem wyłudzania. Chcemy odzyskać 5 mln zł - powiedział Jerzy Kropiwnicki i wystąpił do Prokuratury Okręgowej w Łodzi z zawiadomieniem o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyłudzenia 5 mln zł.
Na ten temat po raz pierwszy zabrał głos pełnomocnik pani Porter, łódzki adwokat Lech Brodniewicz.
Wioletta Gnacikowska: Czy Danuta Porter zapomniała o wysokim odszkodowaniu, które dostała za pałac przy ul. Piotrkowskiej 104, czy zataiła ten fakt, by drugi raz zarobić na nieruchomości?
Lech Brodniewicz: Zapomniała.
Jak kto możliwe?
- Kładę to na karb wieku, bo nie znajduję innego wytłumaczenia. Porter ma 88 lat i jest schorowana. Pamięta, że dostała 50 lat temu jakieś pieniądze, ale sądziła, że to było odszkodowanie za zawłaszczoną nieruchomość o charakterze przemysłowym. Monitzowie mieli w Łodzi garbarnię Ursus przy ul. Długosza. Rzeczywiście, za garbarnię otrzymała spore odszkodowanie z uwagi na dużą wartość tego przedsiębiorstwa. Mogło ujść jej uwadze, że jednocześnie otrzymała niewielką kwotę za nieruchomość przy Piotrkowskiej 104 A i 106.
Kiedy w 1957 r. Porter wystąpiła o odszkodowanie od rządu PRL-u, dziedziczyła po zmarłym ojcu 3/8 nieruchomości przy ul. Piotrkowskiej 104. Reszta, czyli 5/8, należała do jej matki Stanisławy Monitz. Czy matka też dostała odszkodowanie?
- Nie mogła wystąpić, bo prawo do odszkodowania mieli tylko obywatele angielscy, którzy zostali poszkodowani przez rząd PRL-u poprzez odebranie im nieruchomości. Matka miała obywatelstwo polskie, zaś pani Danuta w 1941 r. wyszła za mąż za obywatela Wielkiej Brytanii, lekarza wojskowego, i dzięki temu miała obywatelstwo angielskie.
Miasto twierdzi, że odszkodowanie było bardzo wysokie, porównywalne z kwotą, za którą pani Porter sprzedała miastu nieruchomość dwa lata temu.
- To nie były duże pieniądze. Rząd angielski otrzymał od rządu PRL-u pewną pulę. Komisja Odszkodowań Zagranicznych nie mogła wypłacić każdemu całej kwoty, o którą się starał, bo pieniędzy było za mało. Podzieliła więc pulę na wszystkich obywateli brytyjskich, którzy złożyli wnioski o odszkodowanie, i wyszło, że każdemu można wypłacić roszczenie w wysokości 20,2 proc. wartości jego nieruchomości. Ponieważ Danuta Porter była właścicielką 3/8 nieruchomości, otrzymała zaledwie 20,2 proc. od 3/8 wartości obydwu nieruchomości, czyli 7,5 procent od wartości obydwu nieruchomości.
Ile to było?
- Dokładnie 4640 funtów. Licząc po dzisiejszym kursie funta po ok. 5 zł, wychodzi mniej więcej 23 tys. zł. A po ówczesnym kursie - 24 zł za funta - wychodzi ponad 111 tys. zł.
Przyjmując odszkodowanie, zrzekła się prawa do nieruchomości?
- Porter nie przypomina sobie, jakoby zrzekała się prawa do jej nieruchomości.
Pan się kontaktuje ze swoją klientką. Jak ona odbiera całą tę sytuację, która wyniknęła po ujawnieniu, że pani Porter dwa razy zarobiła na tej samej nieruchomości?
- Bardzo to przeżywa. Czyta codziennie polską prasę, syn drukuje jej z internetu. Przykrość spotkała ją wcześniej ze strony wiceprezydenta Marka Michalika, który zaproponował jej oddanie nieruchomości miastu za darmo, w zamian za wmurowanie poświęconej jej tablicy na elewacji budynku przy ul. Piotrkowskiej 104. Odczuła to jako policzek, bo przecież doskonale wie, ile ta nieruchomość jest warta.
Łódzkich podatników też spotkała przykrość, bo zapłacili 5 mln zł za budynek, za który już raz wypłacono odszkodowanie. Pani Porter nie czuje się winna?
- Przede wszystkim musimy przypomnieć, iż wyrokiem wojewódzkiego sądu administracyjnego uchylona została decyzja administracyjna z 1958 r., mocą której władza komunistyczna zabrała pani Danucie oraz jej matce ich nieruchomości. Kontynuując ten wątek, należy stwierdzić, iż wypłacone przez rząd brytyjski odszkodowanie okazało się nienależne, bo nieruchomości wróciły do właściciela. Pani Porter chce naprawić szkodę i zwrócić część pieniędzy, czyli równowartość 4640 funtów. Jednocześnie w procesie cywilnym nadal domagamy się odszkodowania od miasta za bezprawne użytkowanie nieruchomości przez ostatnie 10 lat. Półtora roku temu wystąpiliśmy do sądu o zwrot 5,6 mln zł dla mojej klientki. Podobnie jak w innych sprawach zaproponowaliśmy panu prezydentowi zawarcie ugody sądowej. Miasto odmówiło. W toku procesu sąd zlecił ekspertyzę rzeczoznawcy. Wtedy okazało się, że mojej klientce należy się więcej, bo aż 11 mln zł. Teraz, kiedy dotarliśmy do dokumentów z Komisji Odszkodowań Zagranicznych, ograniczyliśmy powództwo o kwotę wypłaconą już Porter przez Komisję. Proces trwa.
Pana zdaniem prezydent Kropiwnicki krzywdzi panią Porter, twierdząc, że wyłudziła pieniądze i składając przeciwko niej doniesienie do prokuratury?
- Zdecydowanie tak. Tu nie ma mowy o wyłudzeniu. Przepisy prawa karnego mówią, że jeśli mamy kogoś uznać winnym, to trzeba udowodnić mu winę. Ja nie dopatruję się winy po stronie pani Porter. Jest ustalony fakt nadpłaty i to będzie podlegało rozliczeniu. Konsekwencją może być tylko korekta rozliczeń między miastem a Porter.
Spotkał się Pan kiedyś ze swoją klientką?
- Nie, ale często rozmawiamy telefonicznie.
- Bardzo to przeżywa. Czyta codziennie polską prasę, syn drukuje jej z internetu. Przykrość spotkała ją wcześniej ze strony wiceprezydenta Marka Michalika, który zaproponował jej oddanie nieruchomości miastu za darmo, w zamian za wmurowanie poświęconej jej tablicy na elewacji budynku przy ul. Piotrkowskiej 104. Odczuła to jako policzek, bo przecież doskonale wie, ile ta nieruchomość jest warta.
Łódzkich podatników też spotkała przykrość, bo zapłacili 5 mln zł za budynek, za który już raz wypłacono odszkodowanie. Pani Porter nie czuje się winna?
- Przede wszystkim musimy przypomnieć, iż wyrokiem wojewódzkiego sądu administracyjnego uchylona została decyzja administracyjna z 1958 r., mocą której władza komunistyczna zabrała pani Danucie oraz jej matce ich nieruchomości. Kontynuując ten wątek, należy stwierdzić, iż wypłacone przez rząd brytyjski odszkodowanie okazało się nienależne, bo nieruchomości wróciły do właściciela. Pani Porter chce naprawić szkodę i zwrócić część pieniędzy, czyli równowartość 4640 funtów. Jednocześnie w procesie cywilnym nadal domagamy się odszkodowania od miasta za bezprawne użytkowanie nieruchomości przez ostatnie 10 lat. Półtora roku temu wystąpiliśmy do sądu o zwrot 5,6 mln zł dla mojej klientki. Podobnie jak w innych sprawach zaproponowaliśmy panu prezydentowi zawarcie ugody sądowej. Miasto odmówiło. W toku procesu sąd zlecił ekspertyzę rzeczoznawcy. Wtedy okazało się, że mojej klientce należy się więcej, bo aż 11 mln zł. Teraz, kiedy dotarliśmy do dokumentów z Komisji Odszkodowań Zagranicznych, ograniczyliśmy powództwo o kwotę wypłaconą już Porter przez Komisję. Proces trwa.
Pana zdaniem prezydent Kropiwnicki krzywdzi panią Porter, twierdząc, że wyłudziła pieniądze i składając przeciwko niej doniesienie do prokuratury?
- Zdecydowanie tak. Tu nie ma mowy o wyłudzeniu. Przepisy prawa karnego mówią, że jeśli mamy kogoś uznać winnym, to trzeba udowodnić mu winę. Ja nie dopatruję się winy po stronie pani Porter. Jest ustalony fakt nadpłaty i to będzie podlegało rozliczeniu. Konsekwencją może być tylko korekta rozliczeń między miastem a Porter.
Spotkał się Pan kiedyś ze swoją klientką?
- Nie, ale często rozmawiamy telefonicznie.
- 3 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów


