Orliki ujawniły naszą nędzę
18.06.2009
, aktualizacja: 19.06.2009 11:19
Skąd się wzięły na świecie orliki? Dlaczego są ważniejsze nawet od Euro 2012 i co z nowoczesnych boisk może mieć Łódź, orlikowe zagłębie? - opowiada socjolog Maria Rogaczewska*
ZOBACZ TAKŻE
- Trująca trawa na Orlikach? Spekulacje (03-09-09, 14:38)
- Orliki: powiesz "k..." - wynocha (09-06-09, 19:01)
- Co ma Palikot do łódzkich orlików? (20-05-09, 19:36)
- Wiceprezydent "ukradł" orlika opozycji? (16-04-09, 10:24)
- Magistratu półprawdy o orlikach (31-03-09, 18:41)
- Oberwało się Łodzi za orliki (30-03-09, 20:09)
- Orliki - coś znacznie poważniejszego (17-03-09, 15:00)
- Orlika kryzys nie tyka, wręcz przeciwnie (17-03-09, 14:55)
- Orliki zamieniają się w śmietniki (13-03-09, 19:59)
Koleżanka powiedziała mi: "Zadzwoń do Marii, ma dużo do powiedzenia o orlikach".
Maria Rogaczewska: - Nie tylko o orlikach, także o Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej, które mają być w Polsce w 2012 r.
Naukowiec i piłka nożna?
- Euro 2012 to wielka okazja do społecznej mobilizacji, porównywalna z rokiem 1989 czy wstąpieniem do Unii Europejskiej. Socjologowie z naszego instytutu postanowili nie przegapić tej okazji. Chcemy uświadomić mieszkańcom miast - aren Euro 2012 - że mistrzostwa nie są imprezą UEFA czy rządu, ale "ich imprezą". Chcemy też dać im szansę zabrania głosu, partycypacji w decyzjach i wykorzystania Mistrzostw do zmiany najbliższego otoczenia. Prosty przykład: niech do Stadionu Narodowego w Warszawie - oprócz dróg - prowadzą ścieżki rowerowe, a sąsiadujący z "koszykiem" teren zachęca do uprawiania sportu.
W Polsce trwa w tej chwili wyścig, a w mediach powtarzane jest pytanie: Czy zdążymy? Czy nie skompromitujemy się? Wszystkich interesuje tylko rok 2012. Jakieś zoo stwierdziło nawet, że musi wyremontować klatkę dla goryli przed 2012. Powstał ogólnopolski projekt "Toaleta 2012". Każda taka wizja kończy się na 2012 r. Co dalej - nieistotne. Jeśli będziemy podchodzić do Euro wyłącznie w taki sposób, zmarnujemy je. Zgoda, rok 2012 jest momentem granicznym, ale może być także impulsem inicjującym zmiany sięgające dalej. Chcemy wspomóc procesy społeczne, które będą sięgały dalej i przypominały nam o mistrzostwach wiele lat po ich zakończeniu.
Mecze będą na pięknych stadionach. Co mają do tego orliki?
- Sport bardzo szybko staje się w Polsce elementem dzielącym społeczeństwo. Na jego uprawianie stać ludzi dobrze sytuowanych. Niezamożni nie mają dostępu do boisk, klubów fitness, pieniędzy na karnety, stroje, sprzęt. Mnóstwo chłopaków ogląda w telewizji sławnych piłkarzy, ale nie ma szans, by pójść w ich ślady, bo brakuje im boiska. Jest co najwyżej kawałek podwórka i piłka, która oczywiście nie jest nowa. Orliki mogą ten frustrujący kontrast osłabić. Są częścią infrastruktury, która dzięki Euro 2012 już teraz się poprawia i która zostanie na stałe. Nie przeminie, jak same mistrzostwa.
Gdy premier obiecywał orliki, wielu myślało: gruszki na wierzbie. A co Pani pomyślała?
- Byłam optymistką! Po pierwsze dlatego, że ten pomysł jednoczy. Trudno wyobrazić sobie siłę polityczną, która powie: "My nie chcemy boisk dla dzieci". Po drugie - zakłada partnerstwo państwa z samorządami. Gdyby to jedynie rząd budował, orliki byłyby z góry podejrzane: "Państwo dało, więc zaraz pewnie zabierze". Orliki byłyby prawdopodobnie ciałami obcymi, z którymi ludzie by się nie utożsamiali, bo jesteśmy skłonni odrzucać nawet dobre pomysły, jeśli są robione ponad naszymi głowami. Po trzecie - orlik z założenia jest dla każdego. Nie tylko dla piłkarzy - można grać też w siatkówkę albo się gimnastykować. Nie tylko dla chłopaków - także dla dorosłych. Również dla kobiet, dla niepełnosprawnych sportowców-amatorów, dla sąsiadów, znajomych, dla całych rodzin. Jest miejscem spotkania.
To polski pomysł?
- Już przed mundialem w Niemczech trzy lata temu FIFA dostrzegła wielki potencjał rozwojowy i społeczny futbolu. Wymyślono wtedy akcję "Football for Hope", dzięki której przed kolejnym mundialem powstanie w całej Afryce 20 dużych obiektów składających się z boiska, przychodni zdrowia i czegoś w rodzaju wielkiej świetlicy. Wcześniej - bo już od 2002 r. - boiska podobne do orlików pomaga budować międzynarodowa organizacja Streetfootballworld, wywodząca się z Niemiec. Oni twierdzą, że poprzez sport można zmieniać świat, a w piłce nożnej widzą narzędzie postępu cywilizacyjnego. Interesują się miejscami, gdzie planowane są wielkie inwestycje sportowe i pilnują, by przy okazji zadbano także o obiekty dostępne dla każdego, zwłaszcza dla dzieci. Lobbują w FIFA i UEFA, w rządach i u inwestorów. Przekazują dobre praktyki. Jak bardzo to jest potrzebne, świadczy choćby przykład Portugalii. Na zorganizowanych tam pięć lat temu Mistrzostwach Europy mieszkańcy niektórych miast więcej stracili, niż zyskali. Najpierw żyli na placu budowy, gdy rosły stadiony. Potem - już w czasie Euro - uciekli na prowincję przed tabunami kibiców. Dziś mieszkają obok pustych kolosów, po których biegają bezpańskie psy i które ich miasta muszą utrzymywać, ograniczając wydatki na przedszkola i bezpieczeństwo. Nie wspominając już o straconych parkach, których miejsca zajęły wspomniane stadiony i parkingi.
Łódź staje się orlikowym zagłębiem. Do końca roku mamy mieć 30 takich kompleksów. Mamy też pierwsze awantury o to, kto może grać na orlikach. Chciała Liga Szóstek Piłkarskich, ale władze Łodzi się nie zgodziły. - W szóstkach grają głównie dorośli. Zarabiają, stać ich na wynajęcie innego boiska, a orliki są dla dzieci - pisali łodzianie na forach.
- A co jest złego w szóstkach piłkarskich? Syn, który widzi, że ojciec ma siłę, kondycję i że wygrywa mecz, stara się mu potem dorównać. Ojciec, który na boisku daje innym wycisk, staje się autorytetem. Choćby z tego względu szkoda, że ligi dorosłych na orlikach nie będzie.
W Bielsku-Białej na starym asfaltowym boisku dzieciaki mogły grać całymi dniami, a na nowym obowiązuje grafik zdominowany przez grupy starszych graczy. Dzieciaki mają orlika, ale nie mogą na nim grać.
- Fatalnie. Powinniśmy raczej uprzywilejować grupy mające zbyt mały dostęp do takich obiektów. Młodzież z blokowisk, gdzie w okolicy nie ma kina, teatru czy czegokolwiek, co pozwala spędzać czas ciekawie i mądrze, powinna mieć na orlika wstęp zagwarantowany. Dużo swojego czasu w grafiku.
Z 30 łódzkich orlików żadnego nie ma i nie będzie w zapuszczonym Śródmieściu. Czy w ten sposób orliki - wbrew przyświecającej im idei - nie stają się elementem wykluczającym? Zamiast znosić - utrwalają podział na dzielnice bogate i biedne centrum bez fajnych boisk.
- To prawda, dlatego być może warto, aby dzieciaki z ulicy Jaracza, Wschodniej czy Wólczańskiej dowozić do tych boisk. Niechaj gmina zorganizuje transport. Dobrze, jeśli pójdzie to w parze z zajęciami integrującymi. Niech trener wymiesza zawodników, by ci ze Śródmieścia nie czuli się na Retkini intruzami. W krajach afrykańskich w tych samych koszulkach grają dzieci ze skłóconych plemion. Z kolei Streetfootballworld wspiera turnieje "Fair Play for Fair Life". Na boisku spotyka się młodzież z krajów, pomiędzy którymi są napięcia polityczne. To także orlikowy potencjał. Wykorzystajmy go! A wracając do ligi szóstek - na orlikach jest tłok, ponieważ one po prostu ujawniły nędzę naszej infrastruktury. Pokazały, jak bardzo brakuje nam boisk. Zwłaszcza, jeśli dostrzeżemy, że przez ostatnie 20 lat pozwolono klubom zniszczyć sekcje trampkarskie, bo się nie opłacały, nie były wartością. Tak długo, jak orlików będzie za mało, będą konflikty. Spójrzmy na przykład Stanów Zjednoczonych. Jednym z najważniejszych rodzinnych rytuałów jest tam wspólne uczestniczenie w rozgrywkach. Ogląda się tatę grającego w tenisa, mamę w zawodach pływackich i syna w lidze koszykarskiej. Wszyscy się nawzajem podziwiają i zarażają sportem.
Na działania społeczne dotyczące Euro 2012 w Polsce Uniwersytet Warszawski otrzymał ponad pół miliona dolarów. Czy coś z tego pójdzie na orliki?
- Te fundusze nie są przeznaczone na budowanie obiektów, tylko na ogólnopolskie badania dotyczące kondycji sportu czy też organizację warsztatów i debat o tym, jak inwestycje związane z imprezą wykorzystać z pożytkiem dla mieszkańców. Może jedną z takich debat zrobimy w Łodzi. Zapytamy łodzian, jak najlepiej korzystać z orlików. Jakie mają pomysły, by - obok sportowych - spełniały również funkcje społeczne. Założeniem tych debat jest, by wnioski stały się od razu konkretnymi projektami działań.
Maria Rogaczewska: - Nie tylko o orlikach, także o Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej, które mają być w Polsce w 2012 r.
Naukowiec i piłka nożna?
- Euro 2012 to wielka okazja do społecznej mobilizacji, porównywalna z rokiem 1989 czy wstąpieniem do Unii Europejskiej. Socjologowie z naszego instytutu postanowili nie przegapić tej okazji. Chcemy uświadomić mieszkańcom miast - aren Euro 2012 - że mistrzostwa nie są imprezą UEFA czy rządu, ale "ich imprezą". Chcemy też dać im szansę zabrania głosu, partycypacji w decyzjach i wykorzystania Mistrzostw do zmiany najbliższego otoczenia. Prosty przykład: niech do Stadionu Narodowego w Warszawie - oprócz dróg - prowadzą ścieżki rowerowe, a sąsiadujący z "koszykiem" teren zachęca do uprawiania sportu.
W Polsce trwa w tej chwili wyścig, a w mediach powtarzane jest pytanie: Czy zdążymy? Czy nie skompromitujemy się? Wszystkich interesuje tylko rok 2012. Jakieś zoo stwierdziło nawet, że musi wyremontować klatkę dla goryli przed 2012. Powstał ogólnopolski projekt "Toaleta 2012". Każda taka wizja kończy się na 2012 r. Co dalej - nieistotne. Jeśli będziemy podchodzić do Euro wyłącznie w taki sposób, zmarnujemy je. Zgoda, rok 2012 jest momentem granicznym, ale może być także impulsem inicjującym zmiany sięgające dalej. Chcemy wspomóc procesy społeczne, które będą sięgały dalej i przypominały nam o mistrzostwach wiele lat po ich zakończeniu.
Mecze będą na pięknych stadionach. Co mają do tego orliki?
- Sport bardzo szybko staje się w Polsce elementem dzielącym społeczeństwo. Na jego uprawianie stać ludzi dobrze sytuowanych. Niezamożni nie mają dostępu do boisk, klubów fitness, pieniędzy na karnety, stroje, sprzęt. Mnóstwo chłopaków ogląda w telewizji sławnych piłkarzy, ale nie ma szans, by pójść w ich ślady, bo brakuje im boiska. Jest co najwyżej kawałek podwórka i piłka, która oczywiście nie jest nowa. Orliki mogą ten frustrujący kontrast osłabić. Są częścią infrastruktury, która dzięki Euro 2012 już teraz się poprawia i która zostanie na stałe. Nie przeminie, jak same mistrzostwa.
Gdy premier obiecywał orliki, wielu myślało: gruszki na wierzbie. A co Pani pomyślała?
- Byłam optymistką! Po pierwsze dlatego, że ten pomysł jednoczy. Trudno wyobrazić sobie siłę polityczną, która powie: "My nie chcemy boisk dla dzieci". Po drugie - zakłada partnerstwo państwa z samorządami. Gdyby to jedynie rząd budował, orliki byłyby z góry podejrzane: "Państwo dało, więc zaraz pewnie zabierze". Orliki byłyby prawdopodobnie ciałami obcymi, z którymi ludzie by się nie utożsamiali, bo jesteśmy skłonni odrzucać nawet dobre pomysły, jeśli są robione ponad naszymi głowami. Po trzecie - orlik z założenia jest dla każdego. Nie tylko dla piłkarzy - można grać też w siatkówkę albo się gimnastykować. Nie tylko dla chłopaków - także dla dorosłych. Również dla kobiet, dla niepełnosprawnych sportowców-amatorów, dla sąsiadów, znajomych, dla całych rodzin. Jest miejscem spotkania.
To polski pomysł?
- Już przed mundialem w Niemczech trzy lata temu FIFA dostrzegła wielki potencjał rozwojowy i społeczny futbolu. Wymyślono wtedy akcję "Football for Hope", dzięki której przed kolejnym mundialem powstanie w całej Afryce 20 dużych obiektów składających się z boiska, przychodni zdrowia i czegoś w rodzaju wielkiej świetlicy. Wcześniej - bo już od 2002 r. - boiska podobne do orlików pomaga budować międzynarodowa organizacja Streetfootballworld, wywodząca się z Niemiec. Oni twierdzą, że poprzez sport można zmieniać świat, a w piłce nożnej widzą narzędzie postępu cywilizacyjnego. Interesują się miejscami, gdzie planowane są wielkie inwestycje sportowe i pilnują, by przy okazji zadbano także o obiekty dostępne dla każdego, zwłaszcza dla dzieci. Lobbują w FIFA i UEFA, w rządach i u inwestorów. Przekazują dobre praktyki. Jak bardzo to jest potrzebne, świadczy choćby przykład Portugalii. Na zorganizowanych tam pięć lat temu Mistrzostwach Europy mieszkańcy niektórych miast więcej stracili, niż zyskali. Najpierw żyli na placu budowy, gdy rosły stadiony. Potem - już w czasie Euro - uciekli na prowincję przed tabunami kibiców. Dziś mieszkają obok pustych kolosów, po których biegają bezpańskie psy i które ich miasta muszą utrzymywać, ograniczając wydatki na przedszkola i bezpieczeństwo. Nie wspominając już o straconych parkach, których miejsca zajęły wspomniane stadiony i parkingi.
Łódź staje się orlikowym zagłębiem. Do końca roku mamy mieć 30 takich kompleksów. Mamy też pierwsze awantury o to, kto może grać na orlikach. Chciała Liga Szóstek Piłkarskich, ale władze Łodzi się nie zgodziły. - W szóstkach grają głównie dorośli. Zarabiają, stać ich na wynajęcie innego boiska, a orliki są dla dzieci - pisali łodzianie na forach.
- A co jest złego w szóstkach piłkarskich? Syn, który widzi, że ojciec ma siłę, kondycję i że wygrywa mecz, stara się mu potem dorównać. Ojciec, który na boisku daje innym wycisk, staje się autorytetem. Choćby z tego względu szkoda, że ligi dorosłych na orlikach nie będzie.
W Bielsku-Białej na starym asfaltowym boisku dzieciaki mogły grać całymi dniami, a na nowym obowiązuje grafik zdominowany przez grupy starszych graczy. Dzieciaki mają orlika, ale nie mogą na nim grać.
- Fatalnie. Powinniśmy raczej uprzywilejować grupy mające zbyt mały dostęp do takich obiektów. Młodzież z blokowisk, gdzie w okolicy nie ma kina, teatru czy czegokolwiek, co pozwala spędzać czas ciekawie i mądrze, powinna mieć na orlika wstęp zagwarantowany. Dużo swojego czasu w grafiku.
Z 30 łódzkich orlików żadnego nie ma i nie będzie w zapuszczonym Śródmieściu. Czy w ten sposób orliki - wbrew przyświecającej im idei - nie stają się elementem wykluczającym? Zamiast znosić - utrwalają podział na dzielnice bogate i biedne centrum bez fajnych boisk.
- To prawda, dlatego być może warto, aby dzieciaki z ulicy Jaracza, Wschodniej czy Wólczańskiej dowozić do tych boisk. Niechaj gmina zorganizuje transport. Dobrze, jeśli pójdzie to w parze z zajęciami integrującymi. Niech trener wymiesza zawodników, by ci ze Śródmieścia nie czuli się na Retkini intruzami. W krajach afrykańskich w tych samych koszulkach grają dzieci ze skłóconych plemion. Z kolei Streetfootballworld wspiera turnieje "Fair Play for Fair Life". Na boisku spotyka się młodzież z krajów, pomiędzy którymi są napięcia polityczne. To także orlikowy potencjał. Wykorzystajmy go! A wracając do ligi szóstek - na orlikach jest tłok, ponieważ one po prostu ujawniły nędzę naszej infrastruktury. Pokazały, jak bardzo brakuje nam boisk. Zwłaszcza, jeśli dostrzeżemy, że przez ostatnie 20 lat pozwolono klubom zniszczyć sekcje trampkarskie, bo się nie opłacały, nie były wartością. Tak długo, jak orlików będzie za mało, będą konflikty. Spójrzmy na przykład Stanów Zjednoczonych. Jednym z najważniejszych rodzinnych rytuałów jest tam wspólne uczestniczenie w rozgrywkach. Ogląda się tatę grającego w tenisa, mamę w zawodach pływackich i syna w lidze koszykarskiej. Wszyscy się nawzajem podziwiają i zarażają sportem.
Na działania społeczne dotyczące Euro 2012 w Polsce Uniwersytet Warszawski otrzymał ponad pół miliona dolarów. Czy coś z tego pójdzie na orliki?
- Te fundusze nie są przeznaczone na budowanie obiektów, tylko na ogólnopolskie badania dotyczące kondycji sportu czy też organizację warsztatów i debat o tym, jak inwestycje związane z imprezą wykorzystać z pożytkiem dla mieszkańców. Może jedną z takich debat zrobimy w Łodzi. Zapytamy łodzian, jak najlepiej korzystać z orlików. Jakie mają pomysły, by - obok sportowych - spełniały również funkcje społeczne. Założeniem tych debat jest, by wnioski stały się od razu konkretnymi projektami działań.
Co orliki mogą nam dać?
- Sport przestał się nam już kojarzyć ze szlachetną rywalizacją, a zaczął z wielkimi pieniędzmi, rozrywką i przemocą. Zapomnieliśmy, że wyrabia charakter, uczy odpowiedzialności, szacunku dla przeciwnika, gry zespołowej, wyciągania wniosków z porażki, że zmaganie ze sobą i przeciwnikiem po prostu daje radość. Dzięki orlikom mamy szansę na nowo odkryć te czyste, pierwotne wartości sportu, tak przecież istotne w społeczeństwie, które chce być obywatelskie.
* Maria Rogaczewska jest łodzianką, doktorantką w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
- Sport przestał się nam już kojarzyć ze szlachetną rywalizacją, a zaczął z wielkimi pieniędzmi, rozrywką i przemocą. Zapomnieliśmy, że wyrabia charakter, uczy odpowiedzialności, szacunku dla przeciwnika, gry zespołowej, wyciągania wniosków z porażki, że zmaganie ze sobą i przeciwnikiem po prostu daje radość. Dzięki orlikom mamy szansę na nowo odkryć te czyste, pierwotne wartości sportu, tak przecież istotne w społeczeństwie, które chce być obywatelskie.
* Maria Rogaczewska jest łodzianką, doktorantką w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Orliki ujawniły naszą nędzę
vemod
19.06.09, 12:09
Czy to nasza Marysia Rogaczewska, absolwentka IV LO? Pozdrawiam serdecznie igratuluję dobrze obranej drogi naukowej :)»




więcej zdjęć