Muzyczna powódź. Jakościowy skok festiwalu Soundedit
30.10.2011
, aktualizacja: 30.10.2011 21:46
Za nami trzecia edycja Międzynarodowego Festiwalu Producentów Muzycznych. - Dzięki Soundedit ludzie mogą nareszcie dowiedzieć się, jak ważną rolę spełniają producenci muzyczni - mówi Flood, laureat nagrody dla Człowieka ze Złotym Uchem
ZOBACZ TAKŻE
- Kult zagrał w Łodzi. Totalna stabilizacja [ZDJĘCIA] (04-11-11, 08:08)
"Do trzech razy sztuka" - to powiedzonko przewijało się w rozmowach toczonych we foyer Teatru Muzycznego, gdy w sobotnią noc wybrzmiały już ostatnie dźwięki koncertu Anity Lipnickiej, Kida Congo i Khana.
Edycje Soundedit z lat 2009 i 2010 były udane, ale niewolne od niedociągnięć. Mimo wizyt znakomitych producentów i muzyków festiwal nie cieszył się dużym zainteresowaniem, a słaba frekwencja przekładała się na atmosferę. Tegoroczna edycja miała dać odpowiedź na pytanie, czy wokół festiwalu o oryginalnej, ale i - powiedzmy sobie szczerze - dość wydumanej formule może wytworzyć się dobra chemia.
Spieszę donieść, że odpowiedź brzmi: „tak”. Sukces był możliwy dzięki kilku zmianom. Koniec października to z pewnością lepszy termin niż początek września. Przeprowadzka z „zimnych” przestrzeni klubu Wytwórnia do wyremontowanej operetki okazała się strzałem w dziesiątkę. Teatr Muzyczny idealnie spełniał warunki centrum festiwalowego. Dzięki nawiązaniu współpracy z fundacją Lightcraft Kemyd, zajmującą się produkcją widowisk artystycznych, znacznie poprawiła się także organizacja.
Pomysłodawcy - Marcin Tercjak i Maciej Werk - dopilnowali promocji festiwalu. W spotkaniach z zaproszonymi do Łodzi producentami z Polski i świata uczestniczyło kilkaset osób z całego kraju (w ubiegłych latach sala warsztatowa świeciła chwilami zawstydzającymi pustkami). Byli wśród nich muzycy niszowi (zespół Nemezis), alternatywni (Misia Furtak z Tres.b) i mainstreamowi (Sidney Polak, Glaca). Tradycyjnie najtrudniej było spotkać łódzkich muzyków. Wszyscy akurat grali w tych dniach koncerty?
Festiwal wypalił też od strony artystycznej. Zaproszenie Tanity Tikaram odczytywałem jako konieczność złożenia ukłonu szerszej publiczności. Nie widziałem w tym zresztą nic złego, nie spodziewałem się natomiast szczególnych artystycznych doznań. Tikaram całkowicie mnie zaskoczyła. Grała na niewielkim fortepianie, czasami sięgając po akustyczną gitarę. Towarzyszył jej kontrabasista i włączający się od czasu do czasu muzyk grający na flecie, saksofonie i klarnecie. Jej utwory - znane, z "Twist In My Sobriety" na czele, i mniej znane czy to napisane w wieku dziecięcym, czy to najnowsze, z mającej się wkrótce ukazać płyty - zabrzmiały niemalże jak klasyki. Ascetyczne instrumentarium pozwoliło w pełni rozbrzmieć oryginalnemu, głębokiemu, wibrującemu głosowi Tikaram. 42-letnia dziś, wyluzowana, bezpretensjonalna artystka śpiewa zresztą tak pięknie, że jak dla mnie mogłaby występować bez żadnego akompaniamentu.
Udał się też karkołomny manewr ze zorganizowaniem zastępstwa na koncert sobotni. Nowojorska artystka Julee Cruise, która miała w Łodzi zaśpiewać utwory z serialu "Miasteczko Twin Peaks" przysłała tydzień przed koncertem coś w rodzaju zwolnienia od lekarza. Z multiinstrumentalistami Kidem Congo i Khanem wystąpiła w czterech utworach Anita Lipnicka, która na scenę operetki weszła prosto z awionetki. Tego samego wieczoru śpiewała bowiem w Poznaniu. Lipnicka poradziła sobie z szalonymi muzykami i elektronicznymi aranżacjami. "Falling" w jej wykonaniu brzmiało nie gorzej niż oryginał Julee Cruise.
Doskonale na festiwalu czuli się też laureaci nagród dla Człowieka ze Złotym Uchem - wybitni producenci Adam Toczko, Flood i Daniel Miller.
Oto piosenka, którą dla Flooda przygotował Daniel Lanois, pierwszy laureat nagrody dla Człowieka ze Złotym Uchem
Piątkowej nocy Miller wystąpił w roli didżeja, miksując muzykę z katalogu własnej wytwórni Mute (Depeche Mode, Erasure, Nitzer Ebb). Flesze błyskały non stop, każdy chciał mieć zdjęcie z Millerem i Floodem (producentem słynnych płyt Depeche Mode i U2). - To bardzo pochlebiające, trudno uwierzyć, że jestem tu tak fetowany - powiedział "Gazecie" Flood, który w sobotę opowiedział o nagrywaniu płyty "Violator" i wyjaśnił, że jego ksywa (po angielsku - "powódź") wzięła się od wylewania herbaty w początkach jego pracy w studiu nagraniowym. - Soundedit to jedyna impreza na świecie, na której mówi się o pracy producentów i inżynierów dźwięku. W Londynie wręczane są nagrody dla producentów, ale to impreza branżowa, a nie otwarta dla wszystkich jak tu. Trzymam kciuki za ten festiwal.
Warto wspomnieć jeszcze o Ulicznej Galerii Dźwięku, studiu nagraniowym, które zaistniało jeszcze przed festiwalem w opuszczonym sklepie przy ulicy Piotrkowskiej. Od lat dyskutujemy o tym, co robić z pustymi lokalami na Piotrkowskiej. Przekonujemy sami siebie, że jesteśmy stolicą przemysłów kreatywnych. Mam nadzieję, że do Ulicznej Galerii Dźwięku zajrzeli przedstawiciele łódzkich władz, uczestniczący kilkaset metrów dalej w Regionalnym Kongresie Kultury.
Edycje Soundedit z lat 2009 i 2010 były udane, ale niewolne od niedociągnięć. Mimo wizyt znakomitych producentów i muzyków festiwal nie cieszył się dużym zainteresowaniem, a słaba frekwencja przekładała się na atmosferę. Tegoroczna edycja miała dać odpowiedź na pytanie, czy wokół festiwalu o oryginalnej, ale i - powiedzmy sobie szczerze - dość wydumanej formule może wytworzyć się dobra chemia.
Spieszę donieść, że odpowiedź brzmi: „tak”. Sukces był możliwy dzięki kilku zmianom. Koniec października to z pewnością lepszy termin niż początek września. Przeprowadzka z „zimnych” przestrzeni klubu Wytwórnia do wyremontowanej operetki okazała się strzałem w dziesiątkę. Teatr Muzyczny idealnie spełniał warunki centrum festiwalowego. Dzięki nawiązaniu współpracy z fundacją Lightcraft Kemyd, zajmującą się produkcją widowisk artystycznych, znacznie poprawiła się także organizacja.
Pomysłodawcy - Marcin Tercjak i Maciej Werk - dopilnowali promocji festiwalu. W spotkaniach z zaproszonymi do Łodzi producentami z Polski i świata uczestniczyło kilkaset osób z całego kraju (w ubiegłych latach sala warsztatowa świeciła chwilami zawstydzającymi pustkami). Byli wśród nich muzycy niszowi (zespół Nemezis), alternatywni (Misia Furtak z Tres.b) i mainstreamowi (Sidney Polak, Glaca). Tradycyjnie najtrudniej było spotkać łódzkich muzyków. Wszyscy akurat grali w tych dniach koncerty?
Festiwal wypalił też od strony artystycznej. Zaproszenie Tanity Tikaram odczytywałem jako konieczność złożenia ukłonu szerszej publiczności. Nie widziałem w tym zresztą nic złego, nie spodziewałem się natomiast szczególnych artystycznych doznań. Tikaram całkowicie mnie zaskoczyła. Grała na niewielkim fortepianie, czasami sięgając po akustyczną gitarę. Towarzyszył jej kontrabasista i włączający się od czasu do czasu muzyk grający na flecie, saksofonie i klarnecie. Jej utwory - znane, z "Twist In My Sobriety" na czele, i mniej znane czy to napisane w wieku dziecięcym, czy to najnowsze, z mającej się wkrótce ukazać płyty - zabrzmiały niemalże jak klasyki. Ascetyczne instrumentarium pozwoliło w pełni rozbrzmieć oryginalnemu, głębokiemu, wibrującemu głosowi Tikaram. 42-letnia dziś, wyluzowana, bezpretensjonalna artystka śpiewa zresztą tak pięknie, że jak dla mnie mogłaby występować bez żadnego akompaniamentu.
Udał się też karkołomny manewr ze zorganizowaniem zastępstwa na koncert sobotni. Nowojorska artystka Julee Cruise, która miała w Łodzi zaśpiewać utwory z serialu "Miasteczko Twin Peaks" przysłała tydzień przed koncertem coś w rodzaju zwolnienia od lekarza. Z multiinstrumentalistami Kidem Congo i Khanem wystąpiła w czterech utworach Anita Lipnicka, która na scenę operetki weszła prosto z awionetki. Tego samego wieczoru śpiewała bowiem w Poznaniu. Lipnicka poradziła sobie z szalonymi muzykami i elektronicznymi aranżacjami. "Falling" w jej wykonaniu brzmiało nie gorzej niż oryginał Julee Cruise.
Doskonale na festiwalu czuli się też laureaci nagród dla Człowieka ze Złotym Uchem - wybitni producenci Adam Toczko, Flood i Daniel Miller.
Oto piosenka, którą dla Flooda przygotował Daniel Lanois, pierwszy laureat nagrody dla Człowieka ze Złotym Uchem
Piątkowej nocy Miller wystąpił w roli didżeja, miksując muzykę z katalogu własnej wytwórni Mute (Depeche Mode, Erasure, Nitzer Ebb). Flesze błyskały non stop, każdy chciał mieć zdjęcie z Millerem i Floodem (producentem słynnych płyt Depeche Mode i U2). - To bardzo pochlebiające, trudno uwierzyć, że jestem tu tak fetowany - powiedział "Gazecie" Flood, który w sobotę opowiedział o nagrywaniu płyty "Violator" i wyjaśnił, że jego ksywa (po angielsku - "powódź") wzięła się od wylewania herbaty w początkach jego pracy w studiu nagraniowym. - Soundedit to jedyna impreza na świecie, na której mówi się o pracy producentów i inżynierów dźwięku. W Londynie wręczane są nagrody dla producentów, ale to impreza branżowa, a nie otwarta dla wszystkich jak tu. Trzymam kciuki za ten festiwal.
Warto wspomnieć jeszcze o Ulicznej Galerii Dźwięku, studiu nagraniowym, które zaistniało jeszcze przed festiwalem w opuszczonym sklepie przy ulicy Piotrkowskiej. Od lat dyskutujemy o tym, co robić z pustymi lokalami na Piotrkowskiej. Przekonujemy sami siebie, że jesteśmy stolicą przemysłów kreatywnych. Mam nadzieję, że do Ulicznej Galerii Dźwięku zajrzeli przedstawiciele łódzkich władz, uczestniczący kilkaset metrów dalej w Regionalnym Kongresie Kultury.
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów




więcej zdjęć