Jacek Fedorowicz w Łodzi o śmiesznym i tragicznym PRL
2011-10-18
, aktualizacja: 17.10.2011 16:41
- Chcę wierzyć, że miłościwie nam panujący kapitalizm naprawi się. Byleby nie wtrącili się w ten proces rewolucjoniści - o "ruchu oburzonych" i wynaturzeniach satyry w schyłkowym PRL-u mówi Jacek Fedorowicz
ZOBACZ TAKŻE
- Łódź w przededniu kataklizmu: nowa książka IPN (08-11-11, 20:34)
- Rozmowy o stanie świata w Świetlicy Krytyki Politycznej (22-10-11, 15:00)
- Łódź stolicą designu: spinacze do bielizny i budynki (18-10-11, 14:25)
- Dzieje się we wtorek: zobacz legendarny koncert Nirvany (17-10-11, 20:42)
Spotkanie z Jackiem Fedorowiczem rozpocznie się we wtorek 18 października o godz. 18 w Poleskim Ośrodku Sztuki (ul. Krzemieniecka 2a). Jacek Fedorowicz będzie mówić o swojej nowej książce "Ja jako wykopalisko". Wstęp: 5 zł.
Rozmowa z Jackiem Fedorowiczem
Igor Rakowski-Kłos: Pisze pan w książce "Ja jako wykopalisko", żeby młodzież "nie dała się nigdy w przyszłości otumanić (pięknie przecież brzmiącym!) ideom komunistycznym". Gdy rozmawiamy, w miastach na całym świecie głównie młodzi ludzie protestują przeciw brakowi państwowej kontroli nad instytucjami finansowymi. Co myśli pan o narastających antykapitalistycznych nastrojach?
Jacek Fedorowicz: Staram się być wybaczliwy i pełen zrozumienia dla młodzieży, która z natury rzeczy musi być przeciw czemuś, a że w tej chwili ma pod ręką kapitalizm - on się ostatnio wręcz napraszał - to akurat kapitalizm zwalcza. Czy może raczej wynaturzenia systemu finansowego. Gdyby tak było, to proszę bardzo. Nie ma systemów idealnych, wszystko się rozwija, zmienia, czasem ulepsza, a czasem idzie w złą stronę. Chcę wierzyć, że miłościwie nam panujący kapitalizm, po różnych turbulencjach - naprawi się. Przeprowadzi autokorektę. Po czym znów gdzieś zbłądzi i będzie się musiał korygować. Uważam to za normalne. Byleby tylko nie wtrącili się w ten proces jacyś rewolucjoniści. Wtedy - koniec.
Jako pozytywną konsekwencję "socjalistycznej gospodarki niedoboru" pokazuje Pan "kulturę bez poprawek": mniej materiałów i pieniędzy sprawiało, że artyści bardziej się mobilizowali, lepiej się koncentrowali i rezultat ich pracy stał na wyższym poziomie.
- Domyślam się, że ma pan tu na myśli moje wspominki, jak to Staszek Bareja wydeptywał sobie w firmie "Film Polski" drogocenną taśmę zachodniej produkcji, ale dostawał jej tak mało, że musiał kręcić bez dubli, co - rzeczywiście - powodowało niezwykłą koncentrację na planie. Ale to nie jest przypisane do jednego systemu. W dzisiejszych czasach łatwo można sobie wyobrazić sytuację identyczną: prywatny sponsor daje pieniądze na film, ale niewielkie, i znów trzeba się sprężać, by nie kręcić zbyt kosztownie. A zdarza się, że pieniędzy jest mnóstwo, nie trzeba oszczędzać, można cyzelować miesiącami i efekt też jest dobry, a może i lepszy. Tu nie ma reguł.
O PRL-u mówi się dziś na dwa sposoby. Jeden akcentuje cenzurę, inwigilację, stan wojenny, więzienia dla opozycji. Drugi widzi PRL jako śmieszny kraj, w którym absurdy były nieodłączną częścią codzienności. Pożywką dla tego drugiego spojrzenia są filmy Stanisława Barei, w których pan grał. Który z tych sposobów myślenia o Polsce Ludowej jest panu bliższy?
- Absurdy peerelowskie dziś są śmieszne, wtedy doprowadzały ludzi czasem na skraj wyczerpania nerwowego. Staszek pięknie pokazał zawodowego "stacza" kolejkowego (wzruszająca rola Bronisława Pawlika). Zaśmiewamy się z przeróżnych epizodów z kolejką w tle, ale niech pan sobie wyobrazi, że stoi pan dzień i noc przed sklepem na zmianę z kimś z rodziny, by kupić lodówkę, tapczan czy cokolwiek innego. Tak się wtedy kupowało. Inwigilacje, przesłuchania, areszty - a w czasach przeze mnie opisywanych w książce to i regularne morderstwa sądowe się zdarzały - to też obraz PRL-u. Można opowiadać i śmiesznie, i dramatycznie, to sprawa wyboru konwencji opowiadania. I jedno, i drugie spojrzenie jest uprawnione. Mnie osobiście najbardziej odpowiada narracja szukająca sobie miejsca pośrodku.
Andrzej Leon Sowa w niedawno wydanej książce "Historia polityczna Polski 1944-1991" twierdzi, że coraz trudniej uchwycić atmosferę PRL-u. Ma pan podobne odczucia?
- Absolutnie tak. Ale dodam zaraz, że to normalne i nieuniknione. Czas płynie. Atmosferę Cesarstwa Rzymskiego uchwycić jest jeszcze trudniej, i tym się pocieszajmy. Wrócę do tego, o czym pan wspomniał na początku: "żeby młodzież nie dała się otumanić". Ja przez cały PRL bałem się, że propaganda komunistyczna będzie umiała ludziom wmówić, że żyją w najlepszym z ustrojów i że to tylko kwestia czasu. I we wszystkim, co robiłem, starałem się temu przeciwstawiać. Staszek Bareja w swoich ostatnich filmach - też. Atmosfera PRL-u wyczuwalna w tych filmach jest przesadnie absurdalna, jest karykaturą, ale nie zapominajmy, po co Staszek to robił. Po to, żeby ludziom otwierać oczy na bezsens systemu.
Przez niemal cały PRL i prawie 20 lat III RP był pan twórcą tekstów, programów i teatrzyków satyrycznych. Jak przez te lata zmieniła się w Polsce satyra?
- Najpierw było to otwieranie oczu, delikatne, bo przecież cenzura, dawanie do zrozumienia, że nie żyjemy w najlepszym ze światów. Królowały metafora i mruganie okiem. Powstanie "Solidarności", a jeszcze bardziej stan wojenny, zmieniły sytuację diametralnie: można było mówić o potrzebie radykalnych zmian coraz bardziej wprost. Czasy "nowożytne", czyli po odzyskaniu niepodległości, są nieporównywalne z latami PRL-u.
Ktoś kiedyś powiedział, że publiczność w PRL-u łatwiej było rozbawić, bo wszyscy żyli podobnymi sprawami.
- Łatwość rozbawiania widowni za schyłkowego Peerelu była moim zdaniem czymś w rodzaju wynaturzenia. Wystarczyło powiedzieć coś odważniej, a już publiczność ryczała ze śmiechu, ale nie dlatego, że ją to bawiło, nie, to było raczej dawanie artyście do zrozumienia, że my, widzowie, też jesteśmy przeciw komunistom. Dziś żyjemy w czasach normalnych, nie mamy jednego głównego, wspólnego obiektu do obśmiewania, czyli tej tak zwanej komuny, ale tematy uniwersalne, owszem, zdarzają się. Proszę zauważyć, jak często obiektem czy tematem jest świat brany z ekranu telewizora. Co bardziej charakterystyczne reklamy, seriale, Doda i inne postacie z tej branży. Kabarety nie gardzą też tematami, których uniwersalizm jest niewątpliwy, a jednocześnie odwieczny, banalny do bólu i wyświechtany jak teściowa, kochanek w szafie i podobne.
Kończy pan "Ja jako znalezisko" nieśmiałą obietnicą wydania biografii obejmującej także lata po wyprowadzce z Trójmiasta. Czy łatwiej pisze się wspomnienia na komputerze i bez myśli o możliwej ingerencji cenzury?
- No pewnie! Ale pisaniu towarzyszy stała obawa, że nikt nie będzie chciał tego przeczytać. Dawniej było wiadomo, że z całą pewnością przeczyta przynajmniej cenzor.
Rozmowa z Jackiem Fedorowiczem
Igor Rakowski-Kłos: Pisze pan w książce "Ja jako wykopalisko", żeby młodzież "nie dała się nigdy w przyszłości otumanić (pięknie przecież brzmiącym!) ideom komunistycznym". Gdy rozmawiamy, w miastach na całym świecie głównie młodzi ludzie protestują przeciw brakowi państwowej kontroli nad instytucjami finansowymi. Co myśli pan o narastających antykapitalistycznych nastrojach?
Jacek Fedorowicz: Staram się być wybaczliwy i pełen zrozumienia dla młodzieży, która z natury rzeczy musi być przeciw czemuś, a że w tej chwili ma pod ręką kapitalizm - on się ostatnio wręcz napraszał - to akurat kapitalizm zwalcza. Czy może raczej wynaturzenia systemu finansowego. Gdyby tak było, to proszę bardzo. Nie ma systemów idealnych, wszystko się rozwija, zmienia, czasem ulepsza, a czasem idzie w złą stronę. Chcę wierzyć, że miłościwie nam panujący kapitalizm, po różnych turbulencjach - naprawi się. Przeprowadzi autokorektę. Po czym znów gdzieś zbłądzi i będzie się musiał korygować. Uważam to za normalne. Byleby tylko nie wtrącili się w ten proces jacyś rewolucjoniści. Wtedy - koniec.
Jako pozytywną konsekwencję "socjalistycznej gospodarki niedoboru" pokazuje Pan "kulturę bez poprawek": mniej materiałów i pieniędzy sprawiało, że artyści bardziej się mobilizowali, lepiej się koncentrowali i rezultat ich pracy stał na wyższym poziomie.
- Domyślam się, że ma pan tu na myśli moje wspominki, jak to Staszek Bareja wydeptywał sobie w firmie "Film Polski" drogocenną taśmę zachodniej produkcji, ale dostawał jej tak mało, że musiał kręcić bez dubli, co - rzeczywiście - powodowało niezwykłą koncentrację na planie. Ale to nie jest przypisane do jednego systemu. W dzisiejszych czasach łatwo można sobie wyobrazić sytuację identyczną: prywatny sponsor daje pieniądze na film, ale niewielkie, i znów trzeba się sprężać, by nie kręcić zbyt kosztownie. A zdarza się, że pieniędzy jest mnóstwo, nie trzeba oszczędzać, można cyzelować miesiącami i efekt też jest dobry, a może i lepszy. Tu nie ma reguł.
O PRL-u mówi się dziś na dwa sposoby. Jeden akcentuje cenzurę, inwigilację, stan wojenny, więzienia dla opozycji. Drugi widzi PRL jako śmieszny kraj, w którym absurdy były nieodłączną częścią codzienności. Pożywką dla tego drugiego spojrzenia są filmy Stanisława Barei, w których pan grał. Który z tych sposobów myślenia o Polsce Ludowej jest panu bliższy?
- Absurdy peerelowskie dziś są śmieszne, wtedy doprowadzały ludzi czasem na skraj wyczerpania nerwowego. Staszek pięknie pokazał zawodowego "stacza" kolejkowego (wzruszająca rola Bronisława Pawlika). Zaśmiewamy się z przeróżnych epizodów z kolejką w tle, ale niech pan sobie wyobrazi, że stoi pan dzień i noc przed sklepem na zmianę z kimś z rodziny, by kupić lodówkę, tapczan czy cokolwiek innego. Tak się wtedy kupowało. Inwigilacje, przesłuchania, areszty - a w czasach przeze mnie opisywanych w książce to i regularne morderstwa sądowe się zdarzały - to też obraz PRL-u. Można opowiadać i śmiesznie, i dramatycznie, to sprawa wyboru konwencji opowiadania. I jedno, i drugie spojrzenie jest uprawnione. Mnie osobiście najbardziej odpowiada narracja szukająca sobie miejsca pośrodku.
Andrzej Leon Sowa w niedawno wydanej książce "Historia polityczna Polski 1944-1991" twierdzi, że coraz trudniej uchwycić atmosferę PRL-u. Ma pan podobne odczucia?
- Absolutnie tak. Ale dodam zaraz, że to normalne i nieuniknione. Czas płynie. Atmosferę Cesarstwa Rzymskiego uchwycić jest jeszcze trudniej, i tym się pocieszajmy. Wrócę do tego, o czym pan wspomniał na początku: "żeby młodzież nie dała się otumanić". Ja przez cały PRL bałem się, że propaganda komunistyczna będzie umiała ludziom wmówić, że żyją w najlepszym z ustrojów i że to tylko kwestia czasu. I we wszystkim, co robiłem, starałem się temu przeciwstawiać. Staszek Bareja w swoich ostatnich filmach - też. Atmosfera PRL-u wyczuwalna w tych filmach jest przesadnie absurdalna, jest karykaturą, ale nie zapominajmy, po co Staszek to robił. Po to, żeby ludziom otwierać oczy na bezsens systemu.
Przez niemal cały PRL i prawie 20 lat III RP był pan twórcą tekstów, programów i teatrzyków satyrycznych. Jak przez te lata zmieniła się w Polsce satyra?
- Najpierw było to otwieranie oczu, delikatne, bo przecież cenzura, dawanie do zrozumienia, że nie żyjemy w najlepszym ze światów. Królowały metafora i mruganie okiem. Powstanie "Solidarności", a jeszcze bardziej stan wojenny, zmieniły sytuację diametralnie: można było mówić o potrzebie radykalnych zmian coraz bardziej wprost. Czasy "nowożytne", czyli po odzyskaniu niepodległości, są nieporównywalne z latami PRL-u.
Ktoś kiedyś powiedział, że publiczność w PRL-u łatwiej było rozbawić, bo wszyscy żyli podobnymi sprawami.
- Łatwość rozbawiania widowni za schyłkowego Peerelu była moim zdaniem czymś w rodzaju wynaturzenia. Wystarczyło powiedzieć coś odważniej, a już publiczność ryczała ze śmiechu, ale nie dlatego, że ją to bawiło, nie, to było raczej dawanie artyście do zrozumienia, że my, widzowie, też jesteśmy przeciw komunistom. Dziś żyjemy w czasach normalnych, nie mamy jednego głównego, wspólnego obiektu do obśmiewania, czyli tej tak zwanej komuny, ale tematy uniwersalne, owszem, zdarzają się. Proszę zauważyć, jak często obiektem czy tematem jest świat brany z ekranu telewizora. Co bardziej charakterystyczne reklamy, seriale, Doda i inne postacie z tej branży. Kabarety nie gardzą też tematami, których uniwersalizm jest niewątpliwy, a jednocześnie odwieczny, banalny do bólu i wyświechtany jak teściowa, kochanek w szafie i podobne.
Kończy pan "Ja jako znalezisko" nieśmiałą obietnicą wydania biografii obejmującej także lata po wyprowadzce z Trójmiasta. Czy łatwiej pisze się wspomnienia na komputerze i bez myśli o możliwej ingerencji cenzury?
- No pewnie! Ale pisaniu towarzyszy stała obawa, że nikt nie będzie chciał tego przeczytać. Dawniej było wiadomo, że z całą pewnością przeczyta przynajmniej cenzor.
- 3 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy



