Soundedit: wystarczy kilka instrumentów
21.01.2010
, aktualizacja: 21.01.2010 11:20
- Jeździliśmy po mieście, słuchając taśm demo, a Bono śpiewał w samochodzie - tak Daniel Lanois zapamiętał pierwsze spotkanie z U2. Słynny producent jest gwiazdą Międzynarodowego Festiwalu Producentów Muzycznych "Soundedit", który dziś rozpoczyna się w Łodzi
Rozmowa z Danielem Lanois'em
Jędrzej Słodkowski: Soundedit jest chyba pierwszym na świecie festiwalem poświęconym produkcji muzyki. Jak zareagowałeś na zaproszenie?
Daniel Lanois: Myślałem, że mam dać tu koncert. Potem organizatorzy spytali, czy nie poprowadziłbym warsztatu, nie porozmawiał z uczestnikami festiwalu. Pomyślałem: "Aha, a więc o to chodzi. Będzie z tym więcej roboty" (śmiech). To ekscytujące, że mogę połączyć występ na scenie z rozmową o nagrywaniu, bo to przecież sprawy ze sobą nierozerwalnie związane.
Chętnie dzielisz się swoimi tajemnicami?
- Jasne. Nie widzę problemu w przekazywaniu innym mojej wiedzy, jeśli może ona komuś pomóc. Obiecuję, że w Łodzi wyjawię wszystkie moje tajemnice. Poza jedną.
Jaką?
- Chodzi o moją nową technikę black dub. Rozwijam pomysły rodem z Jamajki. Z własnych nagrań wycinam króciutkie fragmenty, rozciągam je lub ekstremalnie zwalniam, po czym wstawiam do utworu.
Jutro podczas gali Soundedit dostaniesz nagrodę Człowieka ze Złotym Uchem. Czy myślisz tak o swoim uchu?
- Nie bardzo (śmiech). Jeśli złoto kojarzy mi się z zawodem producenta, to jako symbol magicznego momentu, który zdarza się w trakcie nagrania. Zadaniem producenta jest rozpoznanie początku tej magicznej złotej chwili podpowiadającej, w którą stronę dalej iść.
Dzięki internetowi i łatwo dostępnym programom komputerowym coraz więcej zespołów nagrywa i wydaje muzykę na własną rękę. Obywają się bez "zewnętrznych" producentów. Czy dostrzegasz ten proces?
- Tak, i podoba mi się idea "zrób to sam". Nie znaczy to jednak, że producenci są niepotrzebni. Oni, tak samo jak muzycy, zaczynają od małych rzeczy. Tak było ze mną, gdy zaczynałem w wieku 13 lat. Byłem bardzo biednym i nikomu nieznanym dzieciakiem, nagrywałem przyjaciół w piwnicy u mamy. Niewielu miało okazję usłyszeć tę muzykę, bo mieliśmy tylko pirackie radio.
Pierwsze pieniądze, które zarobiłeś na produkcji, to...
- 60 dolarów. Za wszystko, łącznie z odwiezieniem muzyków do domu! (śmiech)! Oferowaliśmy z moim bratem pakiet: dwa dni w studiu, nakład: tysiąc płyt winylowych, łącznie z okładką. Jako nastolatek nagrywałem mnóstwo muzyki gospel, bo byłem związany z organizacją religijną. Chyba wszystkie kameralne chóry gospel, które przyjeżdżały występować w Kanadzie, nagrywały w mojej piwnicy. To były tysiące albumów. Z czasem umiałem coraz więcej i zacząłem pracę z zespołami rockowymi z Toronto. To byli mądrzy goście, z wielką inwencją. Jedną z ciekawszych taśm, które wyprodukowałem, usłyszał w Nowym Jorku Brian Eno. I tak zaczęła się nasza współpraca. Rozwijałem się pod jego skrzydłami. Podziwiam jego eksperymentatorskie pomysły i wielką inteligencję. Żeby tworzyć piękną muzykę, nie potrzebujemy wiele sprzętu, wystarczy kilka instrumentów i parę podstawowych urządzeń. Od sprzętu zawsze ważniejsza jest pasja, zaangażowanie, serce wkładane w pracę.
Czy nagrywanie chórów gospel wywarło wpływ na Twoje brzmienie? Jeśli miałbym je określić jednym słowem, powiedziałbym, że jest ono uduchowione.
- Może masz rację... Mam nosa do tego, co brzmi szczerze, porusza serce, jest naładowane uczuciem. To są elementy, na które reagują słuchacze, obojętnie od gatunku. Taka jest na przykład muzyka U2. Między 1979 a 1983 rokiem nagraliśmy z Eno osiem ambientowych płyt, potem polecieliśmy do Dublina, by pracować nad "The Unforgettable Fire". Jeździliśmy po mieście, słuchając taśm demo, a Bono śpiewał w samochodzie. To niesamowite, jak twórczy to zespół, jak potrafi improwizować. Uwielbiam pracować ze spontanicznymi, kreatywnymi artystami. Zespół nie musi wchodzić do studia z gotowym materiałem. Jeśli panuje dobra atmosfera, pojawia się masa dobrych pomysłów, chęć do eksperymentowania. Chłopaki z U2 są mistrzami w tej dziedzinie. Oni lubią jamować, w ten sposób poszukują niezbędnej iskry. W przypadku "No Line on the Horizon", ostatniej płyty U2, pojawiło się coś jeszcze. Bono wpadł na pomysł, by nagrać płytę w Maroku. Fez to miasto, w którym krzyżują się wpływy różnych kultur, mocno naładowane duchowością. No i zaprosił nas do pracy także w roli kompozytorów. Na czas nagrania staliśmy się właściwie członkami U2. To bardzo miło z ich strony.
Czy słuchasz swoich starych produkcji? Chciałbyś w nich coś zmienić?
- Rzeczy, w które włożyłeś całe serce, nigdy się nie zestarzeją. Pasja i poświęcenie nie ma daty ważności. Może czasem pomyślę, że parę dźwięków dziś bym zmienił. Ale wiem, że wówczas zrobiłem dobrą robotę. W fakcie, że nie mogę już zmienić tych składników, jest cały urok. Kiedy słucham Little Richarda z lat 50. nie myślę przecież o tym, jak oldschoolowo dziś brzmi, ale o tym, jak wspaniała to muzyka.
Czy zwracasz uwagę na produkcję w nowych nagraniach?
- W ostatnim czasie oczarował mnie hit "Umbrella", ale nie wiem nawet, kto go wyprodukował. Podobała mi się też płyta MGMT. Ale nie studiuję nowej muzyki pod tym kątem, nie rozkładam jej na czynniki pierwsze.
A są muzycy, których chciałbyś wyprodukować?
-W przeszłości miałem kilka okazji, których do dziś żałuję. Powinienem był nagrywać z Milesem Davisem, rozmawialiśmy, mieliśmy wstępne plany. Niestety, zmarł rok po naszej rozmowie. Nie mogę sobie tego darować. Kto jeszcze? Jestem Kanadyjczykiem, więc zawsze chciałem pracować z Neilem Youngiem, ale na razie się nie udało. Zaznaczę jednak, że jesteśmy przyjaciółmi.
Jakie masz plany na przyszłość? Pewnie Twój kalendarz na najbliższe miesiące jest szczelnie wypełniony?
- Wcale nie. Mój priorytet to teraz Black Dub. W końcu września przymierzam się jeszcze do testowych nagrań z Robertem Plantem i Allison Crowe. Może będzie z tego płyta.
Jędrzej Słodkowski: Soundedit jest chyba pierwszym na świecie festiwalem poświęconym produkcji muzyki. Jak zareagowałeś na zaproszenie?
Daniel Lanois: Myślałem, że mam dać tu koncert. Potem organizatorzy spytali, czy nie poprowadziłbym warsztatu, nie porozmawiał z uczestnikami festiwalu. Pomyślałem: "Aha, a więc o to chodzi. Będzie z tym więcej roboty" (śmiech). To ekscytujące, że mogę połączyć występ na scenie z rozmową o nagrywaniu, bo to przecież sprawy ze sobą nierozerwalnie związane.
Chętnie dzielisz się swoimi tajemnicami?
- Jasne. Nie widzę problemu w przekazywaniu innym mojej wiedzy, jeśli może ona komuś pomóc. Obiecuję, że w Łodzi wyjawię wszystkie moje tajemnice. Poza jedną.
Jaką?
- Chodzi o moją nową technikę black dub. Rozwijam pomysły rodem z Jamajki. Z własnych nagrań wycinam króciutkie fragmenty, rozciągam je lub ekstremalnie zwalniam, po czym wstawiam do utworu.
Jutro podczas gali Soundedit dostaniesz nagrodę Człowieka ze Złotym Uchem. Czy myślisz tak o swoim uchu?
- Nie bardzo (śmiech). Jeśli złoto kojarzy mi się z zawodem producenta, to jako symbol magicznego momentu, który zdarza się w trakcie nagrania. Zadaniem producenta jest rozpoznanie początku tej magicznej złotej chwili podpowiadającej, w którą stronę dalej iść.
Dzięki internetowi i łatwo dostępnym programom komputerowym coraz więcej zespołów nagrywa i wydaje muzykę na własną rękę. Obywają się bez "zewnętrznych" producentów. Czy dostrzegasz ten proces?
- Tak, i podoba mi się idea "zrób to sam". Nie znaczy to jednak, że producenci są niepotrzebni. Oni, tak samo jak muzycy, zaczynają od małych rzeczy. Tak było ze mną, gdy zaczynałem w wieku 13 lat. Byłem bardzo biednym i nikomu nieznanym dzieciakiem, nagrywałem przyjaciół w piwnicy u mamy. Niewielu miało okazję usłyszeć tę muzykę, bo mieliśmy tylko pirackie radio.
Pierwsze pieniądze, które zarobiłeś na produkcji, to...
- 60 dolarów. Za wszystko, łącznie z odwiezieniem muzyków do domu! (śmiech)! Oferowaliśmy z moim bratem pakiet: dwa dni w studiu, nakład: tysiąc płyt winylowych, łącznie z okładką. Jako nastolatek nagrywałem mnóstwo muzyki gospel, bo byłem związany z organizacją religijną. Chyba wszystkie kameralne chóry gospel, które przyjeżdżały występować w Kanadzie, nagrywały w mojej piwnicy. To były tysiące albumów. Z czasem umiałem coraz więcej i zacząłem pracę z zespołami rockowymi z Toronto. To byli mądrzy goście, z wielką inwencją. Jedną z ciekawszych taśm, które wyprodukowałem, usłyszał w Nowym Jorku Brian Eno. I tak zaczęła się nasza współpraca. Rozwijałem się pod jego skrzydłami. Podziwiam jego eksperymentatorskie pomysły i wielką inteligencję. Żeby tworzyć piękną muzykę, nie potrzebujemy wiele sprzętu, wystarczy kilka instrumentów i parę podstawowych urządzeń. Od sprzętu zawsze ważniejsza jest pasja, zaangażowanie, serce wkładane w pracę.
Czy nagrywanie chórów gospel wywarło wpływ na Twoje brzmienie? Jeśli miałbym je określić jednym słowem, powiedziałbym, że jest ono uduchowione.
- Może masz rację... Mam nosa do tego, co brzmi szczerze, porusza serce, jest naładowane uczuciem. To są elementy, na które reagują słuchacze, obojętnie od gatunku. Taka jest na przykład muzyka U2. Między 1979 a 1983 rokiem nagraliśmy z Eno osiem ambientowych płyt, potem polecieliśmy do Dublina, by pracować nad "The Unforgettable Fire". Jeździliśmy po mieście, słuchając taśm demo, a Bono śpiewał w samochodzie. To niesamowite, jak twórczy to zespół, jak potrafi improwizować. Uwielbiam pracować ze spontanicznymi, kreatywnymi artystami. Zespół nie musi wchodzić do studia z gotowym materiałem. Jeśli panuje dobra atmosfera, pojawia się masa dobrych pomysłów, chęć do eksperymentowania. Chłopaki z U2 są mistrzami w tej dziedzinie. Oni lubią jamować, w ten sposób poszukują niezbędnej iskry. W przypadku "No Line on the Horizon", ostatniej płyty U2, pojawiło się coś jeszcze. Bono wpadł na pomysł, by nagrać płytę w Maroku. Fez to miasto, w którym krzyżują się wpływy różnych kultur, mocno naładowane duchowością. No i zaprosił nas do pracy także w roli kompozytorów. Na czas nagrania staliśmy się właściwie członkami U2. To bardzo miło z ich strony.
Czy słuchasz swoich starych produkcji? Chciałbyś w nich coś zmienić?
- Rzeczy, w które włożyłeś całe serce, nigdy się nie zestarzeją. Pasja i poświęcenie nie ma daty ważności. Może czasem pomyślę, że parę dźwięków dziś bym zmienił. Ale wiem, że wówczas zrobiłem dobrą robotę. W fakcie, że nie mogę już zmienić tych składników, jest cały urok. Kiedy słucham Little Richarda z lat 50. nie myślę przecież o tym, jak oldschoolowo dziś brzmi, ale o tym, jak wspaniała to muzyka.
Czy zwracasz uwagę na produkcję w nowych nagraniach?
- W ostatnim czasie oczarował mnie hit "Umbrella", ale nie wiem nawet, kto go wyprodukował. Podobała mi się też płyta MGMT. Ale nie studiuję nowej muzyki pod tym kątem, nie rozkładam jej na czynniki pierwsze.
A są muzycy, których chciałbyś wyprodukować?
-W przeszłości miałem kilka okazji, których do dziś żałuję. Powinienem był nagrywać z Milesem Davisem, rozmawialiśmy, mieliśmy wstępne plany. Niestety, zmarł rok po naszej rozmowie. Nie mogę sobie tego darować. Kto jeszcze? Jestem Kanadyjczykiem, więc zawsze chciałem pracować z Neilem Youngiem, ale na razie się nie udało. Zaznaczę jednak, że jesteśmy przyjaciółmi.
Jakie masz plany na przyszłość? Pewnie Twój kalendarz na najbliższe miesiące jest szczelnie wypełniony?
- Wcale nie. Mój priorytet to teraz Black Dub. W końcu września przymierzam się jeszcze do testowych nagrań z Robertem Plantem i Allison Crowe. Może będzie z tego płyta.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów

